Pojawiały się zawsze, gdy zbyt długo dzierżył saidina. Natychmiast więc wypuścił Źródło, a cienie niechętnie wróciły na swoje miejsca.
Chłopcy z Dwu Rzek przyglądali mu się z niepokojem na twarzach. Może byli w stanie dostrzec dziki błysk w oczach Androla? W Czarnej Wieży utarło się, że nikt nie wspominał o… aberracjach w ludzkich zachowaniach. Lepiej było o tym nie mówić. Jak nie mówi się o przykrych rodzinnych tajemnicach.
Skaza została usunięta ze Źródła. Ci chłopcy nigdy nie musieli z nią żyć, jak musiał Androl przez lata. Kiedyś, w końcu on i wszyscy ci, którzy byli już w Wieży, zanim Źródło zostało oczyszczone, staną się reliktami przeszłości. Światłości, nie potrafił pojąć, dlaczego ktokolwiek mógłby chcieć go słuchać. Tak cherlawego w Mocy, a poza tym ze szczętem szalonego?
A najgorsze w tym wszystkim było, że wiedział - gdzieś w głębi, w najskrytszej głębi ducha - że te cienie są realne. Że to nie tylko szaleństwo ulęgnięte w jego głowie. Cienie były realne i zniszczą go, gdy wreszcie dosięgną. Były realne. Nie mogło być inaczej.
„Och, Światłości” - pomyślał, zgrzytając zębami. „Jedno gorsze od drugiego. Albo jestem obłąkany, albo sama ciemność się na mnie porywa”.
Dlatego właśnie nie potrafił spokojnie przespać nocy, nie kuląc się ze strachu. Czasami udawało mu się godzinami trzymać Źródło, nie widząc przy tym żadnych cieni. A czasami były to tylko minuty. Odetchnął głęboko.
- Dobra - powiedział na koniec, zadowolony, że przynajmniej jego głos jest w miarę opanowany. - Lepiej wracajcie do pracy. Tylko uważajcie, żeby ta skarpa miała odpowiedni profil. Będzie straszny bałagan, jeśli woda się przerwie i zaleje nas wszystkich.
Kiedy zastosowali się do polecenia, Androl odszedł i tyłami wioski ruszył w kierunku centrum. Tam wznosiły się koszary - pięć wielkich budynków o grubych ścianach z kamienia dla żołnierzy i kilkanaście mniejszych dla Oddanych. W chwili obecnej cała wioska była właściwie Czarną Wieżą. Ale to się zmieni. Właściwą Wieżę właśnie budowano, fundamenty już zostały położone.
Potrafił sobie bez większego trudu wyobrazić, jak kiedyś będzie wyglądało to miejsce. Kiedyś pracował u mistrza architekta - jeden z niezliczonych terminów w życiu, które jakimś sposobem zdawało się zbyt długie na to wszystko. Tak, potrafił ją dostrzec oczyma duszy. Wieża z czarnego kamienia górująca nad okolicą, wzniesiona Mocą. Silna, masywna. U podstawy otoczona kanciastymi budynkami zwieńczonymi krenelażem blanek.
Wioska stanie się miasteczkiem, potem wielkim miastem, równie wielkim jak Tar Valon. Ulice z góry zaprojektowano na tak szerokie, żeby mogły pomieścić kilka wozów obok siebie. I tak też tyczono i kładziono nowe. Wszystko to świadczyło o wizji i starannym planowaniu. Sam rozkład ulic szeptał o przeznaczeniu Czarnej Wieży.
Androl szedł tymczasem ścieżką przez kolczaste krzewy. Odległe łomoty i trzaski niosły się echem po równinie niczym odgłosy strzelania z gigantycznego bicza. Każdemu człowiekowi, który tu dotarł przyświecały inne motywy. Zemsta, ciekawość, desperacja, żądza władzy i potęgi. Co kierowało Androlem? Wszystkie te cztery rzeczy naraz, być może?
Wyszedł z wioski, ominął rząd drzew i znalazł się na poligonie. Stanowił go niewielki kanion między dwoma wzgórzami. Szereg mężczyzn stał w dole, wszyscy przenosili Ogień i Ziemię. Wzgórza należało zniwelować, żeby przygotować teren pod uprawę roli. A równocześnie tworzyło to sposobność do wprawiania się w używaniu Jedynej Mocy.
Większość to byli Oddani. Sploty wirowały w powietrzu, tkane ze znacznie większą zręcznością i siłą niż tamte u chłopaków z Dwu Rzek. Miały kształt, można by rzec niczym syczące kobry albo śmigające strzały. Eksplodowały głazy, fontanny ziemi leciały w górę. Wybuchy kładły się na gruncie w sposób nieprzewidywalny - w bitwie miałyby na celu zdezorientowanie i zbicie z tropu wroga. Androl potrafił sobie wyobrazić oddział kawalerii szarżujący po stoku, który zostaje zaskoczony Ziemią wyrywającą mu grunt spod końskich kopyt. W przeciągu kilku chwil jeden Oddany mógł zgładzić dziesiątki jeźdźców.
Zobaczywszy, że żołnierze ćwiczą w dwu oddzielnych formacjach, Androl z niezadowoleniem pokręcił głową. W Wieży zaczynał się tworzyć podział, lojalnych wobec Logaina ostracyzowano. Nawet tu ten antagonizm był widoczny: po prawej miał Canlera, Emarina i Nalaama, którzy razem z Jonnethem Dowtrym - najbardziej utalentowanym żołnierzem wśród ludzi z Dwu Rzek - ze skupieniem i poświęceniem oddawali się robocie. Po lewej grupka faworytów Taima podśmiechiwała się między sobą. Ich sploty były mniej uporządkowane, jakby dziksze, ale również miały większą siłę niszczącą. Z tyłu stał Coteren, oparty o gumowiec nadzorował ćwiczenia.
Tamci akurat zrobili sobie przerwę, kazali jakiemuś chłopakowi z wioski przynieść wody. Androl podszedł bliżej - pierwszy zobaczył go Arlen Nalaam i pomachał doń, uśmiechając się szeroko. W stylu charakterystycznym dla Domani miał pod nosem cienkiego wąsa. Niedługo skończy trzydzieści lat, ale często zachowywał się, jakby miał znacznie mniej. Androl trochę gniewał się o głupi żart, tamten wysmarował mu od środka buty żywicą.
- Androl! - zawołał Nalaam. - Chodź, powiedz tym niewykształconym wieśniakom, co to jest Retashen Dazer!
- Retashen Dazer? - powtórzył Androl. - To napój, który powstaje z dodania miodu do owczego mleka.
Nalaam popatrzył z dumą po kolegach. W jego kołnierzu nie było żadnej odznaki. Był tylko prostym żołnierzem, choć już dawno powinien otrzymać awans.
- Znowu chwalisz się swoim obyciem w świecie, Nalaam? - zapytał Androl, rozwiązując skórzany ochraniacz.
- My, Domani, radzimy sobie w świecie - wyjaśnił Nalaam. - Rozumiecie, taka robota, jaką wykonywał mój ociec, gdy był szpiegiem korony…
- W zeszłym tygodniu mówiłeś, że twój ojciec był kupcem wtrącił Canler. Krępy mężczyzna był najstarszy z nich wszystkich, włosy miał już posiwiałe, twarz pomarszczoną od lat spędzonych w pracy na otwartym powietrzu.
- Bo był - upierał się Nalaam. - To była przykrywka dla jego prawdziwej działalności jako szpiega!
- Czy przypadkiem w Arad Doman handlem nie zajmują się kobiety? - zapytał Jonneth, drapiąc się po podbródku. Był potężnie zbudowanym cichym mężczyzną o okrągłej twarzy. Do Czarnej Wieży przybył z całą rodziną - rodzeństwem, rodzicami i dziadkiem Buelem - która wolała zamieszkać w wiosce, niż puścić go tu samego.
- Cóż, one są w tym fachu najlepsze - zgodził się Nalaam - a moja matka nie była tu wyjątkiem. Jednak my, mężczyźni, też znamy się na tym i owym. Poza tym, w sytuacji gdy matka zajęta była infiltracją Tuatha’anów, ojciec musiał przejąć rodzinny interes.
- Och, daj spokój, bo już gadasz głupoty - powiedział Canler, marszcząc czoło. - Kto niby chciałby infiltrować gromadę Druciarzy?
- Chodziło o poznanie ich tajemnych przepisów - trwał przy swoim Nalaan. - Powiadają, że Druciarz potrafi ugotować gulasz tak wspaniały, że każdy, kto go skosztuje, porzuci dom i rodzinę i pojedzie z nim. To zresztą szczera prawda, sam taki zjadłem, a potem przez dni trzymali mnie związanego w stodole, zanim efekt minął.
Canler parsknął. Jednak po chwili namysłu zapytał jeszcze:
- A więc… twoja matka odkryła w końcu ten przepis czy nie?
Ale Nalaam snuł tymczasem już zupełnie inną opowieść, a Canler i Jonneth przysłuchiwali się z uwagą. Emarin trzymał się z boku, w jego oczach lśniły iskierki rozbawienia - drugi żołnierz w grupie, którego kołnierza nie zdobiła żadna odznaka. Starszy mężczyzna o przerzedzonych włosach i zmarszczkach wokół oczu. Krótką siwą brodę miał wystrzyżoną w szpic.