- Zdajesz sobie sprawę, jak bezczelną sformułowałeś propozycję? Lord Kapitan Komandor Synów Światłości oddający się pod rozkazy dowolnego dowódcy, to już byłoby coś niesłychanego. A jeszcze twoje? Człowieka, którego nie tak dawno sądziłem za zabójstwo? Człowieka, którego większość Synów uważa za Sprzymierzeńca Ciemności?
Perrin przystanął, odwrócił się, spojrzał mu w oczy.
- Pójdziesz ze mną, a obiecuję, że będziesz walczył w Ostatniej Bitwie. Któż może wiedzieć, jaki beze mnie czeka cię los?
- Powiedziałeś, że przyda się każdy miecz - odparł Galad. - A teraz chcesz nas tu zostawić?
- Tak. Zrobię tak, jeżeli nie złożysz przysięgi. Oczywiście, Rand może jeszcze po ciebie wrócić. Ale ze mną wiesz, na co się piszesz. Będę z tobą szczery. Proszę cię tylko o to, żeby twoi żołnierze zajęli miejsce w szeregu, a potem walczyli, póki im się nie powie, że bitwa dobiegła końca. Rand… cóż, mnie jeszcze możesz powiedzieć: nie. W jego przypadku przekonasz się, że będzie to znacznie trudniejsze. I wątpię, aby skutki twojej decyzji… kiedy już powiesz mu: tak.., były bodaj w połowie tak korzystne jak w moim przypadku.
Galad zmarszczył brwi.
- Jesteś osobliwie przekonującym człowiekiem, Perrinie Aybara.
- Mamy umowę? - Perrin wyciągnął rękę.
Galad ujął ją. Na jego decyzję nie wpłynęły pogróżki Perrina, tylko wspomnienie głosu, jakim mówił do Jeruma, trzymając go za rękę. To współczucie… Żaden Sprzymierzeniec Ciemności nie potrafiłby tak udawać.
- Masz moją przysięgę - oświadczył Galad. - Oddaję się pod twoje dowództwo na czas, który upłynie do zakończenia Ostatniej Bitwy. - Poczuł nagły przypływ słabości, ciężko westchnął, osunął się na pobliski kamień.
- I ja tobie przysięgam - rzekł Perrin. - Że będę dbał o twoich ludzi jak o wszystkich innych. Posiedź tutaj i odpocznij trochę, ja przeszukam tamto miejsce. Słabość szybko minie.
- Słabość?
Perrin pokiwał głową.
- Ja najlepiej wiem, jak to jest, kiedy człowiek zostaje zmuszony do podporządkowania się potrzebom ta’veren. Światłości, jakże dobrze wiem! - Zmierzył Galada wzrokiem. - Zastanawiałeś się kiedyś, czemu my dwaj skończyliśmy tutaj, w tym samym miejscu?
- Moi ludzie i ja przyjęliśmy, że to Światłość postawiła cię na naszej drodze - odpowiedział Galad. -Abyśmy mogli cię ukarać.
Perrin pokręcił głową.
- To nie tak. Prawda jest taka, Galad, że najwyraźniej jesteś mi potrzebny. I dlatego też spotkałeś mnie na swej drodze. - I z tymi słowy odszedł.
Alliandre pieczołowicie zwinęła bandaż, a potem podała go czekającemu gai’shain. Palce miał grube i pokryte odciskami, twarz ukrytą pod kapturem szaty. Pomyślała, że może to być Niagen, jeden z Pozbawionych Braci, którym opiekowała się Lacile. Faile wciąż to irytowało, jednak Alliandre nie potrafiła sobie wyobrazić dlaczego. Aiel jej zdaniem doskonale pasował do Lacile.
Zabrała się za zwijanie kolejnego bandaża. Wraz z innymi kobietami siedziała na niewielkiej polanie w pobliżu pola bitwy, otoczonej postrzępionymi krzewami durmana i kępami skórzanego liścia. Powietrze było chłodne, wokół panowała cisza, wyjąwszy jęki leżących niedaleko rannych.
W słabym świetle poranka przycięła kolejny pas materiału. Kiedyś to była koszula. Teraz stanie się bandażem. Niewielka strata, sądząc z wyglądu, koszula nie była najlepszej jakości.
- Bitwa już się skończyła? - zapytała cicho Berelain. Ona i Faile pracowały niedaleko, siedziały na stołkach naprzeciw siebie i kroiły materiał.
- Tak, na to wychodzi - odparła Faile.
Obie umilkły. Alliandre uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Coś się działo między tymi dwoma. Dlaczego znienacka zaczęły udawać najlepsze przyjaciółki? Udało im się wprawdzie oszukać wielu mężczyzn w obozie, ale Alliandre widziała przecież, jak na jej widok usta im się zaciskają. Te odruchy stały się słabsze po tym, jak Faile uratowała życie Berelain, jednak nie zanikły całkowicie.
- Miałaś rację w odniesieniu do niego - stwierdziła Berelain.
- Mówisz tak, jakbyś była zdziwiona.
- Często się mylę, kiedy chodzi o mężczyzn.
- Mój mąż nie jest jak inni mężczyźni. To… - Faile urwała. Spojrzała w stronę Alliandre, oczy jej się zwęziły.
„Krwawe popioły” - zaklęła Alliandre w myślach. Siedziała trochę zbyt daleko, więc żeby móc podsłuchiwać, nachyliła się za bardzo w ich stronę. A Faile wydało się to podejrzane.
Obie umilkły, a Alliandre uniosła do oczu dłoń, jakby się przyglądała swoim paznokciom.
„Tak” - pomyślała. „Nie zwracajcie na mnie uwagi. Zupełnie się nie liczę, jestem tylko zwykłą kobietką nazbyt zajętą sobą, która próbuje jakoś sobie radzić”. Oczywiście Faile i Berelain bynajmniej ją za kogoś takiego nie uważały, w nie większym stopniu, niż ludzie z Dwu Rzek kiedykolwiek dopuszczali niewierność Perrina. Gdyby ich przed sobą posadzić i zapytać, poważnie zapytać, każąc się zastanowić nad odpowiedzią, każdy doszedłby do wniosku, że musiało tu chodzić o coś zupełnie innego.
Ale przesądy i uprzedzenia żyją życiem głębszym niż zwykłe myśli. To, co tamte myślały na temat Alliandre, a co instynktownie czuły wobec niej, to były dwie różne rzeczy. Poza tym Alliandre była tylko zwykłą kobietką bardzo zajętą sobą, która próbowała jakoś sobie radzić.
Najlepiej znać dobrze swoje mocne strony.
Alliandre wróciła do cięcia bandaży. Faile i Berelain uparły się, że zostaną i jej pomogą - w takiej sytuacji Alliandre po prostu nie mogła stąd odejść. Zbyt fascynujące wydawały się jej ostatnio. Poza tym praca jej nie przeszkadzała. W porównaniu do czynności, do których ją zmuszano w trakcie niewoli u Aielów, była nawet dość przyjemna. Niestety, tamte nie podjęły na powrót przerwanej rozmowy. W rzeczy samej, Berelain wstała i z irytacją na twarzy przeszła na drugą stronę polany.
Alliandre nieomal namacalnie czuła bijący od niej chłód. Tamta zatrzymała się przy pozostałych kobietach zwijających bandaże. Alliandre wstała, podniosła swój stołek, wzięła nożyce oraz materiał i podeszła do Faile.
- Nie wydaje mi się, abym ją kiedykolwiek widziała tak wytrąconą z równowagi - zagaiła.
- Nie lubi się mylić - zauważyła Faile. Westchnęła głęboko, po czym pokręciła głową. - Dla niej świat jest siatką półprawd, z których wyciąga się najdalej idące wnioski. W ten sposób przypisuje najbardziej skomplikowane motywacje najprostszym z mężczyzn. Podejrzewam, że te zasady świetnie się sprawdzają w polityce dworskiej. Ale nie chciałabym żyć takim życiem.
- Jest bardzo mądra - stwierdziła Alliandre. - Naprawdę widzi wiele rzeczy. Rozumie świat. Po prostu jest ślepa na pewne sprawy, jak większość z nas.
Faile z roztargnieniem pokiwała głową.
- Tym, czego najbardziej żałuje, jest fakt, że wbrew wszystkiemu, co się wydarzyło, nie sądzę, aby naprawdę zakochała się w Perrinie. Uganiała się za nim dla zabawy, dla korzyści politycznych, dla zabezpieczenia przyszłego losu Mayene. W ostatecznym rozrachunku było to dla niej przede wszystkim wyzwanie, niewiele więcej. Może go i lubiła, ale nic ponadto. Podejrzewam, że łatwiej byłoby mi ją zrozumieć, gdyby chodziło o miłość.
Po tych słowach Alliandre nie miała innego wyjścia, jak trzymać język za zębami i w milczeniu ciąć bandaże. W stosie do pocięcia znalazła znakomitą bluzkę z niebieskiego jedwabiu. Z pewnością zasługiwała na lepszy los! Wepchnęła ją między dwie inne i położyła obok, niby że też chce je pociąć.
W końcu na polanę dotarł Perrin, prowadząc ze sobą jakichś robotników w zakrwawionych ubraniach. Natychmiast ruszył ku Faile, zasiadł na stołku opuszczonym przez Berelain i ułożył swój cudowny młot wśród rosnącego obok zielska. Wyglądał na wyczerpanego. Faile znalazła mu coś do picia, a potem zaczęła masować ramiona.