Выбрать главу

Mężczyźni tylko w milczeniu pokręcili głowami.

- Nikt nie musiał łamać żadnych przysiąg - poinformował go Andere. - Co innego mogłeś zrobić? Przeciąć Spękane Ziemie? Ścięte Wzgórza? Albo tędy, albo nigdzie. Oni o tym wiedzą. I dlatego na ciebie czekają.

Lan mruknął gniewnie pod nosem. Trudno było zaprzeczyć. - Stanowimy kupiecką karawanę - powiedział głośno, żeby wszyscy słyszeli. - Pamiętajcie, jeżeli ktoś zapyta, możecie się przyznać, że jesteśmy Malkierczykami. Możecie też powiedzieć, że czekacie na swojego króla. Bo taka jest prawda. Ale nie wolno wam nawet wspomnieć, że go już znaleźliście.

Tamci wydawali się cokolwiek zbici z tropu, ale nikt nie zaprotestował. Lan ruszył więc w dół stoku, a złożona z dwudziestu wozów karawana - wraz z rumakami bojowymi i służbą - popełzła za nim.

Przez całe swe życie obawiał się, że coś takiego nastąpi. Odzyskanie Malkier było przedsięwzięciem beznadziejnym. Zginą wszyscy, niezależnie od tego, ilu ich będzie. Szturm? Na Ugór? Absurd.

Nie miał prawa żadnego z nich o to prosić. Nie miał prawa pozwolić im iść za sobą. Jadąc drogą, wzmocnił w sobie postanowienie. Ci dzielni ludzie, pod tymi sztandarami… powinni dołączyć do armii Shienaru i walczyć w bitwach, które mogą cokolwiek zmienić. On nie weźmie ich żywotów na swoje sumienie.

„Śmierć lżejsza od pióra…”. Podczas podróży Rakim kilkukrotnie raczył go tym cytatem. Już wcześniej służył pod Lanem, dziesiątki lat temu, podczas Wojen z Aielami. „Obowiązek cięższy niż góra”.

Lan nie uchylał się przed swoimi obowiązkami. Przeciwnie, wybiegał im na spotkanie. Mimo to, kiedy zjechał na dół i ruszył w stronę obozowisk, na ich widok coś zakłuło go w sercu. Oczekujący go ludzie byli odziani w proste stroje wojowników, na czołach hadori, a u kobiet wymalowane ki’sain. Niektórzy z mężczyzn nosili kaftany ze Złotym Żurawiem na ramieniu - godło gwardii królewskiej Malkier. Mogli je odziedziczyć wyłącznie po ojcach lub dziadkach, którzy służyli w tej formacji.

Na ten widok Bukama z pewnością by się rozpłakał. Przez resztę życia uważał, że Malkierczycy nie istnieją już jako naród, że zostali złamani, rozproszeni, wchłonięci przez inne ludy. A oto byli - zgromadzeni na najlżejszy szept czegoś, co mogło być wezwaniem do broni. Wielu stosunkowo starych - Lan był dzieckiem, kiedy upadło jego królestwo, więc ci, którzy przeżyli ten dzień, będąc mężczyznami, dzisiaj musieli mieć po siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat. Głowy pokryte siwizną, lecz w sercach wciąż wojownicy, chętni poprowadzić swoich synów i wnuków.

- Tai’shar Malkier! - zawołał ktoś, gdy karawana go mijała. Okrzyk podnosił się jeszcze dziesięć, dwadzieścia razy, gdy ludzie widzieli jego hadori. Żaden jednak chyba nie rozpoznał w nim tego, kim był. Zapewne zakładali, że przybył tu z tych samych powodów co oni.

„Nadciąga Ostatnia Bitwa” - myślał Lan. „Czy naprawdę mam prawo odmawiać im możliwości walki u mego boku?”.

Tak, musiał tak uczynić. Dlatego też najlepiej się stanie, jeżeli przejedzie obok niezauważony i nierozpoznany. Patrzył więc prosto przed siebie nieruchomym wzrokiem, dłoń trzymał wspartą na rękojeści miecza, usta miał zamknięte. Ale za każdym razem, gdy słyszał wezwanie Tai’shar Malkier, odruchowo prostował się w siodle. Za każdym razem dodawało mu sił, mobilizowało.

Bramy w obu fortecach umocnień były otwarte, niemniej żołnierze sprawdzali każdego, kto je przekraczał. Lan zatrzymał więc Mandarba, a jadąca za nim karawana posłusznie przystanęła. Może Arafelianie otrzymali rozkazy, by go wypatrywać? Ale co mu innego pozostało, jak iść naprzód? Podróż dookoła zabrałaby całe tygodnie. Czekał więc wraz ze swoją karawaną, aż nadeszła ich kolej.

- Cel podróży? - zapytał umundurowany Arafelianin z włosami zaplecionymi w liczne warkoczyki.

- Jedziemy do Fal Moran - odparł Lan. - W związku z Ostatnią Bitwą.

- Nie chcecie zaczekać tutaj z całą resztą? - zdziwił się wartownik, machając urękawicznioną dłonią w kierunku zgromadzonych w dole Malkierczyków. - Na swojego króla?

- Nie mam króla - cicho powiedział Lan.

Żołnierz powoli kiwał głową, drapiąc się równocześnie po podbródku. Potem gestem przywołał kilku swoich towarzyszy, żeby sprawdzili zawartość wozów.

- Trzeba będzie zapłacić od tego myto.

- Wiozę to do Shienaru, żeby wspomóc jego przygotowania wojenne przez Ostatnią Bitwą - wyjaśnił Lan. - Za darmo.

Strażnik uniósł brwi.

- Mogę przysiąc - rzekł cichym głosem, patrząc tamtemu prosto w oczy.

- Wobec tego nie będzie myta. Tai’shar Malkier, przyjacielu.

- Tai’shar Arafel. - Lan wbił obcasy w boki Mandarba i pchnął wierzchowca naprzód. Nienawidził przeprawy przez Srebrne Mury. Cały czas miał wrażenie, jakby pozostawał celem tysiąca łuczników. Niemniej Trolloki też mogły zapomnieć o łatwej przeprawie przez przełęcz, gdyby nawet wojska Arafel musiały się cofnąć aż tak daleko. Historia znała takie przypadki - jak choćby za czasów Yakobina Wytrwałego - i za każdym razem forteca się utrzymała.

Przez całą drogę, praktycznie rzecz biorąc, wstrzymywał oddech. Uspokoił się dopiero po dotarciu do bramy w przeciwległej warowni, a potem skwapliwie pchnął Mandarba na drogę wiodącą ku północnemu wschodowi.

- Al’Lan Mandragoran? - usłyszał pytanie zadane ściszonym dalą głosem.

Lan zamarł. Głos dobiegał z góry. Odwrócił się, zerknął za siebie w kierunku najbardziej na lewo wysuniętego fragmentu umocnień. Z niewielkiego okienka wystawała czyjaś głowa.

- Światłości, dzięki, to ty! - zawołał głos. Głowa schowała się zaraz w środku.

Lan miał ochotę rzucić się do ucieczki. Ale gdyby tak zrobił, tamten człowiek z pewnością zawiadomiłby pozostałych. Więc czekał. Wkrótce z furty w murze warowni wyłoniła się postać. Lan rozpoznał ją: jeszcze chłopiec, w czerwonych barwach i płaszczu w kolorze głębokiego błękitu. Kaisel Noramaga, wnuk królowej Kandoru.

- Lordzie Mandragoran - mówił tamten, truchtem zmierzając w jego stronę. - Przybyłeś! Kiedy usłyszałem, że znowu wzniesiono sztandar Złotego Żurawia…

- Ja go nie wzniosłem, książę Kaiselu. Moje plany przewidują samotną podróż.

- Oczywiście. Ja chciałbym też w pojedynkę pojechać z tobą. Mogę?

- To nie jest mądry wybór, Wasza Wysokość - mitygował go Lan. - Twoja babka przebywa aktualnie na południu, przyjmuję, że ojciec w jej imieniu sprawuje władzę w Kandorze. Powinieneś być razem z nim. Co tu robisz?

- Zaprosił mnie Kendral - wyjaśnił Kaisel. - A poza tym ojciec kazał mi tu przybyć. Obaj myślimy o wyprawie pod twoim sztandarem!

- Kendral również? - spytał Lan, zdjęty autentyczną grozą. Wnuk króla Arafel? - Wasze miejsce jest wśród waszych ludów!

- Nasi przodkowie złożyli przysięgi - tłumaczył dalej młodzieniec. - Przysięgi, że będą chronić i bronić. Te przysięgi są silniejsze niż więzy krwi, lordzie Mandragoran. Silniejsze niż czyjaś wola czy postanowienie. Twoja żona kazała nam tu czekać na ciebie. Uprzedziła, że być może zechcesz przejechać, nawet się nie przywitawszy.

- Jak mnie wypatrzyłeś? - zapytał Lan, hamując wzbierający w nim gniew.

- Koń cię zdradził - powiedział Kaisel, kiwając głową w kierunku Mandarba. - Ona powiedziała, że najpewniej będziesz podróżował w przebraniu. Ale że za nic nie porzucisz konia.

„Żeby sczezła ta kobieta” - pomyślał Lan, gdy tymczasem po całej warowni niosły się okrzyki. Wykołowano go. „Bądź przeklęta, Nynaeve. I błogosławiona również”. Spróbował przesłać jej przez więź zobowiązań mieszaninę miłości i rozpaczy, które szalały w jego wnętrzu.

A potem, westchnąwszy głęboko, poddał się.