Выбрать главу

Przez czas jakiś siedzieli w milczeniu.

- Tak więc - przerwała na koniec ciszę Egwene - jak się czujesz?

- Wiesz, jak się czuję - szczerze odparł Gawyn.

- Chciałam tylko jakoś zagaić rozmowę.

Uśmiechnął się.

- Czuję się wspaniale. Cudownie. Wreszcie spokojny. A poza tym martwię się, boję się, denerwuję. Jak ty.

- Trzeba coś zrobić z tymi Seanchanami.

- Zgoda. Ale nie tym się martwisz. Martwisz się tym, że okazałem się nieposłuszny, a równocześnie, że jednak miałem rację, że postąpiłem słusznie.

- Nie okazałeś się nieposłuszny - sprostowała Egwene. - Przecież kazałam ci wrócić.

- Moratorium na zbliżanie się do twoich apartamentów nie zostało odwołane. Mogłem znowu zepsuć twoje plany, wprowadzić zamieszanie, spłoszyć asasynów.

- Tak - zgodziła się. W jej uczucia wkradło się dodatkowe zamieszanie. - Zamiast tego uratowałeś mi życie.

- Jak oni dostali się do środka? - zaciekawił się Gawyn. - Czy alarm nie powinien cię obudzić, kiedy służąca wpadła w pułapkę osłon?

Pokręciła głową.

- Zbyt głęboko zanurzyłam się w Świecie Snów, walcząc z Mesaaną. Poza tym niedaleko byli Gwardziści Wieży i oni powinni usłyszeć alarm - wyjaśniła Egwene. - Niestety, obu zabito. Wychodzi na to, że asasyni oczekiwali, że wybiegnę zobaczyć, co się dzieje. Jeden z nich schował się w przedpokoju, żeby mnie zabić, gdy już poradzę sobie z dwoma pozostałymi. - Skrzywiła się. - Mogło im się udać. Spodziewałam się raczej Czarnych Ajah albo może Szarego Człowieka.

- Wysłałem ostrzeżenie.

- Kurierkę z twoim listem też znaleziono nieżywą. - Zmierzyła go wzrokiem. - Dziś w nocy zachowałeś się jak najbardziej odpowiednio, ale ja wciąż nie mogę się przestać martwić.

- Poradzimy sobie z tym, coś razem wypracujemy - zapewnił ją Gawyn. - Właśnie pozwoliłaś mi się chronić, Egwene, a we wszystkich innych sprawach będę cię słuchał. Obiecuję.

Egwene zawahała się, potem jednak skinęła głową.

- Cóż, teraz będę musiała wystąpić przed Komnatą. Zapewne już się szykują, żeby wyłamać drzwi do moich pokoi i przemocą domagać odpowiedzi. - Czuł, że w środku aż się zżyma.

- Ułatwisz sobie sprawę - podsunął jej - jeśli zasugerujesz, że mój powrót był częścią planu.

- Bo tak też i było - oświadczyła Egwene. - Choć nikt nie mógł przewidzieć tak doskonałego zgrania w czasie. - W jej głosie znów pojawiły się nuty wahania. - Kiedy zobaczyłam, jakimi słowami Silviana ujęła me wezwanie do ciebie, bałam się, że nigdy już nie wrócisz.

- O mały włos tak się nie stało.

- Co zdecydowało?

- Nauczyłem się, że czasem trzeba ulec. Nigdy tego nie umiałem.

Egwene pokiwała głową, jakby naprawdę potrafiła zrozumieć.

- Każę wstawić twoje łóżko do tego pomieszczenia. Od początku zaplanowałam tu sobie pokoik dla Strażnika.

Gawyn uśmiechnął się. Spać w drugim pokoju? Pod tym wszystkim, kim się stała, wciąż ukrywała się konserwatywna córka wiejskiego karczmarza.

Wyczuwając jego myśli, Egwene zarumieniła się.

- Dlaczego nie mielibyśmy wziąć ślubu? - zapytał Gawyn. - Tutaj, w tej chwili. Światłości, Egwene, jesteś Zasiadającą na Tronie Amyrlin… twoje słowo jest prawem Tar Valon. Wymów to słowo i już będziemy sobie poślubieni.

Zbladła. Dziwne, ale na samą myśl, przeraziła się, jak może wyglądać ich najbliższa noc. Gawyn poczuł ukłucie lęku. Powiedziała, że go kocha… Czyżby nie chciała…

Ale nie, czuł przecież jej emocje. Kochała go. Więc dlaczego? Kiedy wreszcie Egwene przemówiła, w jej głosie brzmiała najczystsza zgroza:

- Wyobrażasz sobie, że mogłabym spojrzeć w oczy moim rodzicom po tym, jak wzięłam ślub, nie zawiadomiwszy ich o tym wcześniej? Światłości, Gawyn, powinniśmy przynajmniej kogoś po nich posłać! A co z Elayne? Ożeniłbyś się ze mną, nic jej nie mówiąc?

Uśmiechnął się.

- Oczywiście, masz rację. Skontaktuję się z nimi.

- Mogę przecież…

- Egwene, jesteś Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Na barkach nosisz ciężar całego świata. Pozwól, żebym ja się wszystkim zajął.

- W porządku - zgodziła się. Wstała i wyszła na zewnątrz, gdzie już czekała na nią Silviana, która przez otwarte drzwi obrzuciła Gawyna jednym ze swych słynnych groźnych spojrzeń. Potem posłała służbę po jego łóżko, aż wreszcie razem z Opiekunką poszły dokądś, a za nimi niczym cienie ruszyli żołnierze Chubaina. Gawyn najchętniej poszedłby razem z nią. Gdzieś wciąż mogli się jeszcze czaić jacyś asasyni. Niestety, okazało się, że miała całkowitą rację, każąc mu leżeć. Miał kłopoty z utrzymaniem się na nogach. Chwiał się - dosłownie - i toczył wkoło nieprzytomnym wzrokiem, który wreszcie padł na owinięte w prześcieradła ciała w korytarzu. Miały tu pozostać do czasu, aż siostry nie przeprowadzą ich oględzin. Dotąd priorytetem było znalezienie Mesaany i poszukiwania pozostałych asasynów.

Zacisnął zęby i zmusił się, by podejść bliżej, a potem odsłonić prześcieradło zakrywające zwłoki. Zobaczył martwe oblicza Celarka i Mazone’a - głowa Celarka nieszczęśliwie spoczywała obok ciała, odcięta równo od szyi.

- Poradziliście sobie dobrze, żołnierze - powiedział. - Zadbam, aby wasze rodziny wiedziały, że uratowaliście życie Amyrlin. - Zły był, tracąc tak dobrych ludzi.

„Żeby sczeźli ci Seanchanie” - pomyślał. „Egwene miała rację. Coś trzeba z nimi zrobić”.

Zerknął w bok, gdzie ciała trzech asasynów spoczywały pod kolejnymi prześcieradłami, spod których sterczały stopy w czarnych pantoflach. Dwie kobiety i mężczyzna.

„Zastanawiam się…” - pomyślał, a potem podszedł bliżej. Gwardziści spojrzeli na niego, gdy odsuwał prześcieradło, ale nikt nic nie powiedział.

Ter’angreal nietrudno było wypatrzeć, choć, rzecz jasna, tylko dlatego, że wiedział, czego szuka. Identyczne pierścienie z czarnego kamienia na środkowych palcach lewych dłoni. Rzeźbione we wzór winorośli i cierni. Najwyraźniej żadna Aes Sedai nie rozpoznała w nich tego, czym były, przynajmniej jak dotąd.

Gawyn zsunął pierścienie z palców i schował je do kieszeni.

Lan wyczuwał coś - jakby odległą zmianę tonu emocji, kryjących się w głębi jego głowy. Przywykł już jednak nie zwracać na nie uwagi, podobnie jak na kobietę, do której tak naprawdę należały.

Ostatnimi czasy emocje te zmieniły się istotnie. W coraz większym stopniu był przekonany, że Nynaeve przejęła jego więź zobowiązań. Rozpoznawał ją w specyficznym charakterze jej uczuć. Jak można by jej nie rozpoznać, nie rozpoznać tych namiętności i życzliwości do ludzi? Były… niesamowite.

Patrzył w dal na drogę. Wiła się u stóp wzgórza, a dalej skręcała prosto ku niezwykłej fortecy. Na granicy między Kandorem a Arafel wznosiła się Warownia Srebrny Mur - kompleks wielkich fortyfikacji zbudowanych po obu stronach Przełęczy Firchon. Naprawdę forteca robiła wielkie wrażenie. W istocie były to dwie fortece, wznoszące się niebotycznymi prostymi murami po obu stronach wąskiego kanionu. Niczym dwie strony gigantycznych drzwi.

Pokonanie przełęczy wymagało przebycia sporego dystansu między kamiennymi murami upstrzonymi szczelinami strzelniczymi. Równie skutecznie można się było z nich bronić przed armiami nadciągającymi z zewnątrz.

Wszyscy Pogranicznicy byli oficjalnie ze sobą sprzymierzeni. Ale to jakoś nie powstrzymało Arafelian przed zbudowaniem solidnej warowni panującej nad drogą do Shol Arbela. Teraz pod murami tej fortecy obozowały tysiące, podzielone na mniejsze grupy. Nad paroma z nich powiewała flaga Malkier - Złoty Żuraw. Nad innymi flagi Kandoru lub Arafel.

- Który z was złamał daną mi przysięgę? - zapytał Lan, oglądając się na idącą za nim karawanę.