Выбрать главу

Dzieci. Bawiące się w dziurach wyrwanych z ziemi uderzeniami saidina. Świat się zmieniał. Androl pamiętał doskonale, jak jego babka - tak stara, że nie miała już ani jednego zęba - przerażającymi opowieściami o przenoszących Moc mężczyznach zapędzała go do łóżka wieczorami, kiedy próbował wyślizgnąć się na dwór i liczyć gwiazdy. Niestraszna mu była ciemność na zewnątrz ani legendy o Trollokach i Pomorach. Ale mężczyźni zdolni do przenoszenia Mocy… nie potrafił sobie wówczas wyobrazić nic bardziej okropnego.

A teraz był tutaj, dobrze już posunięty w średnie lata, bojąc się ciemności, ale całkowicie pogodzony z obrazem przenoszących Moc mężczyzn. Szedł drogą., a tłuczeń chrzęścił pod podeszwami jego butów. Dzieci wygramoliły się z rowu i teraz obskoczyły go gromadką. Machinalnym ruchem wyciągnął z kieszeni garść cukierków, zdobytych podczas ostatniej misji zwiadowczej.

- Po dwa dla każdego - napomniał je surowo, gdy brudne rączki wyciągnęły się po cukierki. - Tylko bez przepychania się. - Rączki powędrowały do ust, a małe łebki pokłoniły się w wdzięcznością, z szacunkiem tytułując „panem Genhaldem”; a potem się rozpierzchły. Nie wróciły do zabawy w rowie, ale tymczasem wymyśliły sobie nową grę: wyścig do pól okalających wioskę od wschodu.

Androl wytarł lepkie ręce i uśmiechnął się. Dzieci tak łatwo przystosowywały się do każdej nowej sytuacji. W obliczu dzieciństwa stulecia tradycji, grozy i przesądu miękły jak masło zbyt długo pozostawione na słońcu. Ale dobrze, że zostawiły już ten rów. Jedyna Moc potrafiła być nieprzewidywalna.

Nie. To nie tak. Saidin był nadzwyczaj przewidywalny. Jednakże ludzie, którzy nim operowali… cóż, to była zupełnie inna historia.

Dotarł do grupki żołnierzy, którzy przerwali pracę i zaczęli się z nim witać. Nie był pełnym Asha’manem i zgodnie z regulaminem nikt nie musiał mu salutować, niemniej tamci odnieśli się do niego z szacunkiem. Zbyt wielkim, jego zdaniem. Nawet nie miał pewności, dlaczego tak postąpili. Nie był żadnym wielkim człowiekiem, zwłaszcza zaś tutaj, w Czarnej Wieży.

Mimo to kłaniali mu się, gdy przechodził obok. Większość z nich pochodziła z zaciągu w Dwu Rzekach. Wszystko niespożyte chłopaki i młodzi mężczyźni, ale naprawdę młodzi, chętni do każdej pracy. Połowa z nich nie musiała się golić częściej niż raz na tydzień. Androl podszedł bliżej, przyjrzał się wykonywanej robocie, popatrzył wzdłuż sznurków, które przywiązał do wbitych w ziemię kołków. Pokiwał głową z aprobatą.

- Kąty pasują, chłopcy - pochwalił. - Ale skarpy róbcie bardziej strome, jeśli się da.

- Tak, panie Genhald - powiedział kierownik grupy. Nazywał się Jaim Torfinn, był chudym chłopakiem, szatynem, ale jakby nieco przygaszonym. Nawet na chwilę nie wypuścił Źródła. Płynąca przez niego wściekła rzeka potęgi była doprawdy fascynująca. Rzadko zdarzali się ludzie, którzy potrafili wypuścić ją bez bodaj odruchu utraty.

M’Hael zachęcał ich, aby jak najdłużej utrzymywali saidina, twierdząc, że w ten sposób nauczą się lepiej go kontrolować. Ale Androl znał uwodzicielskie majaki saidina - bitewny szał, upojenie rzadkimi napojami z Wysp Ludu Morza, uniesienie towarzyszące zwycięstwu. Człowiek mógł się w tych uczuciach zagubić i stracić panowanie nad sobą, zapominając, kim jest. A saidin był najbardziej uwodzicielski ze wszystkiego, czego w życiu doświadczył.

O swoich zastrzeżeniach nie poinformował Taima. Przecież nie do niego należało pouczanie M’Haela.

- Pozwólcie - powiedział - niech wam przypomnę, co miałem na myśli, mówiąc „proste”. - Wziął głęboki oddech, potem zanurzył się w emocjonalnej pustce. W tym celu użył starej żołnierskiej sztuczki, której nauczył go jego pierwszy mistrz miecza, jednoręki Garfin, który mówił z tak mocnym akcentem wiejskich prowincji Illian, że jego słowa były właściwie niezrozumiałe. Rzecz jasna, Androlowi też mówiono, że jego wymowa jest wciąż taraboniańska. Przez lata, do czasu, gdy ostatnio był w domu, akcent musiał jednak znacznie zelżeć.

Wewnątrz tej emocjonalnej nicości - pustki - Androl czuł szalejącą siłę, która była saidinem. Pochwycił go, jak człowiek wczepia się w uzdę konia, żeby się jakoś utrzymać w siodle.

Saidin był wspaniały. Tak, silniejszy niż najmocniejszy ze środków odurzających. Przez niego świat się stawał piękniejszy, bardziej żyzny. Dzierżąc tę straszliwą moc, Androl czuł, że wreszcie zaczyna żyć, że zostawia za sobą tę suchą skorupę swojego dawnego ja. Ale równocześnie pojawił się lęk, że porwą go te szybkie, wartkie prądy.

Szybko zabrał się do pracy. Splótł cieniutki strumyczek Ziemi - tyle tylko, ile był w stanie, gdyż Ziemia była jego najsłabszym Talentem - i pieczołowicie zestrugał skarpy kanału.

- Jeżeli zbyt dużo będzie wystawać - tłumaczył, pracując - woda płynąca w kanale będzie zbierać ziemię ze zboczy i przez to będzie gliniasta. Im gładsze i bardziej ubite skarpy, tym lepiej. Widzicie?

Żołnierze pokiwali głowami. Pot zalewał im czoła, drobinki ziemi kleiły się do twarzy. Ale ich czarne kaftany pozostawały czyste, zwłaszcza rękawy. Po tym można było ocenić szacunek żołnierza do munduru: jeżeli rękawy miał czyste, znaczyło, że nie ocierał nimi odruchowo potu z czoła, nawet w tak gorący dzień jak dzisiaj. Chłopcy z Dwu Rzek używali do tego celu chusteczek.

Asha’mani wyżsi rangą oczywiście raczej się nie pocili. Chłopcy musieli jeszcze dużo ćwiczyć, żeby nauczyć się sobie z tym radzić w trakcie dużego wysiłku koncentracji.

- Nieźle, nieźle - pochwalił Androl, stając obok i przyglądając się robocie. Położył dłoń na ramieniu Jaima. - Dobrą robotę tu wykonujecie, chłopcy. Dwie Rzeki rodzą porządnych mężczyzn.

Twarze tamtych pojaśniały. Zresztą mówił szczerze, mając na myśli ludzi, jakich Taim rekrutował ostatnio. Zwiadowcy M’Haela utrzymywali, że brali wszystkich, których mogli znaleźć, dlaczego jednak ostatnio do Czarnej Wieży trafiali prawie wyłącznie ludzie o takich gniewnych, ponurych charakterach?

- Panie Genhald? - zapytał jeden z żołnierzy.

- Tak, Trost? - zainteresował się Androl.

- Czy ma pan… Czy miał pan może ostatnio jakieś wieści od pana Logaina?

Pozostali popatrzyli nań z nadzieją.

Androl pokręcił głową.

- Nie wrócił z misji zwiadowczej. Pewien jednak jestem, że wkrótce go ujrzymy.

Chłopcy pokiwali głowami, choć gołym okiem było widać, że już się zaczynają martwić. I mieli swoje powody. Sam Androl martwił się już od tygodni. Dokładnie od chwili, gdy Logain wyjechał po nocy. Dokąd się udał? Dlaczego zabrał ze sobą Donalo, Mezara i Welyna - trzech najsprawniej władających Mocą lojalnych wobec niego Oddanych?

Do tego dochodziły jeszcze te Aes Sedai, obozujące pod Czarną Wieżą, rzekomo przysłane z upoważnienia Smoka, żeby połączyć się z Asha’manami więzami zobowiązań? Taim dowiedziawszy się o tym, uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny krzywy sposób i oświadczył im, że grupa z Białej Wieży ma pierwszeństwo, jako że pierwsza tu przybyła. Pozostałe nie miały więc nic do roboty prócz czekania, więc czekały - z rosnącą niecierpliwością.

- M’Hael… - zaczął jeden z mężczyzn z Dwu Rzek, a oblicze mu pociemniało. - On…

- Nie traćcie głowy - przerwał mu Androl. - I nie róbcie zamieszania. Jeszcze nie. Zaczekamy na Logaina.

Tamci wzdychali, ale kiwali głowami. Zajęty rozmową Androl nie zauważył, że pobliskie cienie już zaczynały się skradać w jego stronę. Cienie tych ludzi, wydłużające się w słońcu. Cienie w rowie. Cienie głazów i nierówności ziemi. Powoli, złośliwie pełzły ku Androlowi. Uzbroił się wewnętrznie, ale nie potrafił opanować wzbierającej paniki. Ta jedna groza potrafiła się przedrzeć nawet do wewnętrznej pustki.