- Powinni już spać - zauważył Perrin.
- Martwią się o ciebie - wyjaśniła Faile. Od niej również biła woń zmartwienia. - I martwią się tym, że będziesz chciał ich odesłać, skoro już normalnie funkcjonują bramy.
- Głupcy - szepnął Perrin. - Głupcy, którym się uroiło, że warto za mną iść. Głupcy, którzy nie wiedzą, kiedy należy się kryć.
- Naprawdę chciałbyś tego od nich? - zapytała Faile, nagle rozzłoszczona. - Chciałbyś, żeby się gdzieś pochowali na czas Ostatniej Bitwy? Czyż sam nie powiedziałeś, że każdy człowiek będzie potrzebny?
Miała rację. Każdy się przyda. Zrozumiał, że w znacznej części jego podły stan wynika z faktu, że nie ma pojęcia, przed czym uciekł. Udało mu się wydostać, ale co mu groziło? Za co umarł Skoczek? Całkowita nieświadomość rzeczywistych planów wroga sprawiała, że czuł się niczym ślepiec.
Zostawił pniak za sobą i ruszył do miejsca, gdzie naradzali się Arganda oraz Gallene.
- Przynieście mi naszą mapę - polecił. - Mapę Drogi Jehannah.
Arganda przywołał Hirshanina i wytłumaczył mu, gdzie znajdzie mapę. Hirshanin pobiegł jej poszukać, a Perrin ruszył tymczasem na krótki spacer po obozie. Mimowolnie skręcił w stronę, skąd dobiegały odgłosy metalu uderzającego o metal. Kowal pracował. Nadal ciągnęło go do kuźni. Zapachy obozu otaczały go w swym tańcu, niebo huczało nad głową.
Pozostali powlekli się za nim. Faile, Berelain, Alliandre, ludzie z Dwu Rzek, Elyas, Gaul. Orszak powiększał się z każdą chwilą, kiedy dołączali doń kolejni rodacy. Nikt nie odzywał się ani słowem, więc Perrin spokojnie mógł udawać, że nie zwraca na nich uwagi, i tak dotarli do miejsca, gdzie Aemin pocił się nad kowadłem, obok mobilnej kuźni zaprzęganej do konia, która teraz żarzyła się czerwonym blaskiem.
Podczas tej przechadzki Perrina dogonił Hirshanin. Miał przy sobie mapę. Perrin rozwinął ją, podniósł do oczu - w pewnym momencie nawet zaciekawiony Aemin przerwał pracę i podszedł bliżej.
- Arganda, Gallene - zaczął Perrin. - Powiedzcie mi, gdybyście mieli zrobić zasadzkę na duży oddział ludzi poruszający się tą drogą w kierunku Lugardu, gdzie waszym zdaniem byłoby na nią najlepsze miejsce?
- Tutaj - bez namysłu odpowiedział Arganda, wskazując lokalizację jakieś kilka godzin drogi od miejsca, gdzie teraz obozowali. - Widzisz? Tutaj droga skręca i biegnie obok starego, wyschniętego koryta strumienia. Przechodząca tamtędy armia będzie właściwie zupełnie bezbronna. Zaatakować ją można z tych wzgórz: tutaj i tutaj.
Gallene pokiwał głową.
- Tak. Na mapie to miejsce zaznaczone jest jako znakomity teren pod obóz dla dużej grupy podróżnych. Droga skręca u podstawy tego wzgórza. Jeżeli jednak na jego szczycie zaczai się ktoś, kto ci dobrze nie życzy, możesz się rano nie obudzić.
Arganda przytaknął.
Wzgórza o płaskich szczytach wznosiły się po północnej stronie drogi. Płynąca starym korytem rzeka wycięła tu szeroką, równą łachę, znosząc materiał na południe i zachód. Na tych wzgórzach bez trudu można było rozmieścić armię.
- A co to jest? - zapytał Perrin, wskazując jakieś oznaczenia na południe od drogi.
- Stare ruiny - odpowiedział Arganda. - Nic ważnego, poza tym zbyt mocno zerodowane, aby zapewnić przewagę taktyczną. Tak naprawdę to tylko kupa mchem porośniętych głazów.
Perrinowi powoli coś zaczynało układać się w głowie.
- Grady i Neald już śpią? - zapytał.
- Nie - odrzekła Berelain. - Powiedzieli, że na wszelki wypadek wolą się nie kłaść. Osobiście sądzę, że wystraszył ich twój nastrój.
- Poślijcie po nich - rozkazał Perrin, nie adresując swych słów do nikogo w szczególności. - Zresztą któryś powinien sprawdzić, co się dzieje u Białych Płaszczy. Pamiętam, że ktoś mi mówił, iż też rozbili obóz. - Nie czekał, aby się upewnić, że jego rozkazy wykonano. Podszedł bliżej do kuźni, położył dłoń na ramieniu Aemina. - Prześpij się, Aemin. Muszę trochę popracować mięśniami. Końskie podkowy, jak widzę?
Tamten skinął głową, wyglądając na zmieszanego. Perrin odebrał od niego fartuch i rękawice, a Aemin odszedł. Perrin wziął własny młot. Młot, który otrzymał w Łzie, młot, którego używał do zabijania, ale który już od dawna nie posłużył twórczemu dziełu.
Młot może być bronią albo narzędziem. Perrin mógł wybierać, jak wybierać mógł każdy, kto za nim szedł. Skoczek mógł wybierać. I wilk wyboru dokonał, ryzykując w imię Światłości więcej, być może, niż każdy człowiek - oprócz Perrina - był w stanie pojąć.
Za pomocą szczypców wydobył niewielki kawałek metalu z paleniska i umieścił go na kowadle. Wziął zamach i zaczął kuć. Minęło już tyle czasu, odkąd po raz ostatni zbłądził do kuźni. Po prawdzie, to ostatnim razem wykonał jakąś istotną pracę dawno temu, w Łzie, tego spokojnego dnia, gdy na czas jakiś odłożył na bok swe obowiązki i pochłonęła go kuźnia.
„Jesteś jak wilk, mężu” - powiedziała kiedyś Faile, chcąc w ten sposób opisać to, jak bardzo potrafił się skoncentrować na pojedynczej czynności. Takie właśnie były wilki: znały przeszłość i przyszłość, ale w danej chwili ważne było tylko to konkretne polowanie. Czy będzie go stać na to samo? Pozwolić się bez reszty czemuś pochłonąć, kiedy będzie to konieczne, a równocześnie utrzymywać zdrową równowagę w pozostałych obszarach życia?
Praca zaczęła go wciągać. Rytmiczne uderzenia młota o metal. Już udało mu się rozklepać kawałek żelaza, które od czasu do czasu wracało na węgle, gdy tymczasem on wyciągał z ognia następną sztabkę i tak pracował nad kilkoma podkowami jednocześnie. Obok spoczywały wzorce, którymi mógł zmierzyć potrzebną wielkość. Powoli, dokładnie zaginał metal na krawędzi kowadła, kształtując go. Pot pokrywał ramiona, twarz rozgrzewała się od ognia i wysiłku.
Przybyli Neald i Grady, a razem z nimi Mądre oraz Masuri. Nie przerywając pracy, zorientował się, że wysłały Sulin przez bramę - zapewne miała sprawdzić, co u Białych Płaszczy. Wróciła niedługo później, ale nie złożyła raportu, czekając, aż Perrin skończy pracę.
Perrin uniósł do oczu wykutą podkowę i zmarszczył brwi. To była zbyt łatwa praca. Uspokajała, prawda, ale na dziś przydałoby się poważniejsze wyzwanie. Czuł potrzebę tworzenia, jakby dla równowagi za zniszczenia, jakie stały się jego udziałem. Zobaczył leżące obok kuźni długie sztaby surowej stali, znacznie lepszy materiał niż ten, z którego przyszło mu kuć podkowy. Prawdopodobnie miały się stać mieczami dla byłych uchodźców.
Wziął kilka i rzucił na węgle. Kuźnia nie odbiegała poziomem od tej, w jakich przywykł pracować i choć miał pod ręką miechy i trzy beczki z wodą, to jednak wiatr wyziębiał metal, a palenisko nie dawało tak wysokiej temperatury, jak lubił. Stał przez chwilę, z niejakim rozczarowaniem wpatrując się w rozgrzewaną stal.
- Mogę ci pomóc, lordzie Perrinie? - dobiegł go z boku głos Nealda. - To znaczy rozgrzać metal, jeśli o to ci chodzi.
Perrin zmierzył go spojrzeniem, zastanowił się, po czym skinął głową. Wybrał żelazną sztabę i chwycił ją w kleszcze.
- Chcę, żeby miała ładny żółtoczerwony kolor. Ale uważaj, żeby jej nie rozgrzać do białości.
Neald pokiwał głową. Perrin położył sztabę na kowadle, wziął młot i zaczął znowu kuć. Neald stanął obok, skoncentrował się.