Выбрать главу

Faile pokręciła głową.

- On by nigdy czegoś takiego nie zrobił, Berelain.

- Jesteś pewna? - zapytała Berelain. - Całkowicie pewna?

Faile zawahała się. Perrin ostatnio się zmienił. Większość z tych zmian była na lepsze, jak choćby ta decyzja, żeby wreszcie nie uchylać się przed objęciem przywództwa nad swymi ludźmi. A plan, który tu zarysowała Berelain, cechował się swego rodzaju doskonałą, bezwzględną logiką.

Ale oprócz tego był zły. Ociekał wręcz złem. Perrin nie zrobiłby nic takiego, nieważne, jak bardzo się zmienił. Tego Faile była pewna.

- Tak - oznajmiła. - Perrin nie przetrzymałby tego, gdyby po złożeniu obietnicy Galadowi następnie zarżnął jego i jego ludzi. Podejrzewam, że jemu to w ogóle nie przyszło do głowy. To się nie stanie.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz - westchnęła Berelain. - Jednak oczekiwałam, że przed naszym wymarszem jeszcze porozmawiamy z ich dowódcą…

Biały Płaszcz! Światłości! Już nie mogła sobie wybrać innego obiektu swoich atencji, choćby jakiegoś szlachcica z obozu? Jednego z tych nieżonatych?

- Nieszczególnie dobrze dobierasz sobie mężczyzn, co, Berelain? - Słowa jakby same wyrwały się z jej ust.

Berelain odwróciła się do niej. Jej oczy były szeroko rozwarte, czy to z gniewu, czy ze wstrząsu.

- A co z Perrinem?

- Zupełnie do siebie nie pasowaliście - parsknęła Faile. - Właśnie się okazało, że nie wiesz nawet, do czego jest, a do czego nie jest zdolny.

- Nieistotne, czy do siebie pasujemy. Zostałam mu obiecana.

- Przez kogo?

- Przez Smoka Odrodzonego - oznajmiła Berelain.

- Co?

- W Kamieniu Łzy przyszłam do komnaty Smoka Odrodzonego - zaczęła tłumaczyć. - Ale on mnie nie chciał… wręcz rozzłościły go moje awanse. Zrozumiałam wtedy, że on, jako Smok Odrodzony, musi poślubić damę o znacznie wyższej pozycji od mojej, zapewne Elayne Trakand. To jest, oczywiście, jak najbardziej racjonalne, nie może przecież wszystkich krajów podbijać mieczem. Część musi zdobyć w drodze aliansów. Andor jest potęgą, włada nim kobieta i dlatego też takie małżeństwo byłoby nadzwyczaj korzystne.

- Perrin twierdzi, że Rand tak nie myśli - zaprotestowała Faile. - Że to jak na niego zbyt wyrachowane. Z tego, co o nim wiem, przychylałaby się do tego zdania.

- I to samo mówisz o Perrinie. Chcesz, żebym uwierzyła, jakie to z nich prostaczki. Bez piątej klepki.

- Tego nie powiedziałam.

- Ale wciąż słyszę od ciebie te same stare zastrzeżenia. To już się robi męczące. Cóż, w każdym razie zrozumiałam, co chciał mi zasugerować Lord Smok, dlatego też zainteresowałam się jednym z jego najbliższych adiutantów. Być może nie „obiecał” mi go w ścisłym sensie słowa. To rzeczywiście jest niezbyt dobrze dobrane wyrażenie. Ale wiem, że byłby zadowolony, gdyby mógł nawiązać ze mną sojusz przez jednego ze swoich bliskich sprzymierzeńców bądź przyjaciół. W rzeczy samej, podejrzewam, że tego właśnie się po mnie spodziewał… Mimo wszystko Smok Odrodzony mnie, nie Perrinowi zlecił tę misję. A nie mógł wyrazić tego w sposób całkowicie otwarty, żeby nie obrazić Perrina.

Faile zawahała się. Z jednej strony, wszystko, co Berelain plotła, to były czyste dyrdymały… z drugiej, przecież nie mogła wiedzieć, czego ta kobieta tak naprawdę była świadkiem. Czy też czego wydawało się jej, że jest świadkiem. Dla niej niczym niemoralnym było wkroczyć między męża i żonę. Przecież to tylko polityka… Poza tym, logicznie rzecz biorąc, Rand zapewne byłby powinien prowadzić taką politykę, to znaczy starać się wiązać ze sobą narody poprzez dynastyczne śluby swoich najbliższych sprzymierzeńców.

Niemniej nie zmieniało to niczego w kwestii, że ani on, ani Perrin nie podchodzili do spraw serca w taki sposób.

- Zrezygnowałam z Perrina - tłumaczyła dalej Berelain. - Pod tym względem dotrzymałam obietnicy. Ale stawia mnie to teraz w trudnej sytuacji. Dawno temu już doszłam do wniosku, że jedyną nadzieją na zachowanie w najbliższych latach niepodległości Mayene jest sojusz ze Smokiem Odrodzonym.

- A w małżeństwie nie chodzi tylko o korzyści polityczne - zauważyła Faile.

- A jednak korzyści te są tak wyraźne, że nie sposób ich lekceważyć.

- A ten Biały Płaszcz?

- Przyrodni brat królowej Andoru - wyjaśniła Berelain, lekko się rumieniąc. - Jeżeli Lord Smok naprawdę zamierza poślubić Elayne Trakand, zostaniemy skoligaceni w ten sposób.

Chodziło o coś więcej - Faile nie miała kłopotów z zobaczeniem tego w spojrzeniach, jakimi Berelain obrzucała Galada Damodreda, w rumieńcach, które pojawiały się na jej policzkach zawsze, gdy o nim mówiła. Jeżeli jednak potrzebował politycznej racjonalizacji dla swoich uczuć, Fasile nie miała zamiaru wyprowadzać jej z błędu, póki odciągało to jej uwagę od Perrina.

- Zrobiłam wszystko, o co mnie prosiłaś - podsumowała Berelain. -Teraz więc proszę cię o pomoc. Jeżeli jednak pojawią się sygnały, że zamierza zaatakować Synów, błagam, pomóż mi to mu wyperswadować. Być może razem nam się uda.

- Zgoda - powiedziała Faile.

Perrin jechał na czele swej armii, która po raz pierwszy wydawała mu się zjednoczoną siłą: sztandar Mayene, sztandar Ghealdan, sztandary szlacheckich Domów, których przedstawiciele znaleźli się pośród uchodźców; na dodatek kilka proporców, które chłopaki zrobili dla wszystkich regionów Dwu Rzek. A ponad nimi łopotał wilczy łeb.

Lord Perrin. Nigdy do tego tytułu nie przywyknie, ale może to i lepiej.

Zatrzymał Steppera obok otwartej bramy, a Podróżujące wojska przechodziły mimo, salutując. Szli już przy świetle pochodni. Pozostawało mieć nadzieję, że pole bitewne da się później oświetlić Jedyną Mocą.

Obok wierzchowca pojawiała się sylwetka mężczyzny. Perrin od razu wyczuł woń zwierzęcych skór, gliny i króliczej krwi. Kiedy on nadzorował wymarsz armii, Elyas udał się na polowanie. Trzeba było być niezłym myśliwym, żeby łowić króliki po nocy. Ale Elyas twierdził, że w ten sposób zabawa jest lepsza.

- Powiedziałeś mi coś kiedyś, Elyas - zagaił Perrin. - Powiedziałeś, że jeżeli kiedykolwiek polubię topór, będzie to znak, żeby go odrzucić.

- Powiedziałem.

- Myślę, że to samo stosuje się do władzy nad ludźmi. Najwyraźniej tytuły powinny przypadać w udziale tylko tym, którzy ich nie chcą. Póki o tym nie zapomnę, wszystko chyba będzie dobrze.

Elyas zachichotał.

- W każdym razie sztandar nieźle wygląda, tak tam sobie wisząc.

- Pasuje do mnie. Zawsze tak było. To ja nie zawsze pasowałem do niego.

- Głęboka myśl, jak na kowala.

- Może. - Perrin wyciągnął z kieszeni kowalską układankę, którą znalazł w Malden. Wciąż jeszcze nie udało mu się jej rozłożyć. - Zadałeś sobie kiedyś pytanie, Elyas, jakim sposobem kowale, którzy uchodzą za dość prostych ludzi, potrafią tworzyć te przeklęte układanki, które tak trudno rozwiązać?

- Nigdy o tym w ten sposób nie myślałem… Tak więc, stałeś się w końcu jednym z nas?

- Nie - zaprzeczył Perrin, chowając układankę. - Jestem, kim jestem. Wreszcie. - Nie do końca wiedział, co się w nim zmieniło. O ile… Ale niewykluczone, że źródłem problemu był właśnie fakt, że za dużo się nad tym zastanawiał.

Wiedział jedno - że odzyskał równowagę wewnętrzną. Że nigdy nie stanie się jak Noam - człowiek, który zatracił się w wilku. I tyle musiało wystarczyć.