Jak jeden mąż spojrzeli na Androla. Dlaczego do niego się zwracali, do najsłabszego wśród nich? On potrafił tylko tworzyć bramy. Stąd też wziął się przydomek, jaki dla niego wymyślił Coteren. Listonosz. Ponieważ nadawał się tylko do doręczania przesyłek albo zabierania ludzi w różne miejsca.
Jednak tamci patrzyli właśnie na niego. Z takiego czy innego powodu.
- W porządku - zgodził się. - Zobaczymy, co da się znaleźć. Możecie w to wciągnąć Evina, Hardlina i Norleya, ale nikogo więcej, nie mówcie nawet chłopakom z Dwu Rzek. Nie drażnijcie też Taima ani jego ludzi… kiedy jednak coś znajdziecie, natychmiast przyjdźcie z tym do mnie. A ja się zorientuję, czy da się przekazać te informacje Logainowi albo przynajmniej dowiedzieć, gdzie się znajduje.
Wszyscy uroczyście pokiwali głowami.
„Światłości ratuj, jeśli się mylimy” - pomyślał Androl, oglądając się na grupę faworytów Taima. „Ale co dopiero będzie, jeśli mamy rację…”.
47.
Komnata Nauk.
Faile siedziała niecierpliwie w siodle Jutrzenki, czekając, aż w powietrzu otworzy się brama. Drgnęła odruchowo, kiedy przed nią rozbłysła znienacka jaskrawa pręga, ale zaraz się opanowała. Po drugiej stronie była łąka pokryta zbrązowiałą trawą. Gaul i Panny Włóczni natychmiast przeskoczyli na drugą stronę - zwiad.
- Na pewno nie chcesz jechać? - Perrin zwrócił się z pytaniem do Galada, który stał blisko z rękoma zaplecionymi z tyłu i przyglądał się orszakowi.
- Nie - odparł Galad. - Jadłem już obiad z Elayne i zdążyłem się wszystkiego dowiedzieć.
- Jak chcesz - zgodził się Perrin. Odwrócił się do Faile i gestem wskazał bramę.
Wbiła obcasy w boki Jutrzenki i klacz ruszyła. Najwyższy był już czas, żeby wreszcie poznać królową Andoru, ale trochę się denerwowała w związku z tą sytuacją. Razem z Perrinem przejechała przez bramę - znaleźli się tuż obok murów obronnych miasta, nad którymi górowały wysokie wieże zwieńczone iglicami i flagami w barwach bieli oraz czerwieni, a w centrum - pałac. Rozpościerające się pod murami Dolne Caemlyn powoli zmieniało się w odrębne miasto.
Orszak Perrina wyjechał w ślad za nimi z bramy. Jego skład został pieczołowicie dobrany tak, żeby robił wrażenie, a równocześnie nie wyglądał groźnie. Alliandre z setką gwardii. Stu łuczników z Dwu Rzek z łukami, na których nie było cięciw, niesionymi niczym pałki. Stu reprezentantów Wilczej Gwardii, włączywszy w to spory kontyngent pomniejszej cairhieniańskiej szlachty - typowe dla ich kraju kolorowe rozcięcia w mundurach sporządzone zostały z płótna zakupionego w Białym Moście. Oraz, oczywiście, Gaul z Pannami Włóczni.
Na końcu jechał Grady. Miał na sobie dokładnie wyprasowany czarny kaftan, odznaka Oddanego w wysokim kołnierzu lśniła wypolerowana. Wyjechawszy z bramy, natychmiast spojrzał na zachód, ku Czarnej Wieży. Wcześniej tego samego dnia, po uzyskaniu zezwolenia od Perrina, próbował otworzyć bramę. Nie wyszło. Perrin bardzo się zmartwił tym faktem. Chciał też sprawę jak najszybciej zbadać w wilczym śnie, dziś w nocy, najpóźniej jutro.
Gaul wraz z Pannami otoczył ochronną formacją Perrina i Faile, i orszak ruszył drogą; Arganda ze szwadronem Wilczej Gwardii pojechał naprzód, żeby zaanonsować przybywających. Pozostali poruszali się drogą w statecznym, iście królewskim tempie. Bezładny rozrost Caemlyn sprawiał jeszcze bardziej przykre wrażenie, niż to miało miejsce w przypadku Białego Mostu. Kilka armii obozowało pod murami miasta. Zapewne siły rozmaitych lokalnych lordów, którzy poparli Elayne w staraniach o tron.
Jeszcze jedna rzecz tu była co najmniej zastanawiająca. Nad Caemlyn nie było chmur. Cały świat był właściwie zachmurzony, tak więc widok jasnego nieba sprawił, że Faile aż się wzdrygnęła. Niemniej dotyczyło to tylko nieba nad samym miastem, wszędzie dalej zasłaniały niebo równą, grubą powłoką.
Wrócił Arganda z Wilczą Gwardią.
- Zostaniemy przyjęci, mój panie, moja pani - oznajmił.
Faile i Perrin pojechali dalej w milczeniu, podobnie cicho zachowywał się orszak ciągnący za nimi drogą. Nachodzące spotkanie omawiali dziesiątki razy, nic więcej nie zostało do powiedzenia. Perrin postąpił mądrze i zdecydował, że jej zostawi dyplomatyczne negocjacje. Świat nie mógł sobie pozwolić na wojnę miedzy Andorem a Dwoma Rzekami. Nie w obecnej sytuacji.
Po przejechaniu przez bramy miasta Perrin i Aielowie zrobili się bardziej czujni. W milczeniu znosiła ich nadopiekuńczość. Jak długo niewola u Shaido będzie jeszcze ciążyć nad jej życiem? Czasami miała wrażenie, że Perrin najchętniej przydzielałby jej w drodze do toalety czterdziestu strażników.
Za murami miasto tętniło życiem, ulice pełne ludzi, ciżba w domach i na rynkach. Oczywiście skutkiem tego były piętrzące się sterty śmieci, zadziwiająco dużo było też urwisów na ulicach. Rozmaici heroldzi rozwodzili się na temat ciężkich czasów, niektórzy z nich byli prawdopodobnie na służbie u kupców i w ten sposób budowali atmosferę sprzyjającą gromadzeniu zapasów. Ludzie Perrina też kupowali tu żywność, choć po dość wysokich cenach. Wkrótce Elayne będzie musiała się zdecydować na subsydia, o ile już tego nie zrobiła. Pytaniem było, jak głębokie są królewskie magazyny?
Przejechali przez Nowe Miasto, potem wjechali na obszar Wewnętrznego Miasta, kierując się w górę, ku samemu pałacowi. Jego bram strzegła Królewska Gwardia w czerwono-białych kaftanach i lśniących zbrojach. Tłem była nieskalana biel murów.
Zaraz po przejechaniu przez bramy zsiedli z koni. Na teren pałacu wraz z Perrinem i Faile wjechał oddział liczący stu ludzi. Wszyscy Aielowie i nieduże gwardie honorowe z każdego kontyngentu. Korytarze pałacu były szerokie, lecz tak zatłoczone, że Faile zdały się ciasne. Ona i Perrin szli inną drogą niż poprzednim razem, gdy prowadzono ją do Sali tronowej. Po co to krążenie?
Wyglądało na to, że niewiele się zmieniło w pałacu od czasów władzy Randa. Oczywiście nie było już w nim Aielów - wyjąwszy tych, których przyprowadził ze sobą Perrin. Ten sam wąski czerwony chodnik biegł środkiem każdego korytarza, w kątach stały te same urny, te same lustra na ścianach tworzyły iluzję większej przestrzeni.
Budowla taka jak ta mogła przez wieki trwać w niezmienionym stanie, nie zwracając uwagi na to, czyje stopy depcą po chodnikach i czyje plecy grzeją oparcie tronu. W ciągu zaledwie roku pałac zaznał czworga władców: Morgase, jednego z Przeklętych, Smoka Odrodzonego, a teraz Elayne.
Po prawdzie, to kiedy skręcali za róg do Sali tronowej, Faile na poły oczekiwała widoku Randa na jego Smoczym Tronie, z dziwną półwłócznią w zgięciu łokcia i błyskiem szaleństwa w oczach. Okazało się jednak, że Smoczy Tron zniknął, a zamiast niego na Tronie Lwa siedziała prawowita królowa. Zresztą siedzisko władczyni nie wzięło się znikąd - Rand za swojej władzy odstawił je na bok, a potem chronił niczym kwiat, który chciał wręczyć swej przyszłej miłości.
Królowa okazała się młodszym wydaniem swojej matki. Prawda, rysy jej twarzy były bardziej delikatne niż u Morgase. Ale miała te same czerwonozłote włosy i promieniowała tym samym oszałamiającym pięknem. Była wysoka, a brzuch i piersi zdradzały, że jest w ciąży.
Sala tronowa była odpowiednio efektownie wykończona: gzyms ze złoconego drewna, w rogach kolumny, najpewniej czysto dekoracyjne. Elayne dała tu więcej światła niż Rand, liczne stojące lampy płonęły jasno na swoich postumentach. Sama Morgase stała po prawej stronie u podstawy tronu, ośmiu żołnierzy Królewskiej Gwardii zajmowało miejsce po lewej. Dla pomniejszej szlachty znalazło się miejsce pod ścianami - z baczną uwagą przyglądali się całej scenie.
Gdy Faile, Perrin oraz reszta ich orszaku weszli do środka, Elayne pochyliła się naprzód. Faile ukłoniła się dwornie, rzecz jasna, a Perrin skłonił głowę. Nie był to zbyt głęboki ukłon, niemniej wyrażał odpowiedni szacunek. Zgodnie z tym, co ustalono wcześniej, Alliandre ukłoniła się głębiej niż Faile. To musiało dać Elayne do myślenia.