Выбрать главу

Alliandre wymówiła się, zostawiając Perrina jego żonie. Ruszyła w stronę, gdzie Berelain stała na skraju polany, pijąc herbatę z filiżanki; herbata grzała się w dzbanku na ognisku. Berelain spojrzała na nią groźnie.

Alliandre nalała sobie herbaty, dmuchała na nią przez chwilę, żeby ostygła.

- Oni tak znakomicie do siebie pasują, Berelain - powiedziała. - Nie mogę powiedzieć, że mi przykro, iż tak się to wszystko skończyło.

- Każdy związek powinien stawić czasem czoło przeciwnościom - zauważyła Berelain. - A gdyby ona uległa komuś w Malden, co nie było znowu takie nieprawdopodobne, potrzebowałby kogoś innego. Nie traktuję tego wszakże jako wielkiej straty. Perrin Aybara wpadł mi w oko, fakt, i chętnie nawiązałabym przez niego bliższe stosunki ze Smokiem Odrodzonym, ale nadarzą się po temu jeszcze inne sposobności. - Wydawała się znacznie spokojniejsza niż jeszcze przed kilkoma chwilami. Po prawdzie, to ewidentnie wróciła do swego dawnego kalkulującego wszystko ja.

Alliandre uśmiechnęła się.

„Bystra kobieta”. Żeby uznać zagrożenie za zażegnane, Faile musiała zobaczyć swą konkurentkę całkowicie zdruzgotaną. Dlatego też Berelain ujawniła targającą nią irytację w znacznie większym stopniu, niżby to uczyniła w normalnych okolicznościach.

Alliandre upiła łyk herbaty.

- Małżeństwo nie jest dla ciebie niczym więcej niż przedmiotem rachuby politycznej? Liczą się uzyskane korzyści?

- Jest też radość polowania i dreszcz emocji, jakiego dostarcza pogoń za zwierzyną.

- A co z miłością?

- Miłość nie jest dla władców - wyjaśniła Berelain. - Kobieta jest warta znacznie więcej niż partia, jaką może stanowić, ale ja muszę troszczyć się w pierwszym rzędzie o Mayene. Jeżeli przyjdzie mi wziąć udział w Ostatniej Bitwie, a jeszcze nie będę miała męża, sukcesja zostanie zagrożona. A w przypadku każdego kryzysu sukcesji w Mayene, Łza natychmiast próbuje na tym zyskać. Romantyczne uczucia to zbytki, na które nie mogę sobie pozwolić…

Urwała nagle, a wyraz jej twarzy zmienił się nie do poznania. Co się działo? Marszcząc czoło, Alliandre zerknęła dyskretnie na bok, póki nie zrozumiała.

Na polanę wkroczył Galad Damodred.

Biały mundur miał splamiony krwią, wyglądał na całkiem wycieńczonego. Jednak trzymał się prosto, z głową w górze, a twarz miał dokładnie umytą. Wydawał się omalże zbyt piękny jak na ludzką istotę z tymi idealnie męskimi rysami i szczupłą, wdzięczną sylwetką. A jego oczy! Niczym głębokie, ciemne stawy. Cały jakby jarzył się wewnętrznym blaskiem.

- Ja… O czym to ja mówiłam? - zapytała Berelain, nie odrywając oczu od Damodreda.

- Że w życiu władców nie ma miejsca na romantyczne uniesienia?

- Tak - potwierdziła Berelain nieobecnym głosem. - Ponieważ są one zupełnie nierozsądne.

- Zupełnie.

- Ja… - zaczęła znowu Berelain, ale Damodred już szedł w ich stronę. Kiedy ich oczy się spotkały, zamilkła zupełnie. Alliandre tłumiła uśmiech, przyglądając się tej scenie. Tymczasem Damodred dotarł do nich, ukłonił się z idealną gracją, najpierw jednej, potem drugiej, choć Alliandre zdawał się ledwie dostrzegać. - Moja… lady Pierwsza - powiedział. - Lord Aybara poinformował mnie, że kiedy gotował się do tej bitwy, wstawiłaś się w moim imieniu.

- Z głupoty - skonstatowała Berelain. - Sądziłam, że chce cię zaatakować.

- Gdyby takie obawy czyniły kogoś głupcem - odparł Damodred - wówczas ten tytuł przypaść musiałby nam obojgu. Ja byłem pewien, że Aybara zaraz się z nami rozprawi.

Uśmiechnęła się do niego. I najwyraźniej - jakże szybko! - zapomniała o wszystkim, co mówiła wcześniej.

- Napiłabyś się może herbaty? - zaproponował Damodred, może nieco zbyt pospiesznie sięgając po filiżanki ustawione na płótnie leżącym przy ogniu.

- Już mam, dziękuję - zauważyła.

- Więc może jeszcze odrobinę? - zapytał, pospiesznie klękając i nalewając pełną filiżankę.

- Hm.

Wstał z filiżanką w dłoni i dopiero wtedy się zorientował, że ona jedną już trzyma.

- Wciąż mamy trochę płótna do pocięcia na bandaże - powiedziała Berelain. - Może mógłbyś pomóc?

- Może - odpowiedział. Podał filiżankę z herbatą Alliandre. Berelain, która tymczasem nie mogła oderwać wzroku od jego oczu, wyraźnie nie wiedząc, co czyni, również wręczyła Alliandre swoją filiżankę.

Alliandre uśmiechnęła się szeroko - trzymała obecnie trzy filiżanki w dłoniach, a tamci dwoje tymczasem wędrowali do miejsca, gdzie leżał materiał do pocięcia na bandaże. To się mogło rzeczywiście miło skończyć. Przynajmniej zaistniała szansa, że te przeklęte Białe Płaszcze wyniosą się wreszcie z jej królestwa.

Wróciła do miejsca, gdzie Perrin siedział z Faile. Tam zręcznym ruchem wyciągnęła błękitną bluzkę ze stosu przeznaczonego do pocięcia.

Będzie z niej naprawdę piękna szarfa.

44.

Dwuznaczna prośba.

Morgase wyszła z rozbitego na zboczu wzgórza namiotu i spojrzała na Andor. U jej stóp rozpościerał się Biały Most, cudownie znajomy, choć nawet stąd mogła dostrzec, że miasteczko się rozrosło. Farmy podupadały, ostatniej zimy psuły się zapasy, więc ludzie uciekali do miast.

Otaczający ją krajobraz powinien kipieć zielenią, zamiast tego schła w nim tylko pożółkła trawa, malując go bliznami brązu. Nie trzeba będzie długo czekać, aż cała kraina zmieni się w Pustkowie. Korciło ją, żeby wreszcie przystąpić do działania. To był jej lud. Kiedyś był.

Z namiotu wyszła w poszukiwaniu pana Gilla. Po drodze minęła Faile, która znowu naradzała się z kwatermistrzem. Morgase skinęła jej głową, okazując należny szacunek. Faile odpowiedziała skinieniem. Przepaści, która się między nimi pojawiła, jakoś nie dawało się zasypać. Morgase bardzo tego żałowała. Przecież wraz z nimi wszystkimi dzieliła te krótkie chwile w życiu, kiedy nadzieja była tak słaba jak migoczący płomień świecy. To Faile zachęcała ją, aby spróbowała użyć Jedynej Mocy, dobywając ostatnich kropel ze swego żałosnego talentu i w ten sposób z niewoli wysłać prośbę o pomoc.

Obóz był już w całości rozbity. Jakimś zdumiewającym postanowieniem Białe Płaszcze przyłączyły się do nich, ale Perrin jeszcze nie zdecydował, co zrobi. A przynajmniej, jeśli nawet zdecydował, to nie poinformował Morgase o swym postanowieniu.

Podeszła do sznura wozów, minęła wozaków i koniuszych szukających w miarę znośnych pastwisk, potem ludzi kłócących się nad zapasami, wreszcie ponurych żołnierzy kopiących rowy na odpadki. Każdy miał swoje miejsce, oprócz niej. Służba na jej widok wycofywała się, wykonując niepewne ukłony, nie wiedząc, jak ją należy traktować- Nie była królową, nie była też pierwszą lepszą szlachcianką. A na pewno nie była już służącą.

Chociaż chwile spędzone z Galadem przypomniały jej, jak to jest być królową, to równocześnie wdzięczna była za wszystko, czego nauczyła się jako Maighdin. Doświadczenie nie okazało się takie złe, jak się z początku obawiała - bycie pokojówką damy miało swoje dobre strony. Koleżeńskie stosunki z pozostałą służbą, wolność od związanego z władzą ciężaru odpowiedzialności, czas spędzany z Tallanvorem…

Tamto życie nie należało do niej. Czas skończyć z udawaniem. W końcu znalazła Basela Gilla, zastała go przy pakowaniu wozu. Lini przyglądała się z boku, Lamgwin i Breane pomagali. Wcześniej Faile zwolniła Breane i Lamgwina ze służby u siebie, żeby mogli służyć Morgase. Ta zdołała się powstrzymać od wyrazów wdzięczności za to, że łaskawie pozwoliła jej odzyskać własnych służących. Tallanvora nie było. Cóż, nie mogła już dłużej wzdychać do niego niczym jakaś dziewoja. Trzeba było wracać do Caemlyn i pomóc Elayne.