Wytrzeszczył oczy. Perrin zrobił wymach ręką i wbił nóż w brzuch. Zabójca wrzasnął przeraźliwie i gwałtownie odskoczył, przyciskając dłoń do otwartej rany. Spomiędzy jego palców sączyła się krew.
Zacisnął zęby i w tym momencie koszmar zamknąt się dookoła niego. Lada chwila miał się rozpaść. Zabójca wyprostował się, opuszczając zakrwawioną dłoń, z oczami płonącymi z gniewu.
Perrin czuł, że jego stopy nie mają pewnego oparcia, mimo że wspomagał się laską. Odniósł tak poważne rany. Ziemia zatrzęsła się. Tuż obok otwarła się szczelina, dymiąca żarem i lawą jak… Perrin wzdrygnął się.
„Jak Góra Smoka”. - Spojrzał na ter’angreal.
„Sny podszyte strachem są silne” - szepnął głos Skoczka. „Tak strasznie silne…”.
Kiedy Zabójca zbliżył się do niego, Perrin zazgrzytał zębami i cisnął ter’angreal w rzekę lawy.
- Nie! - wrzasnął zabójca i w tym momencie na powrót otoczyła go normalna rzeczywistość Tel’aran’rhiod. Koszmar rozpadł się, jego resztki natychmiast zaczęły znikać. Perrin wciąż klęczał na zimnych płytkach, którymi był wyłożony niewielki korytarz.
Po jego prawej ręce, niedaleko, na podłodze leżała w połowie stopiona lampa. Uśmiechnął się.
Podobnie jak Zabójca, ter’angreal trafił tutaj z prawdziwego świata. Dlatego też można go tu było połamać i unicestwić, jak człowieka. Purpurowa kopuła nad ich głowami zniknęła.
Slayer warknął, a potem podszedł do Perrina i kopnął go w brzuch. Perrin poczuł pulsowanie rany w piersi. Kolejny kopniak. Zaczęło mu się kręcić w głowie.
„Gnaj, Młody Byku” - wysłał mu przesłanie Skoczek, jakże słabym głosem. „Uciekaj”.
„Nie mogę cię tak zostawić!”.
„A jednak… muszę cię opuścić”.
Nie!
„Znalazłeś swoją odpowiedź. Poszukaj Nieposkromionego. On ci… wyjaśni… jej sens”.
Perrin zamrugał załzawionymi oczyma, kiedy poczuł kolejnego kopniaka. Krzyknął łamiącym się głosem, a przesłanie Skoczka - takie krzepiące, takie znajome - zaczęło blaknąć w jego umyśle.
Aż w końcu zniknęło na dobre.
Perrin wrzasnął w udręce. Z łamiącym się głosem i oczyma pełnymi łez, wysiłkiem woli wydostał się z wilczego snu. Uciekł z niego jak skończony tchórz.
Egwene obudziła się z westchnieniem. Odetchnęła, nie otwierając jeszcze oczu. Bitwa z Mesaaną sprawiła, że jej umysł sprawiał wrażenie jakby ciężko zmęczonego - w rzeczy samej miała potworny ból głowy. Mało co, a poniosłaby porażkę. Jej plany przyniosły właściwy skutek, ale obciążone brzemieniem zdarzeń myśli nie dawały spokoju, przytłaczały.
Niemniej jednak to było wielkie zwycięstwo. Będzie musiała przeszukać Białą Wieżę i znaleźć kobietę, która obudziła się z umysłem dziecka. Egwene jakimś sposobem wiedziała, że Mesaana się z tego nie wydobędzie. Wiedziała to, jeszcze zanim Bair wypowiedziała swoje słowa.
Otwarła oczy i wbiła wzrok w przyjemnie mroczne wnętrze komnaty. Postanowiła, że zbierze Komnatę Wieży i wytłumaczy, dlaczego Shevan oraz Carlinya już się nigdy nie obudzą. Usiadła na łóżku, pożegnała je w myślach. Przecież uprzedzała, jakie niebezpieczeństwa na nie czyhają. Mimo to czuła się, jakby je zawiodła. Także Nicolę, która zawsze postępowała zbyt pochopnie. Nie powinna była się tam znaleźć. To…
Egwene zawahała się. Co to za zapach? Czyż nie zostawiła zapalonej lampy przed zaśnięciem? Musiała w międzyczasie zgasnąć. Objęła Źródło i utkała kulę światła, którą zawiesiła sobie nad głową. I zdumiała się na widok tego, co objawiło jej się przed oczyma.
Przezroczyste zasłony okalające jej łoże były opryskane krwią, a na posadzce leżało pięć ciał. Trzy były odziane na czarno. Jedno należało do nieznanego młodzieńca w tunice Gwardii Wieży. Piąty był odziany we wspaniały biało-czerwony kaftan i spodnie. „Gawyn!”.
Egwene wyskoczyła z łoża i uklękła obok niego, ignorując ból głowy. Oddychał płytko, w jego boku ziała straszna rana. Utkała splot Ziemi, Ducha i Powietrza, żeby go Uzdrowić, ale w tej domenie brakowało jej większych talentów. Pracowała dalej, zdjęta paniką. Jego twarz odzyskała nieco koloru i rany zaczęły się zasklepiać, ale i tak nie była w stanie pomóc mu skutecznie.
- Pomocy! - krzyknęła. - Amyrlin potrzebuje pomocy!
Gawyn poruszył się.
- Egwene - wyszeptał. Jego powieki zatrzepotały.
- Cicho bądź, Gawyn. Nic ci nie będzie. Pomocy! Amyrlin prosi!
- Za mało… za mało świateł zostawiłaś - wyszeptał.
- Co?
- Wiadomość, którą przysłałem…
- Nie dostałam żadnej wiadomości - odparła. - Nie ruszaj się. Pomocy!
- Nikogo nie ma w pobliżu. Krzyczałem. Te lampy… dobrze… że nie… - Uśmiechnął się, z osłupiałą miną. - Kocham cię.
- Leż spokojnie - skarciła go. Na Światłość! Z jej oczu lały się łzy!
- Ale zabójcami nie byli Przeklęci - dodał niewyraźnie. - Miałem rację.
Miał rację - kim byli ci ludzie w obcych uniformach? Seanchanie?
„Mogłam zostać zabita” - dotarło do niej. Gdyby Gawyn nie powstrzymał tych asasynów, zostałaby zamordowana we śnie i zniknęłaby z Tel’aran’rhiod. Nigdy nie zabiłaby Mesaany.
Nagle poczuła się jak idiotka i wszelkie poczucie triumfu całkowicie z niej wyciekło.
- Przepraszam - powiedział Gawyn, przymykając oczy - za to, że nie byłem ci posłuszny…
Traciła go.
- Nie ma sprawy, Gawyn - odparła, walcząc z łzami. - Nałożę teraz na ciebie więź zobowiązań. To jedyny sposób.
Dłoń, którą trzymał ją za rękę, zacieśniła uścisk.
- Nie. Nie, chyba że… chyba że chcesz…
- Głupcze - odparła, przygotowując sploty. - Jasne, że chcę cię za mojego Strażnika. Zawsze tego chciałam.
- Przysięgnij.
- Przysięgam. Przysięgam, że chcę cię mieć za mojego Strażnika i za mojego męża. - Ułożyła dłoń na jego czole i ułożyła na nim ‘splot. - Kocham cię.
Jęknął. I nagle zaczęła czuć jego emocje i jego ból, jakby one były jej własnymi. I wiedziała też, że on ze swej strony czuje prawdę jej słów.
Perrin otwarł oczy i zrobił głęboki wdech. Płakał. Czy ludzie płaczą, kiedy śnią im się normalne sny?
- Światłości niech będą dzięki - powiedziała Faile.
Z trudem natężył wzrok i zobaczył, że ona klęczy obok niego. I jeszcze ktoś oprócz niej. Masuri?
Aes Sedai uchwyciła głowę Perrina w swoje dłonie. Poczuł lodowate zimno Uzdrawiania. Rana w jego nodze i ta druga, biegnąca przez pierś, zasklepiły się.
- Próbowałyśmy cię Uzdrowić, kiedy spałeś - dodała Faile, tuląc teraz jego głowę na swoich kolanach. - Ale Edarra nam nie pozwoliła.
- Tego nie należy robić. I nic by z tego nie wyszło.
Głos Mądrej dobiegał z drugiego miejsca w namiocie. Zamrugał oczami. Leżał na swoim posłaniu. Na dworze było ciemno.
- Minęła więcej niż godzina - zauważył. - Nie powinno was już tu być.
- Ciii - upomniała go Faile. - Bramy znowu działają i niemal wszyscy już przeszli. Zostało tylko kilka tysięcy żołnierzy, głównie Aielowie i ludzie z Dwu Rzek. Myślisz, że odeszliby, myślisz, że ja odeszłabym bez ciebie?
Usiadł prosto, ocierając wilgotne od potu skronie. Próbował sprawić, by ten pot zniknął, tak jak to zrobił w wilczym śnie, ale oczywiście nie osiągnął żadnego skutku. Edarra stała pod przeciwległą ścianą i obserwowała go szacującym spojrzeniem.
Spojrzał na Faile.
- Musimy się stąd wydostać - powiedział łamiącym się głosem. - Zabójca nie działał w pojedynkę. Grozi nam pułapka, może się pojawić jakaś armia. Ktoś z armią. Mogą zaatakować lada chwila.