Выбрать главу

Koń Gallene szedł stępa obok Steppera.

- Trolloków wciąż przybywa. Jak dotąd wedle moich szacunków mierzyliśmy się z siłą jakichś pięćdziesięciu tysięcy. Asha’mani twierdzą, że jak dotąd wyczuli tylko jednego przenoszącego Moc, który ponadto nie bierze udziału w walce.

- Dowódca Pomiotu Cienia nie chce angażować swoich Talentów - myślał głośno Perrin. - Przynajmniej w istniejącej sytuacji taktycznej. Zostawili Trolloki, żeby narobiły jak najwięcej szkód i być może zdobyły przewagę. Kiedy tak się stanie, zobaczymy Moc w użyciu.

Gallene przytaknął.

- Żołnierze Damodreda mają kłopoty.

- Tak - potwierdził Gallene. - Znakomicie wybrałeś pozycję osłonową dla nich, ale wygląda na to, że to nie wystarczy.

- Idziemy do nich na dół - zdecydował Perrin. Wskazał dłonią. - Trolloki otoczyły go i przypierają do zbocza wzgórza. Możemy ruszyć ze stoku, zaskoczyć bestie frontalnym atakiem, przebić się i dać ludziom Damodreda szansę na dotarcie na tę półkę.

Gallene zmarszczył brwi.

- Przepraszam, lordzie Perrinie, ale muszę zapytać. Z jakichże to zobowiązań wobec nich wyrasta twoja decyzja? Po prawdzie, byłoby mi przykro, gdybyśmy ich zaatakowali… choć zrozumiałbym logikę tego postępowania. Ale nie widzę powodów, dla których mielibyśmy im pomagać.

Perrin westchnął.

- Tak po prostu należy postąpić.

- To jest kwestia co najmniej dyskusyjna - upierał się Gallene, kręcąc nakrytą hełmem głową. - Walka z Trollokami i Pomorami to rzecz wspaniała, ponieważ każdy jeden poległy, to jednego mniej na polach Ostatniej Bitwy. Nasi ludzie poćwiczą sobie walkę z nimi i nauczą się panować nad strachem. Ale ten stok jest stromy i zdradziecki. Jeżeli ruszymy na pomoc Damodredowi, stracimy taktyczną przewagę pozycji.

- Tak czy siak, ruszamy - uciął Perrin. - Jori, zbierz ludzi z Dwu Rzek i Asha’manów. Chcę, żeby trochę zmiękczyli tamte Trolloki w dole przed moją szarżą. - Znów zerknął na dół. Wspomnienia bitew w Dwu Rzekach stanęły mu jak żywe przed oczami. Krew. Śmierć. Mah’alleinir rozgrzał się momentalnie pod wnętrzem dłoni. - Nie zostawię ich na zgubę, Gallene. Nawet ich. Idziesz ze mną?

- Dziwnym jesteś człowiekiem, Perlinie Aybara. - Gallene wahał się chwilę, nim dodał: - Naprawdę honorowym. Oczywiście, że idę.

- Dobrze. Jori, ruszaj. Musimy dotrzeć do Damodreda, nim jego szeregi się załamią.

Galad zobaczył, jak przez napierającą masę Trolloków przechodzi jakby drżenie. Zawahał się, spocone palce z trudem ściskały miecz. Bolało go całe ciało. Zewsząd wokół docierały jęki, niektóre gardłowe i warkotliwe - to umierały Trolloki; inne żałosne - tak ginęli ludzie. Skupieni wokół niego Synowie jeszcze się trzymali. Ledwie.

Mimo płonących na niebie świateł noc była dość ciemna. Bój mógł przypominać zmagania z nocnymi koszmarami. Ale jeśli Synowie Światłości mieliby nie walczyć z mrokiem, to kto?

Wycie Trolloków przeszło w wyższe rejestry, stało się głośniejsze. Te, które miał przed sobą, odwróciły się i zaczęły naradzać wulgarnie brzmiącą, gardłową mową, na której dźwięk ze wstrętem aż się żachnął. Trolloki potrafiły mówić? Tego nie wiedział. Cóż takiego mogło odciągnąć ich uwagę?

I wtedy sam zobaczył. Ulewa strzał posypała się z góry i spadła na pobliskie szeregi Trolloków. Łucznicy z Dwu Rzek dowiedli, że otaczająca ich reputacja nie była przesadzona. Galad nie pozwoliłby większości znanych sobie łuczników w ten sposób strzelać, bałby się, że zbłąkane strzały poranią sojuszników. Jednak ci najwyraźniej trafiali tam, gdzie chcieli.

Trolloki wyły i wrzeszczały. A wtedy, w cały ten tumult ze szczytu zbocza spłynęła szarża tysiąca konnicy. Otaczały ją rozbłyski świateł, ogień sypał się z nieba, bijąc w ziemię czerwono-złotymi lancami. Ulewa płomieni srebrem kreśliła sylwetki pędzących.

Manewr graniczył z niepodobieństwem. Stok był na tyle stromy, że konie mogły w każdej chwili się potknąć, upaść i zmienić atak w bezładną masę ciał. Ale nie padały. Galopowały pewnie, lśniły groty lanc. A na ich czele gnał brodaty gigant z uniesionym w górę młotem. Perrin Aybara we własnej osobie, pod rozwiniętym sztandarem, który trzymał nad nim jadący tuż z tyłu chorąży. Szkarłatny wilczy łeb.

Galad na ten widok mimowolnie opuścił tarczę. Sylwetka Aybary zdawała się omalże płonąć językami ognia, które go otaczały. Galad w mroku widział świecące złote oczy. Jakby one też płonęły.

Kawaleria wpadła w masę Trolloków jeszcze niedawno nacierających na siły Galada. Aybara ryknął tak głośno, że było go słychać ponad bitewnym zgiełkiem i zaczął wymachiwać młotem. Atak natychmiast zepchnął Trolloki w tył.

- Do ataku! - krzyknął Galad. - Naprzód! Zepchnąć ich pod kopyta! - Ruszył naprzód, ku zboczu wzgórza. Bornhald dotrzymywał mu kroku. Niedaleko Trom poderwał to, co zostało z jego legionu i poprowadził konnych, żeby zaatakowali Trolloki z przeciwnej strony niż Aybara.

Walka z każdą chwilą stawała się coraz bardziej chaotyczna. Galad szaleńczo dobywał z siebie resztki sił. Tymczasem ze szczytu wzgórza spływała powoli cała armia Aybary, opuszczając bezpieczne wzniesienie. Wreszcie dotarli na pozycje Trolloków, dziesiątki tysięcy ludzi idących z jednym okrzykiem wyrywającym się z gardeł:

- Złotooki! Złotooki!

Atak zepchnął Galada i Bornhalda w głąb szeregów Trolloków. Stwory najwyraźniej starały się uciekać przez Aybarą, bezładnie, na wszystkie strony. Wkrótce niewielki oddział otaczający Galada i Bornhalda zmuszony został do desperackiej walki o życie. Galad właśnie zakończył żywot Trolloka formą Wstążka w Powietrzu, szybko odwrócił się i przekonał, że stoi oko w oko z potworem o łbie wołu, wysokim na dziesięć stóp. Potworny pysk miał po obu bokach zakręcone rogi, ale oczy były ludzkie, podobnie jak dolna szczęka.

Kucnął, unikając ciosu gizarmą, jednym płynnym ruchem wbił miecz w brzuch bestii. Potwór wrzasnął, a wtedy Bornhald ciął go z boku. Galad krzyknął i odskoczył, ale wtedy nadwyrężona kostka w końcu go zawiodła. Uwięzła w szczelinie w ziemi i Galad, padając, usłyszał okropny trzask.

Umierające monstrum zwaliło się na niego, wciskając w ziemię. Ból przeszył nogę, ale zignorował go. Wypuścił miecz, spróbował wyczołgać się spod potwornego cielska. Tymczasem Bornhald przeklinając, walczył z Trollokiem o pysku dzika, który wydawał okropne chrząkające odgłosy.

W końcu udało mu się wydostać spod śmierdzącego trupa. Z boku widział żołnierzy w bieli - Trom z Byarem przy boku desperacko próbowali przedrzeć się w jego stronę. Trolloków wokół było tak wiele, a najbliżsi Synowie w większości byli martwi.

Galad sięgnął po miecz w momencie, gdy spośród cieni i zgromadzonych na północ od niego Trolloków wypadła sylwetka jeźdźca. Aybara. Podjechał bliżej i jednym ciosem swego masywnego młota powalił Trolloka o pysku dzika. Zeskoczył z konia i podszedł do Galada i Bornhalda, który próbował pomóc tamtemu wstać.

- Jesteś ranny? - zapytał.

- Kostka - odparł Galad.

- Weź mojego konia - polecił Aybara.

Galad nie protestował, rozkaz był rozsądny. Niemniej, gdy Bornhald podsadzał go na siodło, czuł rodzaj zawstydzenia. Otoczyli ich ludzie Aybary, odepchnęli Trolloki. W obliczu nieoczekiwanej pomocy ludzie Galada otrząsali się i z nowym duchem wstępowali w bój.

Szarża w dół stoku była zagrywką iście hazardową, ale gdy Galad znalazł się w siodle wierzchowca Aybary, przekonał się, iż zagrywka się opłaciła. Potężna szarża rozbiła szeregi Trolloków, a kilka z powstałych w ten sposób mniejszych grupek już rzucało się do ucieczki. Z góry dalej sięgały jęzory płomieni, paląc Myrddraale i związane z nimi całe tarany Trolloków.