Выбрать главу

Elayne uniosła brew.

- Między innymi jemu zawdzięczamy mój bezpieczny powrót do ciebie - wyjaśniła Morgase. - To jest nadzwyczaj uczciwy i honorowy człowiek. Lecz równocześnie buntownik, mimo szczerych intencji. Zadzierać z nim jednak nie warto.

- Chętnie tego uniknę. - Skrzywiła się znowu. Najprostszym sposobem byłoby go odnaleźć i stracić, ale, rzecz jasna, nie zamierzała tak postąpić. Nawet jeśli docierające z Dwu Rzek raporty powodowały w niej takie wzburzenie, że czasami żałowała, iż nigdy nie będzie jej stać na taki uczynek.

- Cóż, powinnyśmy się zastanowić nad sposobem rozwiązania tej sprawy. - Morgase uśmiechnęła się. - Naświetlę ci ją, opowiadając, co mi się przydarzyło. Aha, chciałam ci jeszcze powiedzieć, że Lini też jest bezpieczna. Nie wiem, czy się o nią martwiłaś. Może tak?

- Żeby nie skłamać, to nie bardzo - przyznała Elayne, krzywiąc się w poczuciu winy. - Wychodzi na to, że nawet zawalenie się Góry Smoka nie dałoby jej rady.

Morgase zaśmiała się, a potem zaczęła swą opowieść. Elayne słuchała, czasami wstrząśnięta, czasami zdumiona, czasami autentycznie podekscytowana. Matka żyła. Światłości niech będą dzięki, tak wiele rzeczy ostatnimi czasy poszło źle i chociaż ta jedna się dobrze skończyła.

Ziemia Trzech Sfer jest nocą spokojna i cicha. Większość zwierząt aktywizuje się o zmroku i o świcie, kiedy nie panują ani zabójcze upały, ani takież chłody.

Aviendha siedziała z podwiniętymi nogami na niewielkiej, wystającej skale i patrzyła na Rhuidean, leżące na ziemi Aielów Jenn, klanu, którego nie było. Ongiś Rhuidean kryła zasłona mgły. Zanim pojawił się Rand. Rzucił miasto na kolana. Metaforę tę należało rozumieć w sensie potrójnym - każdy z tych sensów był ważny i każdy niepokojący.

Pierwsza sprawa była prosta. Rand zabrał mgłę. Miasto zrzuciło ochronną kopułę, jak algai’d’isiswai zrzucają welon, obnażając twarz. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, wątpiła, aby nawet on sam wiedział. Jednak odsłonięcie miasta zmieniło je na zawsze.

W drugim przypadku Rand zniszczył Rhuidean, ponieważ przyniósł mu wodę. Obok miasta znajdowało się teraz wielkie jezioro, w którym odbijały się widmowe promienie księżyca, przesączające się przez chmury. Ludzie nadali jezioru nazwę Tsodrelle’Aman, Łzy Smoka, chociaż właściwie powinno się nazywać: Łzy Aielów. Rand al’Thor nie zdawał sobie sprawy, ile bólu spowoduje tym, co odsłoni. Ale taki był już jego los. Choć jego poczynania z pozoru były tak niewinne.

Trzeci cios, który Rand zadał Rhuidean, był zdecydowanie największy. Aviendha bardzo powoli zaczynała rozumieć tę tajemnicę. Słowa Nakomi zdenerwowały ją i zmartwiły. Obudziły w niej cienie wspomnień, widma możliwych przyszłych zdarzeń, które Aviendha widziała w pierścieniach podczas swej pierwszej wizyty w Rhuidean, ale których jej pamięć nie potrafiła przywołać, przynajmniej nie bezpośrednio.

Martwiła się, że Rhuidean wkrótce przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedyś zasadniczym i ostatecznym celem miasta było zapoznawanie Mądrych i wodzów klanów z tajemną przeszłością ich ludu. Żeby przygotować ich na dzień, kiedy zacznie się służba u Smoka. Ten dzień nadszedł. A więc kto teraz winien odwiedzać Rhuidean? Wysyłanie wodzów Aielów między szklane kolumny byłoby przypominaniem im o toh, które właśnie zaczęli spłacać.

Wszystkie te wątpliwości nękały Aviendhę tak bardzo, że aż ją swędziało całe ciało. Za nic nie chciała stawiać sobie tych pytań. Chciała po prostu dalej podtrzymywać tradycję. Ale pytania nie znikały.

Rand był przyczyną tyluż problemów. Mimo to wciąż go kochała. W pewien sposób kochała go właśnie za jego ignorancję. I kochała go za ten głupi upór w chronieniu tych, którzy wcale nie chcieli być chronieni.

Ale w pierwszym rzędzie kochała go za to, że pragnął być silny.

Aviendha zawsze chciała być silna. Wyuczyć się włóczni. Walczyć i zdobyć ji. Być najlepszą. Pod tym względem byli do siebie tacy podobni. Ona i człowiek, którego teraz czuła jako odległą obecność we własnej głowie.

Stopy bolały ją od biegania. Roztarła na nich sok segade, ale nie bardzo pomógł, wciąż rwały i pulsowały. Buty stały na kamieniu obok niej, obok rzuconych tam znakomitych wełnianych pończoch - prezentu od Elayne.

Była zmęczona i spragniona - tej nocy jeszcze będzie pościć i kontemplować, a potem napełni worek wodą z jeziora i jutro wejdzie do Rhuidean. Dzisiaj tylko siedziała, myślała i przygotowywała się.

Życie Aielów zmieniało się. Umiejętność zaakceptowania zmiany, której nie dawało się uniknąć, świadczyła o sile. Kiedy napastnicy zniszczyli siedzibę klanu, nie odbudowywano jej w ten sam sposób co poprzednio. Należało skorzystać z okazji i rozwiązać zastarzałe problemy - drzwi, które skrzypiały na wietrze, nierówny kawałek podłogi. Odtwarzanie wszystkiego w taki sam sposób, jak wyglądało poprzednio, było głupotą.

Być może więc i tradycja - jak rytuał odwiedzin w Rhuidean, a nawet samo życie na Ziemi Trzech Sfer - będą musiały w końcu zostać przemyślane na nowo. Na razie wszak Aielowie nie mogli opuścić mokradeł. Potem była jeszcze Ostatnia Bitwa. A potem Seanchanie, którzy wzięli do niewoli wielu Aielów, a wiele Mądrych obrócili w damane; to było nie do przyjęcia. A Biała Wieża wciąż twierdziła, że wszystkie Mądre Aielów, które potrafiły przenosić, to dzikuski. Z tym też trzeba będzie coś zrobić.

A ona sama? Im głębiej zastanawiała się nad sobą, tym bardziej świtało jej, że nie może wrócić do dawnego życia. Musiała być z Randem. Jeżeli wyjdzie cało z Ostatniej Bitwy - a Aviendha miała zamiar dołożyć wszelkich sił, aby tak się stało - dalej będzie królem mokradeł. I jeszcze pozostawała Elayne. Aviendha i Elayne będą siostrami-żonami, jednak Elayne przecie nigdy nie opuści Andoru. Czy oczekiwała, że Rand tam z nią zamieszka? Czy to oznaczało, że miejsce Aviendhy też jest w Andorze?

Tyle niepokojących pytań, dotyczących zarówno jej, jak i jej ludu. Nie można kurczowo trzymać się tradycji tylko dlatego, że jest tradycją. Siła przestawała być siłą, gdy traciła cel lub kierunek.

Przypatrywała się Rhuidean w pełni jego kamiennego majestatu. Większość miast wzbudzała w niej odrazę, wydawały się jej skorumpowane i brudne, ale nie Rhuidean. Sklepione kopułami dachy, na poły ukończone pomniki i wieże, pieczołowicie zaplanowane kwartały mieszkalne. Z fontann płynęła obecnie woda, niemniej spore części miasta wciąż nosiły ślady walki Randa. Część z tych zniszczeń już usunięto, zrobili to mieszkający tutaj Aielowie. Aielowie, którzy nie poszli na wojnę.

Nie będzie żadnych sklepów. Żadnych kłótni na ulicach, żadnych zabójstw w ciemnych zaułkach. Rhuidean mogło stracić dawny sens istnienia, ale na zawsze pozostanie miastem pokoju.

„Ruszam dalej” - postanowiła. „Przejdę między kolumnami ze szkła”. Niewykluczone, że jej obawy się potwierdzą, a rytuał nie będzie miał już takiego znaczenia jak niegdyś, ale naprawdę chciała zobaczyć to, co widzieli inni. Poza tym trzeba było znać własną przeszłość, bo bez tego nie sposób zrozumieć przyszłości.

Mądre i wodzowie klanów od stuleci tu przychodzili. Wracali obarczeni wiedzą. Może i jej miasto powie, co może zrobić dla swego ludu i dla swego serca.

46.

Prace ze skórą.

Androl ostrożnie wyjął owalny kawałek skóry z kotła z parującą wodą; pociemniały był i pomarszczony. Poruszał się szybko, zręcznie. Pokrytymi odciskami palcami chwycił skórę. Teraz była sprężysta i giętka.

Szybko zasiadł przy swym warsztacie. Przez okno po prawej ręce wpadały promienie słońca, malując prostokąt na blacie. Owinął skórą gruby drewniany okrąglak - szeroki może na dwa cale - a potem zaczął wykłuwać w niej dziury przy krawędziach.