Выбрать главу

Wytworny Emarin był poniekąd zagadką - przybył pewnego dnia do Czarnej Wieży razem z Logainem, ale nigdy nic nie mówił o swojej przeszłości. Cechował się opanowanym stylem bycia i wytworną mową. Nie ulegało wątpliwości, że jest szlachcicem. Ale w przeciwieństwie do innych mężczyzn szlachetnej krwi żyjących w Czarnej Wieży nie czynił żadnych starań dla podtrzymania swej wcześniejszej pozycji. Wielu szlachcicom całe tygodnie zajmowało nauczenie się, że w tym miejscu żadne tytuły zewnętrznego świata nie miały znaczenia. Często reagowali na ten fakt obrazą i kłótliwością, jednak Emarin natychmiast przystosował się do obowiązujących warunków.

Trzeba było szlachcica o naprawdę wielkiej godności, żeby spokojnie słuchać rozkazów pospolitaka o połowę odeń młodszego. Teraz Emarin napił się wody przyniesionej przez służącego, podziękował chłopakowi i podszedł do Androla. Przywitał się z nim, a potem skinął głową w stronę Nalaama, który wciąż karmił swoich towarzyszy niesamowitymi opowieściami.

- Ten to ma serce barda.

Androl mruknął potwierdzająco.

- Może mógłby z tego mieć trochę dodatkowego grosza. Przydałoby mu się, ponieważ wciąż jest mi winien parę skarpet.

- A ty, mój przyjacielu, masz duszę skryby! - zaśmiał się Emarin. - Nigdy niczego nie zapominasz, co?

Androl wzruszył ramionami.

- Tak na marginesie, skąd wiedziałeś, czym jest Retashen Dazer? Uważam się za nieźle obznajomionego w tych sprawach, a nigdy o nim nie słyszałem.

- Piłem go kiedyś - wyjaśnił Androl. - Założyłem się.

- Rozumiem, ale gdzie?

- W Retash, oczywiście.

- Ale Retash leży wiele lig od stałego lądu, w archipelagu wysp, których nawet Lud Morza nie odwiedza za często!

Androl ponownie wzruszył ramionami. Przyglądał się lokajom Taima. Wiejski chłopak przyniósł im kosz jedzenia od Taima, choć przecież M’Hael oficjalnie rzekomo utrzymywał, że nie faworyzuje nikogo. Gdyby Androl zapytał, usłyszałby, że chłopak miał przynieść jedzenie również pozostałym. Ale nie zrozumiał polecenia albo zapomniał, albo zrobił jakiś inny głupi błąd. Taim wychłostałby kogoś i wszystko zostałoby po staremu.

- Martwią mnie te podziały, mój przyjacielu - cicho powiedział Emarin. - Jak mamy walczyć za Lorda Smoka, jeśli nie potrafimy zachować pokoju między sobą?

Androl pokręcił głową. Emarin ciągnął dalej:

- Powiadają, że żaden człowiek Logaina już od tygodni nie otrzymał odznaki Smoka. A jest wielu takich, jak na przykład nasz Nalaam, którzy od dawna sobie na nią zasłużyli… i mimo to M’Hael uparcie im tego odmawia. Dom, którego członkowie walczą o władzę, nigdy nie będzie żadnym zagrożeniem dla pozostałych Domów.

- Mądre słowa - zgodził się Androl. - Ale co powinniśmy zrobić? Cóż możemy zrobić? Taim jest M’Haelem, a Logaina jak nie było, tak nie ma.

- Może powinniśmy kogoś po niego posłać? - zaproponował Emarin. - Albo może ty powinieneś uspokoić jego ludzi? Obawiam się, że niektórzy są już na krawędzi wytrzymałości, a jeżeli wybuchną jakieś walki, wiadomo, na kogo spadnie gniew Taima.

Androl zmarszczył brwi.

- Prawda. Ale czemu ja? Ty sobie znacznie lepiej radzisz ze słowami, Emarin.

Emerin roześmiał się.

- Tak, ale to tobie Logain ufa, Androl. Pozostali też mają cię w poważaniu.

„Nie powinni” - pomyślał Androl.

- Zobaczę, co mi się uda wymyślić. - Nalaam tymczasem nabierał rozpędu przed kolejną opowieścią, zanim jednak zdążył zacząć, Androl wykonał gest w kierunku Jonnetha, machając ochraniaczem. - Zorientowałem się, że twój stary się zużył. Może spróbujesz z tym.

Na widok ochraniacza twarz Jonnetha pojaśniała.

- Jesteś niesamowity, Androl! Tylko ty jeden to dostrzegłeś. Głupia sprawa, wiem, ale… - Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a potem podbiegł do pobliskiego drzewa, pod którym spoczywał rynsztunek żołnierzy, w tym jego łuk. Ludzie z Dwu Rzek lubili mieć pod ręką swoją ulubioną broń.

Wrócił szybko, nasadził cięciwę na drzewce. Nałożył ochraniacz.

- Pasuje jak marzenie! - oznajmił, a w tym momencie nawet Androl nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Drobne rzeczy. A tyle mogły znaczyć.

Jonneth wycelował i wypuścił strzałę, drzewce pomknęły w przestrzeń, cięciwa z trzaskiem uderzyła o skórę ochraniacza. Nośność łuku była zaiste imponująca - strzała wbiła się w pień drzewa rosnącego na wzgórzu odległym o ponad dwieście kroków. Canler zagwizdał z podziwem.

- W życiu nie widziałem nic, co by przypominało te wasze łuki, Jonneth. W życiu. - Byli obaj rodakami z Andoru, choć Canler pochodził z miasteczka znajdującego się znacznie bliżej Caemlyn.

Jonneth krytycznym okiem przyjrzał się rezultatom swojego strzału, potem nasadził nową strzałę, naciągnął łuk tak, że koniec opierzenia dotknął policzka, i zwolnił cięciwę. Strzała poleciała dobrze, trafiła w to samo drzewo. Androl gotów byłby się założyć, że oba drzewce dzieli odległość nie większa niż dwie piędzi. Canler znowu gwizdnął.

- Mój ojciec szkolił się w strzelaniu z takiego łuku - zauważył Nalaan. - Nauczył go tego pewien człowiek z Dwu Rzek, którego uratował w Illian przed utonięciem. Mam po nim na pamiątkę cięciwę.

Canler uniósł brew, ale jak zwykle równocześnie wydawał się zafascynowany opowieścią. Androl tylko się roześmiał, kręcąc głową.

- Miałbyś coś przeciwko, gdybym spróbował, Jonneth? Całkiem nieźle radzę sobie z taireniańskim łukiem, który zresztą jest dłuższy niż większość.

- Nie ma sprawy - powiedział chudzielec, odpinając ochraniacz i podając mu łuk.

Androl zawiązał ochraniacz na ręku, uniósł łuk. Drzewce wykonane były z czarnego cisu, cięciwa była jakby mniej elastyczna niż te, do których przywykł. Jonneth podał mu strzałę i Androl naciągnął ją, wzorując się na technice poprzedniego strzelca.

- Światłości! - powiedział, gdy poczuł siłę naciągu. - Te twoje ramiona są zwodniczo chude, Jonneth. Jak ci się udaje celować? Ja ledwie potrafię zapanować nad drżeniem rąk!

Jonneth roześmiał się. Androl w końcu musiał wypuścić strzałę, ponieważ ręce zaczynały mu się trząść i czuł, że ani chwili dłużej nie utrzyma cięciwy. Strzała wbiła się w ziemię daleko od celu. Oddał łuk Jonnethowi.

- Całkiem nieźle, Androl - powiedział Jonneth. - Wielu ludzi nie potrafi nawet naciągnąć cięciwy. Daj mi dziesięć lat, a nauczę cię strzelać, jakbyś się urodził w Dwu Rzekach!

- Chyba jednak pozostanę przy krótkich łukach - odparł Androl. - W życiu nie dasz rady strzelać z tego potwora z siodła.

- Nigdy nie będę musiał! - zaprotestował Jonneth.

- A jeśli będą cię ścigali?

- Jeżeli będzie ich mniej niż pięciu - tłumaczył Jonneth - poradzę sobie z nimi, zanim zdołają się do mnie zbliżyć. Jeżeli będzie ich więcej, wówczas będę głupcem, strzelając do nich. Powinienem brać nogi za pas i zmykać, jakby mnie sam Czarny gonił.

Pozostali zaśmiali się, choć Androl przyłapał Emarina, jak ten mu się przyglądał spod oka. Zapewne zastanawiał się, skąd Androl może się znać na strzelaniu z końskiego siodła. Bystry był ten szlachcic. Androl powinien w jego obecności bardziej uważać.

- A co tu się dzieje? - zapytał czyjś głos. - Uczysz się strzelać z łuku, listonosz? Czyżbyś naprawdę potrafił się obronić?

Androl zacisnął zęby i odwrócił się w stronę nadchodzącego Coterena. Ten był mężczyzną potężnej postury, czarne naoliwione włosy spływały mu luźno na ramiona, okalając brutalną twarz o pulchnych policzkach, z której spoglądały bystro groźne oczy. Teraz się uśmiechał. Uśmiechem kota, któremu dano mysz do zabawy. Androl w milczeniu rozwiązał ochraniacz, podał go Jonnethowi. Coteren był pełnym Asha’manem, osobistym przyjacielem M’Haela. Pozycją przerastał wszystkich zgromadzonych o kilka długości.