- Nie ma toh za mądre słowa - odrzekła Aviendha. - Powiedz mi, Nakomi, dokąd ty podróżujesz? Z którego wywodzisz się szczepu?
- Znalazłam się daleko od swojego dachu - wyjaśniła kobieta ze smutkiem w głosie. - Ale też wcale nie tak daleko. Może to dach jest daleko ode mnie. Nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytanie, uczennico, bo nie do mnie należy wygłaszanie prawdy.
Aviendha zmarszczyła czoło. Co to była za odpowiedź?
- Wydaje mi się - dodała Nakomi - że nasz lud dorobił się wielkiego toh przez złamanie pradawnych przysiąg, iż nie wolno nam stosować przemocy.
- Tak - odparła Aviendha. Co należy uczynić, jeśli cały lud, z którego się wywodzisz, uczynił coś tak potwornego? Z tego przecież powodu tylu Aielów popadało w apatię. Porzucali włócznie albo nie chcieli zdejmować białych szat gai’shain, dając w ten sposób do zrozumienia, że nie da się odkupić toh ich ludu, bo ono jest tak ogromne.
Ale mylili się. Toh Aielów można było odkupić- należało je odkupić. Taki był cel służenia Car’a’carnowi, przedstawicielowi tych, przed którymi Aielowie pierwotnie złożyli swoje przysięgi.
- Odkupimy nasze toh - powiedziała Aviendha. - Bo staniemy do walki w Ostatniej Bitwie.
Aielowie staną do walki w Ostatniej Bitwie i w ten sposób odzyskają honor. Jak już się spłaciło toh, to się o nim zapominało. Pamiętanie o spłaconej winie było czymś aroganckim. Poradzą sobie. Będą mogli powrócić i przestaną odczuwać wstyd za to, co się zdarzyło w przeszłości. Aviendha przytaknęła wewnętrznie do swoich myśli.
- I tak oto - dodała Nakomi, wręczając jej filiżankę z herbatą - Ziemia Trzech Sfer była naszą karą. Przybyliśmy tu, by się rozwinąć i dzięki temu sprostać naszemu toh.
- Tak - zgodziła się z nią Aviendha. To się jej wydawało oczywiste.
- Tak więc, kiedy już będziemy walczyli za Car’a’carna, sprostamy naszemu toh. I dlatego nie będzie już powodu, by nas dłużej karać. Jeśli tak jest, to po cóż mielibyśmy wracać do tej krainy? Czy nie byłoby to tym samym, co szukanie dalszej kary, gdybyśmy sprostali naszemu toh?
Aviendha zastygła w bezruchu. No nie, to już było głupie. Nie chciała się sprzeczać z Nakomi w tej kwestii, ale Aielowie naprawdę należeli do Ziemi Trzech Sfer.
- Lud Smoka - powiedziała Nakomi, popijając herbatę. - Właśnie nimi jesteśmy. Służenie Smokowi było celem, który stał za wszystkim, co robiliśmy. Nasze obyczaje, nasze rajdy przeciwko sobie, nasze surowe szkolenia… sam nasz tryb życia.
- Tak - potwierdziła Aviendha.
- A zatem - rzekła cicho Nakomi - kiedy już Ten Który Odbiera Wzrok zostanie pokonany, co dla nas zostanie? Być może właśnie dlatego tak wielu nie chciało pójść za Car’a’carnem. Bo obawiali się tego, co to oznacza. Po co podtrzymywać dawne obyczaje? Wszak nie znajdziemy honoru w rajdach, w bratobójczych walkach, jeśli już przestaniemy się przygotowywać do tak ważnego zadania. Po co twardnieć? Żeby po prostu być twardymi?
- Ja…
- Przepraszam - powiedziała Nakomi. - Znowu się rozgadałam. Obawiam się, że mam takie skłonności. Może lepiej zjedzmy.
Aviendha zdumiała się. Korzenie z pewnością jeszcze nie zdążyły się ugotować. A jednak kiedy Nakomi wyciągnęła je spod węgli, pachniały wybornie. Pocięła skorupowca, a następnie wyłowiła ze swego tobołka dwa blaszane talerze. Doprawiła mięso i korzenie, po czym wręczyła talerz Aviendzie.
Aviendha spróbowała z wahaniem, ale jedzenie okazało się bardzo dobre. Wręcz znakomite. Lepsze niż niejedno serwowane na ucztach we wspaniałych pałacach na mokradłach. Zagapiła się na talerz ze zdumieniem.
- Jeśli mi wybaczysz - rzekła Nakomi. - Muszę odpowiedzieć na głos natury. - Powstała z uśmiechem, po czym zniknęła w ciemnościach.
Aviendha posilała się w milczeniu, zaniepokojona tym, co między nimi padło. Czy taki cudowny posiłek, ugotowany na ognisku z jakże skromnych składników, nie był dowodem na to, że luksusy mokradeł nie są do niczego potrzebne?
Tylko jaki teraz cel miał przyświecać Aielom? Jeśli nie będą czekali na Car’a’carna, to co jeszcze mieli robić? Owszem, walczyć. A potem? Nadal zabijać siebie wzajem podczas rajdów? Po co?
Dokończyła swój posiłek, a potem długo rozmyślała. Zbyt długo. Nakomi nie wróciła. Zmartwiona Aviendha poszła jej poszukać, ale nie znalazła po niej ani śladu.
Po powrocie do ogniska zobaczyła, że tobołek i talerz Nakomi też zniknęły. Czekała jeszcze jakiś czas, ale kobieta nie wróciła.
W końcu położyła się spać, całkiem wytrącona z równowagi.
40.
Akt tworzenia.
Perrin siedział samotnie na pieńku drzewa z zamkniętymi oczyma i twarzą wystawioną ku ciemnemu niebu. Obóz był rozbity, bramy Podróżowania zamknięte, padły już słowa wszystkich raportów. Wreszcie nadszedł czas na odpoczynek.
Ale taka sytuacja sama w sobie była niebezpieczna. Czas na odpoczynek oznaczał równocześnie czas na myślenie. A myśli wywoływały wspomnienia. Te zaś przynosiły ból.
W nozdrza uderzał mu wiatr niosący wonie świata. Warstwy zapachów mieszające się z sobą. Rozpościerający się wokół obóz: ludzki pot, przyprawy sypane do kotłów, mydło do zmycia tego wszystkiego, końskie łajno, uczucia. Okoliczne wzgórza: suche igły sosnowe, błoto na brzegach strumienia, drobna padlina. Szeroki świat: szepty kurzu na odległej drodze, kępa lawendy, której jakoś udało się przetrwać w ginącym świecie.
Żadnych roślinnych pyłków. Żadnych wilków. I jedno, i drugie stanowiło w jego oczach złowróżbny znak.
Czuł się chory. W całkiem cielesnym sensie, jakby żołądek miał pełen bagiennej wody, gnijącego mchu i fragmentów martwych owadów. Chciało mu się krzyczeć. Miał ochotę rzucić się w pogoń za Oprawcą i wreszcie go zabić, tłuc pięściami w jego twarz, póki nie zmieni się w krwawą miazgę.
Odgłos zbliżających się kroków.
Faile.
- Perrin, chcesz może porozmawiać?
Otworzył oczy. Powinien krzyczeć, płakać. Ale we wnętrzu czuł tylko chłód. Chłód i wściekłość. I jakoś nie potrafił pogodzić tych uczuć.
Jego namiot znajdował się w pobliżu, klapy leniwie kołysały się na wietrze. Niedaleko Gaul stał oparty o kilkuletnie drzewko skórzanego liścia. W oddali trudził się do późna jakiś kowal. Po nocy niosło się delikatne dzwonienie metalu.
- Zawiodłem, Faile - szepnął Perrin.
- Odnalazłeś ter’angreal - pocieszyła go, klękając obok. - Uratowałeś ludzi.
- A jednak Oprawca nas pokonał - rzekł z goryczą. - Stada złożonego z pięciu wilków nie starczyło, żeby dać mu radę. Ostatni raz Perrin czuł się w ten sposób, gdy okazało się, że jego rodzinę wymordowały Trolloki. Ile jeszcze Cień mu odbierze, zanim to wszystko się skończy? Skoczek miał być bezpieczny w wilczym śnie.
„Głupi szczeniak, głupi szczeniak”.
Czy w ogóle ktokolwiek zastawił pułapkę na jego armię? Szpila snów zabójcy mogła przecież służyć zupełnie innemu celowi. A reszta była zbiegiem okoliczności.
„Nie istnieją żadne zbiegi okoliczności w życiu ta’veren…”.
Musiał coś zrobić z targającymi nim gniewem i bólem. Wstał, odwrócił się i przyłapał się na tym, że jest zdziwiony liczbą świateł palących się jeszcze w obozie. Kilkanaście kroków dalej czekała grupka ludzi, dostatecznie daleko, żeby nie mógł precyzyjnie odróżnić bijących od nich woni. Na pewno Alliandre w złotej szacie. Berelain w błękitnej. Obie siedziały na krzesłach przy niewielkim drewnianym składanym stoliczku, na którym paliła się lampa. Obok na skale przysiadł Elyas, ostrzył nóż. Kilkunastu ludzi z Dwu Rzek - miedzy innymi Wil al’Seen, Jon Ayellin i Grayor Frenn - skupieni wokół ogniska, popatrywali w jego stronę. Nawet Arganda i Gallene tam byli, rozmawiali przyciszonymi głosami.