Przestraszone kobiety stały przodem do niej. Korytarz był zrujnowany, ale Egwene miała przed sobą kobiety, które należały do niej, wszystkie co do jednej. Mądre, które natychmiast otoczyły ją wiankiem. Nynaeve przeszukująca gruz. Siuan i Leane. Ta druga miała kilka poczerniałych ran na twarzy, ale sprawiała wrażenie pełnej sił.
- Matko - odezwała się ze słyszalną ulgą Siuan. - Bałyśmy się, że…
- Kto to jest? - spytała Melaine, podchodząc do Mesaany, zwisającej bezwładnie na splotach z Powietrza, ze spojrzeniem wbitym martwo w posadzkę. Kobieta znienacka zaczęła gaworzyć jak dziecko, nie odrywając oczu od tlących się szczątków kobierca.
- To ona - odparła Egwene, zmęczonym głosem. - Mesaana.
Melaine obróciła się w jej stronę z oczyma zogromniałymi ze zdumienia.
- Na Światłość! - wykrzyknęła Leane. - Coś ty jej zrobiła?
- Już kiedyś widziałam coś takiego - wtrąciła się Bair, przyglądając się badawczo Przeklętej. - Sammana, Mądra z mojej młodości, która także wędrowała po snach. Napotkała we śnie coś, co zniszczyło jej umysł. - Zawahała się. - Resztę swoich dni w świecie jawy przeżyła jako istota, która tylko się śliniła i potrzebowała, by ktoś jej zmieniał bieliznę. Już nigdy więcej nic nie powiedziała, a przynajmniej nic oprócz słów, jakie wypowiada dziecko, które jeszcze nie umie chodzić.
- Może czas najwyższy przestać myśleć o tobie jako o uczennicy, Egwene al’Vere - stwierdziła Amys.
Nynaeve stała z dłońmi na biodrach, wyraźnie pod wrażeniem, ale nie wypuściła Źródła. Jej warkocz na powrót się rozrósł do swojej pełnej długości.
- Pozostałe zniknęły - powiedziała.
- Mesaana kazała im uciekać - wyjaśniła Egwene.
- Nie mogły zanadto się oddalić - powiedziała Siuan. - Kopuła jeszcze tu jest.
- Tak - dodała Bair. - Ale najwyższy czas, aby bitwa dobiegła końca. Wróg został pokonany. Jeszcze porozmawiamy, Egwene al’Vere.
Egwene przytaknęła.
- Zgadzam się z tobą. Bair, Amys, Melaine, dziękuję wam za bardzo przydatną pomoc. Zyskałyście tym dużo ji, jestem waszą dłużniczką.
Melaine mierzyła spojrzeniem Przeklętą, gdy tymczasem Egwene zaczęła przenosić siebie ze snu do świata jawy.
- Ja uważam, że to my i świat jesteśmy twoimi dłużnikami, Egwene al’Vere.
Pozostałe przytaknęły, a Egwene, której sylwetka bledła już w Tel’aran’rhiod, usłyszała jeszcze słowa Bair:
- Co za szkoda, że ona do nas nie wróciła.
Perrin biegł przez tłum przerażonych ludzi, w jakimś mieście ogarniętym pożogą. Tar Valon. W ogniu! Płonęły nawet kamienie, niebo przybrało barwę głębokiej czerwieni. Ziemią wstrząsały drgawki niczym rannym jeleniem, w którego kark wgryzł się lampart. Potknął się i przewrócił, ponieważ przed nim otworzyła się czeluść, a płomienie strzeliły w górę, osmalając włoski na jego rękach.
Ludzie krzyczeli wniebogłosy, bo iluś z nich wpadło do tej straszliwej rozpadliny, spaliwszy się bez śladu. Ziemię znienacka pokryły trupy. Po prawej ręce Perrina piękny budynek o oknach zwieńczonych łukami zaczął się topić, kamień zamieniał się w ciecz, wszystkie szczeliny i otwory krwawiły.
Perrin podniósł się niezdarnie z ziemi.
„To się nie dzieje naprawdę”.
- Tarmon Gai’don! - krzyczeli ludzie. - Ostatnia Bitwa nadeszła! To koniec! Światłości, to koniec!
Perrin znowu się potknął, a potem podciągnął się w górę, czepiając się skały, starając się ustać na nogach. Bolało go ramię i palce nie chciały się zaciskać, ale najgorszą ranę miał w nodze, gdzie trafiła go strzała. Jego spodnie i kaftan były mokre od krwi, czuł w nozdrzach potężną woń własnego strachu.
Wiedział, że ten koszmar nie dzieje się naprawdę. A jednak jak można było nie czuć śmiertelnego przerażenia? Na zachodzie wybuchała Góra Smoka, pióropusze gniewnego dymu wiły się prosto do nieba. Cały masyw zdawał się płonąć, rzeki czerwieni spływały po zboczach. Perrin czuł, jak ona się trzęsie, jak umiera. Budynki pękały, drżały, topniały, roztrzaskiwały się. Ludzie umierali, miażdżeni przez kamienie albo w pożarach.
Nie. Nie da się w to wciągnąć. Otaczające go popękane kamienie bruku przeobraziły się w równe płytki: wejście dla służby w Białej Wieży. Wstał z wysiłkiem, tworząc laskę, dzięki której mógł pokuśtykać.
Nie zniszczył koszmaru, potrzebny mu był do znalezienia Zabójcy. W tym strasznym miejscu Perrin mógł zyskać przewagę. Zabójca radził sobie znakomicie w Tel’aran’rhiod, ale być może - jeśli Perrinowi dopisze szczęście - ten człowiek da się tym razem zaskoczyć, wciągnąć w koszmar.
Z niechęcią zmienił po części postanowienie i sam dał się wciągnąć w koszmar. Zabójca musiał być gdzieś blisko. Przeszedł na drugą stronę ulicy, zataczając się, trzymając z dala od budynku, z którego okien lała się wrząca lawa. Bardzo trudno było nie krzyczeć ze strachu i bólu. Nie wołać o pomoc.
„To tutaj” - pomyślał, kiedy dotarł do bocznej uliczki. Stał tam Zabójca, z pochyloną głową, dłonią oparty o mur. Grunt, na którym stał, kończył się czeluścią, na dnie której gotowała się magma. Ludzie przywarli do skraju tej otchłani, wrzeszcząc. Zabójca ich ignorował. Tam, gdzie jego dłoń dotknęła muru, bielona cegła zmieniała się powoli w szary kamień wnętrza Białej Wieży.
Ter’angreal nadal zwisał u jego pasa. Trzeba było działać prędko.
„Ten mur topnieje od żaru” - pomyślał, skupiając się na murze za plecami Zabójcy. Tu było łatwiej zmieniać takie rzeczy, to była zabawa ze światem, który zrodził koszmar.
Zabójca zaklął i oderwał dłoń w chwili, gdy mur rozgrzał się do czerwoności. Ziemia dookoła niego zadudniła i wtedy otworzył szeroko oczy z przestrachu. Obrócił się błyskawicznie, kiedy obok pojawiła się szczelina, wyobrażona przez Perrina. W tym momencie Perrin zobaczył, że Zabójca uwierzył - choćby tylko na przez ułamek sekundy - że ten koszmar dzieje się naprawdę. Cofnął się odruchowo, osłaniając dłonią przed gorącem, wierząc, że ono jest prawdziwe.
Po czym zniknął w mgnieniu oka, żeby pojawić się znów obok tych, którzy wisieli nad przepaścią. Koszmar go zagarnął, wessał do swoich kaprysów, zmuszając do odgrywania roli w swoich potwornościach. Perrina też omal nie pochłonął. Czuł, że się waha, że jest bliski reagowania na ten żar. Ale nie. Skoczek umierał. Nie zawiedzie go!
Perrin wyobraził sobie, że jest kimś innym. Azi al’Thone, jeden z ludzi z Dwu Rzek. Stworzył dla siebie odzienie podobne do tych, które widział na ulicy: kamizelka, biała koszula oraz spodnie dobrej jakości, inne od tych, które mężczyźni wkładali do pracy w Polu Emonda. Zrobił to, choć niemalże wykraczało to poza jego możliwości. Serce biło mu teraz szybciej i potykał się, słysząc dudnienie ziemi pod swymi stopami. Jeśli pozwoli, by koszmar wciągnął go całkowicie, to wtedy skończy jak Zabójca.
„Nie” - pomyślał, z wysiłkiem zatrzymując w sercu wspomnienia o Faile. O swoim domu. Jego twarz mogła się zmienić, światem mogły targać wstrząsy, ale ten dom wciąż istniał.
Podbiegł do skraju przepaści, nie zważając na żar, zachowując się tak, jakby sam był tylko elementem koszmaru. Krzyknął z przestrachu, biegnąc na pomoc tym, którzy spadali do czeluści. Spróbował kogoś wyciągnąć, ale Zabójca zaklął i chwycił go za ramię, starając się wydźwignąć na powierzchnię.
Perrin wykorzystał moment i sięgnął po ter’angreal. Zabójca przepełzł ponad nim, docierając na względnie bezpieczną przestrzeń uliczki. Perrin ukradkiem stworzył nóż w swoim ręku.
- A żebym sczezł - warknął Zabójca. - Nienawidzę tego. - Nagle teren dookoła niego pokrył się płytkami.
Perrin wyprostował się, trzymając w dłoni laskę, by mieć się na czym oprzeć. Starał się wyglądać na przerażonego, co zresztą nie było trudne. Zaczął brnąć z wysiłkiem obok Zabójcy. W tym momencie tamten dostrzegł ter’angreal w jego dłoniach.