- Chciałem odesłać was do domów - oświadczył w obecności zebranych. - Nie chcieliście pójść. Mam swoje wady. Nie kto inny, lecz wy najlepiej o tym wiecie. Jeżeli pójdziemy na wojnę, nie będę w stanie ochronić was wszystkich. Będę popełniał błędy.
Rozejrzał się po zgromadzonym tłumie, po kolei spojrzał w oczy tym, którzy stali najbliżej. Każdy z nich w milczeniu skinął głową. Żadnych wahań, żadnego żalu. Po prostu kiwali głowami.
Głęboko nabrał powietrza w płuca.
- Jeśli więc taka wasza wola, to przyjmuję wasze przysięgi. Poprowadzę was.
Tłum zaczął wiwatować. A potem był już niepohamowany wrzask radości.
- Złotooki! Złotooki wilk! Ostatnia Bitwa! Tai’shar Manetheren!
- Wil! - zawołał Perrin, unosząc do góry rękę ze sztandarem. - Wznieś sztandar. I nie opuszczaj, póki nie zwyciężymy w Ostatniej Bitwie. Odtąd będę maszerował pod godłem wilka. Pozostali niech poderwą obóz na nogi. Mają się zameldować wszyscy zdolni do walki. Mamy dzisiaj jeszcze coś do załatwienia!
Młodzieniec wziął sztandar i rozwinął go. Jori i Azi przyłączyli się doń i trzymali go tak, żeby nie dotykał ziemi. Unieśli wysoko w górę, pobiegli szukać masztu. Tłum rozpadł się na mniejsze grupy, żołnierze biegali tu i tam, wzywając do broni.
Faile podeszła do Perrina. Wziął ją za rękę. Pachniała zadowoleniem.
- Stało się, tak?
- Już nie będę narzekał - obiecał. - Mnie samemu to się nie podobało. Ale zabijanie też mi się nie podoba. Zrobię, co trzeba. - Spuścił wzrok, spojrzał na kowadło poczerniałe od pracy, którą na nim wykonał. Jego stary młot, poszczerbiony i zużyty, leżał na nim w poprzek. Poczuł ukłucie żalu, ale już podjął decyzję.
- Neald, co się właściwie stało? - zwrócił się do Asha’mana, który, wciąż blady, powoli się podnosił. Potem uniósł nowo wykuty młot, z upodobaniem przypatrując się wykonaniu.
- Sam nie wiem, mój panie - odparł Neald. - Po prostu… jak już mówiłem. Po prostu wydawało mi się, że tak trzeba. Wiedziałem, co należy robić, jak lokować sploty w metalu. Zresztą to on chyba je przyciągał, wchłaniał, jak morze wchłania spływające do niego rzeki. - Zarumienił się, jakby metafora zdała mu się niepoważna.
- Brzmi interesująco - zapewnił go Perrin. - Młot będzie potrzebował imienia. Znasz może Dawną Mowę?
- Nie, mój panie.
Perrin przyjrzał się ornamentowi wilka wykutemu z boku głowicy.
- Czy ktoś wie, jakby było: „Ten, który lata”?
- Nie… nie wiem…
- Mah’alleinir - powiedziała Berelain, ruszając się z miejsca, z którego dotąd obserwowała wszystko.
- Mah’alleinir - powtórzył Perrin. - Brzmi dobrze. Sulin? Co teraz robią Białe Płaszcze?
- Rozbili właśnie obóz, Perrinie Aybara - odpowiedziała Panna Włóczni.
- Pokaż mi - rozkazał, gestem wskazując mapę Argandy. Wskazała mu to miejsce: nieduży teren na zboczu wzgórza od zachodu ograniczony dalszymi wzgórzami, do którego z północnego wschodu dochodziła droga wijąca się u południowych podnóży wzgórz - wzdłuż koryta wyschniętej rzeki - żeby potem skręcić na południe, gdzie był wzmiankowany obóz. Dalej droga biegła w stronę Lugardu, niemniej widać było, że obóz jest z obu stron całkowicie zasłonięty. Białe Płaszcze wybrały sobie znakomite miejsce dla osłony przed wiatrem, ale równie znakomite na zasadzkę. To było to samo miejsce, o którym wcześniej mówili Arganda i Gallene.
Przyglądał się mapie - miejscu na obóz i drodze - i myślami wracał do wydarzeń z ostatnich kilku tygodni.
„Spotkaliśmy podróżnych… mówili, że błota na północy są nieomal nieprzejezdne dla wozów i innych pojazdów kołowych…”.
Grupka owiec biegnących przed zasadniczym stadem prosto w paszczę bestii. Faile, wszyscy pozostali, zmierzający wprost na krawędź urwiska. Światłości!
- Grady, Neald - rzucił. - Będzie mi potrzebna jeszcze jedna brama. Dacie radę?
- Czemu nie - odparł Neald. - Potrzebujemy tylko paru minut na odsapnięcie.
- Dobrze. Chciałbym, żeby otworzyła się tu. - Perrin wskazał palcem wzgórza nad obozem Białych Płaszczy. - Gaul! - Jak zwykle Aiel był niedaleko. Poskoczył żwawo. - Chciałbym, żebyś porozmawiał z Dannilem, Argandą i Gallene. Powiedz im, że cała armia ma się przeprawiać najszybciej jak to tylko możliwe, ale równocześnie zachowując całkowitą ciszę. Ruszamy, ale na tyle niepostrzeżenie, na ile się da w przypadku takiej siły.
Gaul skinął głową i pobiegł wypełnić rozkaz. Gallene wciąż był niedaleko, po chwili Gaul już z nim rozmawiał.
Faile przyglądała się Perrinowi, otaczała ją woń ciekawości i lekkiego podniecenia.
- Co sobie umyśliłeś, mężu?
- Czas naprawdę objąć dowództwo - powiedział Perrin. Spojrzał po raz ostatni na stary młot, musnął palcami trzon. Potem zarzucił Mah’alleinira na ramię i odszedł, a krople stwardniałej stali chrzęściły mu pod stopami.
Na miejscu zostawił młot, który był młotem prostego kowala. Człowiek, który nim władał, na zawsze pozostanie częścią Perrina, ale ten człowiek nie może już dłużej przewodzić ludziom.
Odtąd rządzić będzie właściciel królewskiego młota.
Kiedy Perrin odszedł, żeby dopilnować wymarszu armii, Faile przesunęła opuszkami palców po kowadle.
Czy on w ogóle wiedział, jak wtedy wyglądał, gdy stał pośród ulewy iskier, a każde uderzenie młota odzywało się tętnem w leżącej przed nim stali, budziło ją do życia? Jego złote oczy świeciły jasno jak rozpalony metal, ciosy młota ogłuszały niczym bicie dzwonów.
- Minęło wiele setek lat, odkąd ziemie te były świadkiem powstania broni wykutej Jedyną Mocą - powiedziała Berelain. Większość świadków samego wydarzenia rozeszła się, żeby wypełnić rozkazy Perrina i właściwie został tylko jeszcze Gallene, który przyglądał się mapie, drapiąc po podbródku. - Młody człowiek właśnie nam urządził pokaz wielkiego Talentu. Z pewnością się przyda. Armia Perrina będzie miała klingi kute Mocą.
- Robota wydawała się nad wyraz wyczerpująca - stwierdziła Faile. - Nawet gdyby Neald potrafił to powtórzyć, wątpię, aby starczyło nam czasu na wyprodukowanie w ten sposób większej ilości broni.
- Nawet niewielka ilość może się okazać kluczowa - trwała przy swoim Berelain. - Armia, którą stworzył twój mąż, będzie doprawdy niezwykła. Nie ma większych wątpliwości, że to dzieło ta’veren. Ludzie ciągną do niego, a potem uczą się zdumiewająco szybko i skutecznie.
- Być może - niezobowiązująco powiedziała Faile, spacerując powoli dookoła kowadła i nie spuszczając oczu z Berelain. Tamta powtarzała jej ruch, trzymając się po przeciwnej stronie. W co ona teraz grała?
- Wobec tego powinnyśmy z nim pomówić - oznajmiła Berelain. - Wyperswadować mu tę decyzję.
- Decyzję? - spytała Faile, autentycznie zbita z tropu. Berelain zatrzymała się, jej oczy rozbłysły jakąś myślą. Wydawała się spięta.
„Martwi się” - pomyślała Faile. „Przejmuje się czymś nie na żarty”.
- Lord Perrin nie może zaatakować Białych Płaszczy - oznajmiła Berelain. - Proszę, musisz go przekonać, żeby tego nie robił.
- On nie wybiera się przeciwko nim - powiedziała Faile. Tego akurat była w miarę pewna.
- Przecież właśnie wydał rozkaz wykorzystania idealnego miejsca na zasadzkę - upierała się Berelain. - Asha’mani użyją Jedynej Mocy, łucznicy z Dwu Rzek ostrzelają obóz Synów. A potem kawaleria zjedzie ze wzgórz i dokończy dzieła. - Zawahała się, na jej wargach wykwitł bolesny grymas. - Rozegrał ich idealnie. Obiecał, że podda się karze, jeśli on i Damodred przeżyją Ostatnią Bitwę. Ale Perrin najwyraźniej zdecydował, że Białe Płaszcze w ogóle nie dotrą na pola Ostatniej Bitwy. Tym sposobem nie złamie przysięgi, a równocześnie nie będzie się musiał oddać w ich ręce.