A’dam.
- Znakomicie - powiedziała Mesaana. - Gdyż bardzo niesforne z was dzieci. - I tu zakląskała językiem z dezaprobatą. Po chwili przeniosła się w jakieś inne miejsce, zabierając z sobą Egwene. Do komnaty bez okien, wyglądającą jak wykuta w litej skale. Nie było w niej nawet drzwi.
Czekała tam Alviarin, ubrana w biało-czerwoną suknię. Natychmiast uklękła przed Mesaaną, ale przedtem zerknęła z satysfakcją na Egwene.
Egwene ledwie zwróciła na to uwagę. Stała sztywno wyprostowana, z umysłem zalanym potokiem spanikowanych myśli. Znowu wpadła w pułapkę! Nie mogła tego znieść. Gdyby miała wybór, wybrałaby śmierć. W jej głowie błyskały wizje. Pochwycona w pułapkę w jakiejś izbie, niezdolna ruszyć się dalej niż na kilka stóp, bo zawsze władała nią a’dam. Traktowana jak zwierzę, z tym potwornym poczuciem, że ostatecznie się załamie, że stanie się dokładnie tym, co jej chciano narzucić.
Och Światłości. Drugi raz nie zgodzi się na takie katusze. Wszystko tylko nie to.
- Powiedz tym na górze, żeby się wycofały - powiedziała Mesaana do Alviarin spokojnym głosem. Egwene ledwie ją słyszała. - To są zwykłe idiotki, a ich roszczenia wobec tego miejsca są nadzwyczaj żałosne. Zostaną ukarane.
Dokładnie w taki sposób Nynaeve i Elayne zniewoliły Moghedien. Przeklęta była trzymana w niewoli, zmuszana do robienia tego, czego tamte od niej żądały. Egwene będzie musiała cierpieć tak samo! W rzeczy samej Mesaana prawdopodobnie użyje przeciwko niej Przymusu. Biała Wieża znajdzie się w całości w rękach Przeklętej.
Emocje wezbrały. Egwene połapała się, że chwyta palcami obrożę, czym zarobiła sobie na rozbawione spojrzenie ze strony Mesaany. Alviarin zniknęła, żeby przekazać jej rozkaz.
To się nie mogło dziać naprawdę. To był jakiś koszmar. „Jesteś Aes Sedai”. - Ta jej cząstka, która zachowała spokój, wymawiała te słowa szeptem, a jednak była w nich siła. I przepełniała ją do głębi. Ten głos skrywał się w głębszych pokładach jej duszy niż paniczny strach.
- A teraz - powiedziała Mesaana - porozmawiamy o szpili snów. Gdzie mam jej szukać?
„Aes Sedai to spokój, Aes Sedai to opanowanie, niezależnie od sytuacji”. - Egwene odjęła dłonie od obroży. Nie została poddana inicjacji i nie zamierzała przez nią przechodzić. Ale gdyby jednak stało się inaczej, cóż by poczęła w takiej sytuacji? Czy załamałaby się? Dowiodłaby, że jest niegodna brzemienia obowiązków, które podjęła się dźwigać?
- A więc nic nie mówisz - powiedziała Mesaana. - Cóż, to da się zmienić. A’dam. Cudowne urządzenie. Semirhage okazała się zaiste cudowna, że zwróciła mi na nie uwagę, nieważne, że przypadkiem. Szkoda, że umarła, zanim zdążyłam jej szyję w niego włożyć.
Ból przeszył ciało Egwene niczym ogień. Sprawił, że w oczach wezbrały łzy.
Ale już nie raz w przeszłości doznawała bólu i śmiała się, kiedy ją bito. Bywała już w przeszłości brana do niewoli, w samej Białej Wieży, i niewola jej nie powstrzymała.
„Ale teraz jest inaczej!”. - Była prawie sparaliżowana w środku. „To jest a’dam! Ja tego nie wytrzymam!”.
„Aes Sedai musi wytrzymać” - odpowiedziała jej ta spokojniejsza część jej samej. „Aes Sedai potrafi wytrzymać wszystko, bo tylko wtedy może naprawdę być służką wszystkich”.
- No dobrze - rzekła Mesaana. - Powiedz mi, gdzie ukryłaś instrument.
Egwene kontrolowała swój strach, co wcale nie było łatwe. Światłości, ależ to było trudne! Ale robiła to. Jej twarz stała się ucieleśnieniem spokoju. Nie pozwalała, by a’dam przejęła nad nią władzę, i tym sposobem zaprzeczała jej istnieniu.
Mesaana zawahała się, krzywiąc twarz. Potrząsnęła smyczą i w tym momencie Egwene poczuła atak jeszcze gorszego bólu.
Postarała się, by ten ból zniknął.
- Tak sobie myślę, Mesaano - powiedziała spokojnie - że Moghedien popełniła błąd. Zaakceptowała a’dam.
- Co ty…
- W tym miejscu a’dam jest równie bezużyteczna jak sploty, które sobą blokuje - wyjaśniła Egwene. - To tylko kawałek metalu. I będzie cię powstrzymywać jedynie wtedy, gdy do tego dopuścisz.
Zapięcie odpięło się i a’dam zsunęła się z jej szyi.
Usłyszawszy metaliczny brzęk, Mesaana powiodła spojrzeniem ku posadzce. Twarz jej skamieniała, a potem zlodowaciała, gdy z powrotem przeniosła wzrok na Egwene. O dziwo, nie wpadła w panikę. Splotła ręce na piersi, patrząc beznamiętnie.
- A więc masz to przećwiczone.
Egwene spojrzała jej w oczy.
- Jesteś jeszcze dzieckiem - podjęta Mesaana. - Myślisz, że możesz wziąć nade mną górę? Wędruję po Tel’aran’rhiod dłużej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić. Ile ty masz lat? Dwadzieścia?
- Jestem Zasiadającą na Tronie Amyrlin - odparowała Egwene.
- Dziecięcą Amyrlin.
- Amyrlin zasiadającą w Wieży, która stoi od tysiąca lat - powiedziała Egwene. - Od tysiąca lat wypełnionych kłopotami i chaosem. Ty ze swej strony przez większą część swego życia doświadczałaś pokoju, a nie walki. Osobliwe, że uważasz siebie za tak silną, mimo że żyłaś tak łatwo.
- Łatwo? - wycedziła Mesaana. - Ty nic nie wiesz.
Żadna nie spuściła wzroku. Egwene poczuła to samo, co wcześniej - że coś na nią napiera. Wola Mesaany, domagająca się od niej służby, uległości. Próba wykorzystania Tel’aran’rhiod, by zmienić sposób myślenia Egwene.
Mesaana była silna. Ale siła w tym miejscu była zależna wyłącznie od punktu widzenia. Wola Mesaany napierała na nią. Ale Egwene pokonała a’dam, więc mogła też stawić opór woli Mesaany.
- Ugniesz się - rzekła cicho Przeklęta.
- Mylisz się - odparła Egwene głosem pełnym napięcia.
- Tu nie chodzi o mnie. Egwene al’Vere jest dzieckiem. Amyrlin, nie. Może jestem młoda, ale dziedzictwo Tronu sięga czasów pradawnych.
Żadna nie odwróciła wzroku. Egwene zaczęła odpierać napór, domagać się, by to Mesaana ugięła się przed nią, przed Amyrlin. Powietrze dookoła nich zaczęło znienacka ciążyć i kiedy Egwene zaczerpnęła go do płuc, sprawiło też wrażenie gęstego.
- Wiek nie ma znaczenia - powiedziała Egwene. - Do pewnego stopnia nawet doświadczenie nie jest ważne. W tym miejscu liczy się to, co uosabiasz. Amyrlin jest Białą Wieżą i Biała Wieża się nie ugnie. Ona przeciwstawia się tobie, Mesaano, i twoim kłamstwom.
Dwie kobiety. Równy pojedynek na spojrzenia. Egwene przestała oddychać. Nie potrzebowała. Wszystko skupiło się na Mesaanie. Egwene czuła, że strumyczki potu ściekają jej po skroniach, że wszystkie jej mięśnie się napięły.
I Egwene wiedziała, że ta kobieta, ta istota, to nic nieznaczący owad napierający na olbrzymią górę. Ta góra się nie poruszy. W rzeczy samej jeśli pchnie się ją mocno, to…
Gdzieś w komnacie coś cichutko trzasnęło.
Egwene zaczerpnęła oddechu, zdumiona, bo powietrze stało się na powrót normalne. Mesaana zwaliła się bezwładnie na posadzkę, niczym szmaciana lalka. Legła z oczyma wciąż otwartymi. Z kącika ust ściekała strużka śliny.
Egwene usiadła, oszołomiona, oddychając spazmatycznie. Spojrzała w bok, na to miejsce, gdzie upadło a’dam. Ale a’dam zniknęło. Więc znowu spojrzała na Mesaanę.
Jej pierś wciąż unosiła się i opadała, ale Przeklęta patrzyła niewidzącym wzrokiem.
Egwene siedziała tak jeszcze długą chwilę, zbierając siły, zanim powstała i objęła Źródło. Utkała sploty Powietrza, by za ich pomocą podźwignąć niereagującą na nic Przeklętą, po czym zaniosła siebie i tę kobietę na wyższe piętra Wieży.