Выбрать главу

- W dziwnie dwuznaczny sposób zwracasz się do mnie o pomoc, Morgase - powiedział Perrin.

Oczy tamtej zwęziły się lekko. A Faile spojrzała na niego i poczuł, że pachnie gniewem. Perrin westchnął. Jakkolwiek bardzo by walczyły ze sobą, zawsze miały w pogotowiu cierpkie słowa i karcące spojrzenia dla mężczyzny, który powiedział coś nie tak, nawet jeśli była to prawda.

Niemniej Morgase zaraz się uspokoiła.

- Przepraszam. Nie chciałam urazić godności twojej pozycji.

- W porządku - uspokoił ją. - Rozumiem, że masz swoje powody, aby ją kwestionować.

- Nie - oznajmiła Morgase, prostując się. Światłości, kiedy tylko chciała, potrafiła wyglądać naprawdę po królewsku. Jak mogli tego wcześniej nie zauważyć. - Jesteś lordem, Perrinie Aybara. Dowiodłeś tego swoimi czynami. Dwie Rzeki mogą czuć się szczęśliwe, mając kogoś takiego. To samo pewnie należałoby powiedzieć o całym Andorze. Póki, rzecz jasna, dochowasz mu wierności.

- Takie mam najszczersze zamiary - obiecał Perrin.

- Cóż, jeżeli wyświadczysz mi tę grzeczność, o którą proszę - ciągnęła dalej, zerkając na Tallanvora - wówczas ja ze swej strony wstawię się w twoim imieniu u Elayne. Jest oczywiste, że należy rzecz całą omówić, a następnie urządzić ceremonię nadania tytułu… właściwego tytułu.

- Chętnie skorzystamy z twej propozycji wstawienia się w naszym imieniu - szybko powiedziała Faile, chcąc uprzedzić ewentualne słowa Perrina. - Ale już sami zdecydujemy wraz z Jej Królewską Mością, czy nadania tytularne są… w tym momencie konieczne.

Perrin spojrzał na nią zdumiony. Przecież nie mogła chyba wciąż piastować tych marzeń o secesji Dwu Rzek i uczynieniu z nich odrębnego królestwa, nieprawdaż? Nigdy wprawdzie nie mówili o tym całkiem otwarcie, niemniej to ona zachęcała go, aby wzniósł sztandar Manetheren. Cóż, trzeba będzie o tym porozmawiać.

Dostrzegł niedaleko Galada Damodreda, który zmierzał w ich stronę. Towarzyszyła mu Berelain - jak to ostatnio prawie zawsze się działo. Najwyraźniej Morgase zawiadomiła go przez posłańca. Galad wkładał coś do kieszeni. Niewielki list, wydawało się, opatrzony czerwoną pieczęcią. Od kogo mógł go dostać? Wyglądał na zmartwionego, ale twarz mu się rozjaśniła, gdy podszedł bliżej. Nie wydawał się żadną miarą zaskoczony wieściami o małżeństwie. Skinął głową Perrinowi, następnie uściskał matkę, wreszcie z surowym spojrzeniem, lecz poza tym dość kordialnie pozdrowił Tallanvora.

- Na jakiej zależałoby ci ceremonii? - zapytał Perrin, zwracając się do Morgase. - Ja znam tylko tę, którą się odprawia w Dwu Rzekach.

- Myślę, że proste przysięgi wzajemne będą całkowicie wystarczające - odparła Morgase. - Jestem już na tyle stara, żeby nie przejmować się ceremoniami.

- Wydaje mi się to jak najbardziej właściwe - zgodził się Perrin.

Galad odstąpił na bok, a Morgase i Tallanvor wzięli się za ręce.

- Martynie Tallanvorze - powiedziała była królowa Andoru. - Otrzymałam od ciebie więcej, niż sobie zasłużyłam, i długo trwało, zanim zrozumiałam, co dostaję. Powiedziałeś kiedyś, że miłość prostego żołnierza nic nie znaczy wobec majestatu królowej, ale ja mówię ci teraz, że miarą człowieka nie jest jego tytuł, lecz dusza. Przyszło mi być świadkiem twojej odwagi, poświęcenia, lojalności i miłości. Dostrzegłam w tobie serce godne księcia, serce człowieka, który pozostanie wierny, choć wokół niego setki upadną. Przysięgam, że cię kocham. I, na Światłość, przysięgam, że cię nie opuszczę. Przysięgam też miłować cię na zawsze i zawsze widzieć w tobie męża.

Berelain wyjęła chusteczkę i otarła nią kąciki oczu. Cóż, kobiety zawsze płakały podczas takich okazji jak śluby. Choć Perrin sam… cóż, sam czuł, jak mu oczy wilgotnieją. Może to od jaskrawego światła.

- Morgase Trakand - powiedział Tallanvor. - Zakochałem się w tobie, gdy byłaś jeszcze królową, i zobaczyłem, jak traktujesz tych, którzy cię otaczali. Zobaczyłem wówczas w tobie kobietę, dla której obowiązki były nie tylko skutkiem poczucia odpowiedzialności, lecz prawdziwą namiętnością. Nawet w czasach, gdy nie byłaś w stanie odróżnić mnie od innych gwardzistów, traktowałaś mnie zawsze z życzliwością i szacunkiem. Wszystkich swoich poddanych traktowałaś w ten sposób. Kocham cię za twe dobro, za twój rozum, za siłę myśli i woli. Nie potrafił cię złamać jeden z Przeklętych, uciekłaś mu, mimo iż sądził, że ma cię całkiem w swojej mocy. Najokrutniejszy tyran nie potrafił cię zniewolić, choć miał nad tobą władzę absolutną. Shaido nie potrafili cię złamać. Po takich przejściach ktoś inny na twoim miejscu odpłaciłby światu goryczą. Ale ty… ty z każdą chwilą stawałaś się większym człowiekiem, kimś, kogo należy podziwiać, miłować i szanować. Przysięgam, że cię kocham. I, na Światłość, przysięgam, że cię nigdy, ale to przenigdy nie opuszczę. Przysięgam miłować cię na zawsze i zawsze widzieć w tobie żonę. Przysięgam ci to wszystko, Morgase, choć część mnie nie potrafi uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

A potem stali tak przez dłuższą chwilę, patrząc sobie w oczy, jakby Perrina w ogóle przy nich nie było.

Odkaszlnął.

- Cóż, więc niech tak będzie. Jesteście mężem i żoną. - Czy powinien udzielić im jakichś rad? Jak mógłby z czymś takim zwracać się do Morgase Trakand, królowej posiadającej dzieci w jego wieku? Więc tylko wzruszył ramionami. - Dokonało się, ceremonia skończona.

Zza pleców czuł docierającą woń Faile, w której było rozbawienie i lekkie rozczarowanie. Lini jego występ skwitowała otwartym parsknięciem, niemniej zaraz odprowadziła Morgase i Tallanvora. Galad skinął mu głową, a Berelain ukłoniła się. Potem wszyscy się rozeszli i tylko Berelain odchodząc, wspomniała coś o „niespodziewanym wydarzeniu”.

Faile uśmiechnęła się do niego.

- Musisz się trochę bardziej wprawić.

- Chcieli prostej ceremonii.

- Wszyscy tak mówią - odparła. - Ale nawet gdy odprawiasz krótką ceremonię, dalej powinieneś zachować uroczystą atmosferę. Porozmawiamy o tym. Następnym razem pójdzie ci lepiej.

Następnym razem? Jeszcze kręcił głową, gdy Faile dawno już się odwróciła i poszła do obozu.

- Dokąd idziesz? - zawołał wreszcie za nią.

- Do Bavina. Muszę zamówić u niego kilka baryłek ale.

- Po co?

- Na wesele - odpowiedziała, oglądając się przez ramię. - Jeżeli istnieje potrzeba lub wola, można sobie odpuścić ceremonię. Ale wesela odpuścić nie można. - Zerknęła na niebo. - Zwłaszcza w takich czasach jak te.

Perrin przyglądał się, jak odchodzi i znika w ogromnym obozie. Żołnierze, farmerzy, rzemieślnicy. Aielowie, Białe Płaszcze, uchodźcy. Jego armia liczyła prawie siedemdziesiąt tysięcy ludzi, mimo że tylu zostawił już na polach bitew. Jak to się mogło stać? Przed opuszczeniem Dwu Rzek nigdy w życiu nie widział ludzkiego zgromadzenia większego niż tysiąc osób.

Najbardziej liczebną grupę stanowili byli najemnicy i uchodźcy, którzy szkolili się pod kierunkiem Tama i Dannila. Nazywali się Wilczą Gwardią, cokolwiek by to miało znaczyć.

Wreszcie Perrin ocknął się z zamyślenia i także ruszył do obozu, chcąc skontrolować zapasy. Ale wtedy poczuł się, jakby jakiś maleńki przedmiot uderzył go w tył głowy.

Zamarł, odwrócił się, wbił spojrzenie w las za plecami. Po prawej stronie stały martwe drzewa o zbrązowiałych liściach, po lewej drzewa rosły rzadko. Niczego ani nikogo nie był w stanie dostrzec.

„Może za dużo ostatnio od siebie wymagam? Przepracowuję się?” - myślał, drapiąc się po głowie i podejmując marsz. „Wyobrażam sobie rzeczy, których…”.

I znowu lekkie uderzenie w tył głowy. Tym razem zareagował natychmiast i odwracając się, zobaczył, jak coś upada w trawę. Marszcząc czoło, ukląkł i podniósł to coś. Żołądź. I w tej samej chwili oberwał następnym, tym razem prosto w czoło. Pocisk nadleciał z lasu.