Daes Dae’mar. Tak, to miałoby sens, gdyby właśnie sojusznicy Randa sprzeciwiali się jej wstąpieniu na Tron Słońca. Faworyci Randa będą dalej pierwsi w kolejce do tronu, gdyby Elayne nie była w stanie go objąć. I dalej: gdyby opowiedzieli się po jej stronie… jakkolwiek by było królowej obcego kraju… tym samym osłabiliby swoje szanse.
- Powinnam sama na to wpaść - zadumała się Egwene - że najwyżej w kolejce do tronu stoją ci, którzy zajmują pozycje centrowe. Wszyscy, którzy nie wystąpili przeciwko Randowi, a tym samym nie narazili się na jego gniew. Ale również ci, którzy nie wsparli go nazbyt entuzjastycznie… ci, których można postrzegać jako patriotów, którzy „niechętnie” wstąpią na scenę we właściwym momencie i obejmą władzę, która mi wymknęła się z rąk. - Przyjrzała się im po kolei. - Zróbcie mi listę imion tych, którzy w ostatnim czasie zdecydowanie poszerzyli zasięg swoich wpływów, szlachty, która pasuje do omawianych przez nas kryteriów.
Dyelin i pan Norry pokiwali głowami. Ostatecznie sama zapewne będzie musiała zbudować silniejsze sieci wywiadowcze, ponieważ żadne z tych dwojga nie bardzo się nadawało do takich zadań. Norry myślał w zbyt poczciwy sposób, a poza tym miał już dość innych obowiązków. Dyelin zaś… cóż, Elayne nie do końca była pewna, kim właściwie jest Dyelin.
Była jej bardzo wdzięczna za to, że wzięła na siebie rolę swego rodzaju zastępczej matki Elayne. Że stała się przy niej głosem mądrości i doświadczenia. Ale w końcu Dyelin będzie musiała wycofać się w cień. Żadna z nich nie mogła pozwolić sobie na powstanie przekonania, że Dyelin sprawuje prawdziwą władzę, pociągając za sznurki tronu.
Lecz, Światłości! Co ona pocznie bez tej kobiety? Elayne zadrżała w środku i musiała włożyć sporo wysiłku w to, żeby się opanować. Krew i krwawe popioły, kiedy wreszcie się skończą te wahania nastroju? Królowa nie może sobie pozwolić na to, aby płakać z byle powodu!
Otarła oczy. Dyelin zachowała się, jakby niczego nie dostrzegła.
- Tak będzie najlepiej - zdecydowanie oznajmiła Elayne, żeby przestać myśleć o tych zdradzieckich oczach. - Mimo to wciąż mnie niepokoi to, co słyszałam o inwazji.
Dyelin nie skomentowała tych ostatnich słów. Nie wierzyła, aby Chesmal myślała o jakiejś precyzyjnie zaplanowanej inwazji na Andor, uważała, że Czarna siostra mówiła o najeździe Trolloków na Ziemie Graniczne. Birgitte z kolei znacznie poważniej podeszła do tych informacji i postawiła w gotowości żołnierzy na granicach kraju. Mimo to Elayne najchętniej podporządkowałaby sobie jednak Cairhien - gdyby Trolloki miały pomaszerować na Andor, bratnia dziedzina byłaby jedną z możliwych tras takiego natarcia.
Zanim dyskusja się rozwinęła, nagle otworzyły się drzwi na korytarz, a Elayne z pewnością by podskoczyła przerażona, gdyby nie wiedziała z góry, że to Birgitte. Jej Strażnik nigdy nie pukała. Teraz weszła do środka zamaszystym krokiem, z mieczem przy pasie, który jakże niechętnie przypinała, i wysokich do kolan butach z wpuszczonymi za cholewy spodniami. Co dziwne, towarzyszyły jej dwie postacie w długich płaszczach, z twarzami ukrytymi pod kapturami.
Norry aż się cofnął i przyłożył dłoń do piersi, wstrząśnięty niestosownością takiego zachowania. Przecież wszyscy wiedzieli, że Elayne nie przyjmuje gości w małym salonie. Skoro Birgitte przyprowadziła tu kogoś…
- Mat? - spróbowała zgadnąć Elayne.
- Nie do końca - odpowiedział znajomy głos, zdecydowanie i wyraźnie. Większa z postaci opuściła kaptur, odsłaniając idealnie piękną męską twarz. Mocna szczęka i para przenikliwych oczu, które Elayne tak dobrze pamiętała z dzieciństwa - zazwyczaj, trzeba dodać, z sytuacji, gdy zrobiła coś nie tak.
- Galad - powiedziała Elayne, dziwiąc się równocześnie fali ciepłych uczuć, jaka ją zalała. Podniosła się, ruszyła ku niemu z wyciągniętymi rękami. Przez większość dzieciństwa irytował ją z takiego czy innego powodu, ale teraz naprawdę dobrze było go widzieć całego i zdrowego. - Gdzieś się podziewał?
- Szukałem prawdy - powiedział, kłaniając się wytwornie; ale nie podszedł i nie wziął jej za ręce. Powstał i zerknął w bok. - A znalazłem, czegom się znaleźć nie spodziewał. Proszę cię, abyś zapanowała nad sobą, siostro.
Elayne zmarszczyła brwi i wtedy druga postać zrzuciła z głowy kaptur. Matka.
Elayne oddech uwiązł w gardle. To naprawdę była ona! Ta twarz, te złote włosy. Te oczy, których wzrok tak często czuła na sobie w dzieciństwie, oceniające, osądzające - nie w taki sposób, jak rodzic mierzy wartość swego dziecka, ale jak królowa szacuje charakter swej następczyni. Czuła, jak serce łomoce jej w piersiach. Matka. Matka żyła!
Morgase żyła. Królowa wciąż żyła.
Popatrzyły sobie głęboko w oczy, a potem, ku jej niepomiernemu zdziwieniu, Morgase spuściła wzrok.
- Wasza Królewska Mość - powiedziała, kłaniając się i nie robiąc nawet kroku z miejsca, na którym stanęła, wszedłszy.
Elayne ze wszystkich sił starała się zapanować nad myślami, nad paniką, która w niej wzbierała. Była królową czy też byłaby królową, a może… Światłości! Objęła tron, i przecież była przynajmniej jego Dziedziczką. A teraz jej matka wróciła z objęć przeklętej śmierci?
- Proszę, usiądź - usłyszała własne słowa i równocześnie zorientowała się, że grzecznym gestem zaprasza Morgase na fotel stojący obok fotela Dyelin. Trochę pomogło, gdy zobaczyła, że Dyelin bynajmniej nie radzi sobie lepiej ze wstrząsem, jaki spowodowała w niej ta sytuacja. Siedziała, ściskając z całej siły w dłoni filiżankę z herbatą, aż jej kłykcie pobielały, a oczy wyszły na wierzch.
- Dziękuję Waszej Królewskiej Mości - powiedziała Morgase, idąc na wskazane miejsce. Galad poszedł za nią, po drodze uspokajającym gestem uścisnął ramię Elayne. Odprowadziwszy matkę na miejsce, przyniósł sobie krzesło z drugiego kąta pomieszczenia.
Morgase wypowiadała się w sposób, w którym brzmiały ostrożne tony, jakich Elayne u niej nie znała. I dlaczego wciąż oficjalnie ją tytułowała? Królowa przybyła w sekrecie, z twarzą zakrytą kapturem. Elayne przyglądała się matce, składając w całość wszystkie elementy łamigłówki, wreszcie sama też usiadła.
- Zrzekasz się tronu, nieprawdaż?
Morgase uroczyście skinęła głową.
- Och, dzięki Światłości - wyrwało się Dyelin wraz z długo wstrzymywanym oddechem, lecz zaraz przyłożyła ręce do piersi. - Przepraszam cię, Morgase. Ale przez chwilę stanęła mi przed oczyma wizja wewnętrznej wojny Domu Trakand!
- Nie dopuściłabym do tego - oznajmiła Elayne dokładnie w tej samej chwili, gdy jej matka wypowiedziała prawie identyczne słowa. Ich spojrzenia spotkały się, a Elayne zaryzykowała lekki uśmiech. - Znalazłybyśmy jakieś… rozsądne rozwiązanie. Co zresztą i tak nas nie minie, choć z pewnością rzecz może być ciekawa.
- Byłam w niewoli u Synów Światłości, Elayne - powiedziała Morgase. - Stary Pedron Niall okazał się dżentelmenem, przynajmniej pod wieloma względami, ale o jego następcy już tego powiedzieć nie można. Jednak za nic nie pozwoliłabym się wykorzystać przeciwko Andorowi.
- Przeklęte Białe Płaszcze - mruknęła Elayne pod nosem. Światłości, a więc mówili prawdę w tych wszystkich listach, w których twierdzili, że Morgase znajduje się u nich?
Galad zmierzył ją wzrokiem, uniósł brew. Potem ustawił sobie przyniesione krzesło, rozpiął płaszcz, spod którego wyjrzał śnieżnobiały mundur z promieniejącym słońcem na piersi.