Выбрать главу

Perrin warknął i ruszył ku drzewom. Może jakieś dzieciaki z obozu? Przed sobą miał wielki dąb o pniu na tyle masywnym i szerokim, że ktoś mógł się za nim kryć. Kiedy jednak znalazł się tuż przed dębem, zawahał się. Może to jakaś pułapka? Położył dłoń na młocie i powoli, bardzo powoli ruszył naprzód. Do drzewa szedł z wiatrem, więc nie mógł złowić żadnego zapachu…

Znienacka zza pnia wychyliła się ręka trzymająca brązowy worek.

- Złapałem borsuka - oznajmił znajomy głos. - Może go wypuścimy na wioskowej łące?

Perrin stanął jak wryty, a potem roześmiał i śmiał do rozpuku. Okrążył pień drzewa i zobaczył postać w czerwonym kaftanie z wysokim kołnierzem - obrzeżonym złotą nicią - oraz znakomitych brązowych spodniach, która siedziała na jednym z wystających korzeni dębu, a worek szamotał się u jej stóp. Mat niefrasobliwie żuł długi pasek suszonego mięsa. Jego ubioru dopełniał czarny kapelusz z szerokim rondem. Obok stała oparta o drzewo glewia z szerokim ostrzem. Skąd on wziął takie świetne ubranie? Czyż nie uskarżał się kiedyś na Randa, że się stroi? A tu co?

- Mat? - zapytał wreszcie z trudem Perrin, gdy odzyskał dech w piersiach. - Co ty tu robisz?

- Łapię borsuki - odparł Mat, potrząsając workiem. - Ciężka sprawa, sam wiesz najlepiej, zwłaszcza gdy trzeba któregoś na gwałt.

W worku coś zaszeleściło, a Perrin usłyszał cichy warkot dobiegający ze środka. Potrafił wyczuć, że w worku faktycznie jest coś żywego.

- Naprawdę złapałeś borsuka?

- Powiedzmy, że to nostalgia.

Perrin nie wiedział, czy obsztorcować Mata, czy śmiać się z niego - tę specyficzną mieszaninę uczuć znali wszyscy, którzy z nim przestawali bliżej. Na szczęście tym razem, pewnie dlatego, że znajdowali się obok siebie, żadne kolory nie zawirowały mu przed oczami. Światłości, to dopiero byłoby dziwnie. Natomiast czuł coś innego… głębokie wrażenie słuszności tej sytuacji.

Chudy młodzieniec o patykowatych kończynach uśmiechnął się, odłożył worek, wstał i wyciągnął rękę. Perrin ujął ją, a potem wziął Mata w serdeczny uścisk.

- Światłości, Mat - powiedział. - Wydaje się, jakby to wieki minęły!

- Całe życie - zgodził się Mat. - Może dwa, straciłem rachubę. Tak czy siak, w Caemlyn już huczy od wieści o twoim przybyciu. Pomyślałem sobie, że jedynym sposobem, żeby się z tobą spokojnie przywitać, będzie prześlizgnięcie się przez tę twoją bramę i znalezienie cię przed wszystkimi innymi. - Mat wziął do ręki swoją dziwną włócznię i oparł ją drzewcem na ramieniu; ostrze znalazło się za plecami.

- Co to porabiałeś? Gdzie byłeś? Czy Thom jest z tobą? Co z Nynaeve?

- Tyle pytań - zauważył Mat. - Twój obóz jest bezpieczny?

- Nie mniej i nie bardziej niż tego rodzaju miejsce.

- Czyli nie jest dostatecznie bezpieczny - Mat znienacka spoważniał. - Słuchaj. Perrin, ścigają nas dość groźni ludzie. Przybyłem tu w ten sposób, bo chciałem cię uprzedzić, abyś bardzo uważał. Asasyni niedługo cię znajdą i lepiej, żebyś był przygotowany na ich przyjęcie. Musimy pogadać. Ale nie chcę tego robić tutaj.

- Więc gdzie?

- Spotkajmy się w gospodzie zwanej „Szczęśliwy Tłum”, w Caemlyn. Aha, i jeśli ci to nie przeszkadza, chciałbym pożyczyć jednego z tych twoich gości w czarnych kaftanach, na kilka dni. Potrzebuję, żeby mi ktoś zrobił bramę.

- Do czego?

- Wyjaśnię. Ale później. - Mat uchylił ronda kapelusza, a potem bez dalszych słów ruszył truchtem w stronę otwartej bramy do Caemlyn. - Mówię poważnie - powiedział i odwrócił się do Perrina, przez co przez chwilę biegł tyłem. - Uważaj na siebie, Perrin.

A potem minął kilku uchodźców i zniknął w bramie.

Jakim sposobem przedostał się obok Grady’ego? Światłości! Perrin pokręcił głową, a potem nachylił się, żeby rozwiązać worek i wypuścić biednego borsuka, ofiarę Mata.

45.

Spotkanie po długiej rozłące.

Elayne obudziła się w swoim łóżku. Piekły ją oczy.

- Egwene? - zapytała, wciąż zdezorientowana. - Co jest?

Po głowie tłukły jej się wspomnienia ze snu, z każdą chwilą tracąc ciężar niczym miód rozpuszczający się w gorącej herbacie, niemniej słowa Egwene wyraźnie brzmiały w jej uszach: „Wąż padł”, przekazała jej Egwene. „Twój brat wrócił w sam czas”. Usiadła w pościeli, czując przypływ ulgi. Całą noc spędziła, starając się przenieść dość Mocy, żeby jej ter’angreal snu zaczął wreszcie działać. Bezskutecznie. Kiedy odkryła, że Birgitte odprawiła Gawyna spod drzwi - podczas gdy Elayne siedziała w sypialni, niezdolna do wzięcia udziału w spotkaniu z Egwene - wpadła we wściekłość.

Cóż, najwyraźniej Mesaana została pokonana. A o co chodziło z bratem? Uśmiechnęła się. Być może Egwene udało się wreszcie ułożyć sprawy między nimi.

Światło poranka przesączało się przez zasłony. Elayne siedziała w łóżku, czując miły żar, który promieniował przez więź z Randem i który pojawił się w niej ostatnio, niespodziewanie. Światłości, ależ to było wspaniałe wrażenie. Poczuła je po raz pierwszy, gdy nad Andorem pękła powłoka chmur.

Minął już tydzień od pierwszych testów smoków - wszyscy ludwisarze kraju nie zajmowali się już niczym innym. Caemlyn zdążyło się już przyzwyczaić do nawracających odgłosów, rytmicznych łomotów, kiedy żołnierze Legionu szkolili się za miastem w wykorzystaniu nowej broni. Na razie przekazała im tylko kilka smoków, obsady zmieniały się podczas ćwiczeń. Większa ich liczba trafiła do ukrytego magazynu w mieście, gdzie były bezpieczne.

W uszach znowu zabrzmiało jej senne przesłanie od Egwene. Nie wiedziała, co o nim myśleć - brakowało jej szczegółów. Cóż, zapewne Egwene w końcu i tak przyśle Podróżującego posłańca przez bramę.

Drzwi zaskrzypiały, do środka zajrzała Melfane.

- Wasza Królewska Mość? - zapytała niska, pucułowata kobieta. - Czy wszystko w porządku? Zdawało mi się, że słyszę krzyk bólu. - Choć zakaz wstawania z łóżka został już z Elayne zdjęty, akuszerka i tak zdecydowała się wprowadzić do przedpokoju apartamentów królowej, żeby mieć na nią oko.

- To był okrzyk radości, Melfane - wyjaśniła Elayne. - Powitanie cudownego poranka, który do nas zawitał.

Melfane zmarszczyła brwi. W jej obecności Elayne dokładała wszelkich starań, żeby zachowywać się radośnie i tym samym skłonić do dalszego złagodzenia medycznego reżimu, ale teraz chyba trochę przesadziła. Za żadną cenę nie należało dopuścić, żeby tamta nabrała podejrzeń względem autentyczności objawów dobrego samopoczucia. Nawet jeśli były one po części fingowane. Nieznośna kobieta.

Melfane weszła do środka i odsunęła zasłony, wyjaśniając równocześnie, jak to słoneczne światło dobre jest dla matki i jej dziecka. Istotną częścią kuracji, jakiej poddawała Elayne, było leżenie w łóżku i prażenie się w promieniach wiosennego słońca. Gdy Melfane zajmowała się tą czynnością, Elayne poczuła lekkie drżenie w brzuchu.

- Och! Znowu. Kopią, Melfane! Chodź, dotknij!

- Nie poczuję tego, Wasza Królewska Mość. Przynajmniej do czasu, aż nie nabiorą więcej sił. - Potem zajęła się swoimi codziennymi obowiązkami. Osłuchała serce Elayne, potem osłuchała dziecko - Melfane wciąż nie wierzyła, że będą bliźnięta. Następnie przeprowadziła bardziej szczegółowe oględziny Elayne, obejmujące również nieprzyjemne nakłuwanie palcami, czyli zrobiła to wszystko, co znajdowało się na jej tajemnej liście czynności denerwujących i ambarasujących dla kobiety.