Fortuona pieczołowicie skryła wszelkie zewnętrzne oznaki zaskoczenia. A więc to prawda. Podróżowanie nie było tylko mitem czy plotką. To zmieniało wszystko, jeśli chodzi o prowadzenie wojny.
Beslan zbliżył się i skłonił. Na jego twarzy malowało się wahanie. Skinieniem dłoni przywołała jego i Galgana na miejsce, skąd mogli widzieć wyglądający z otworu las. Beslan zagapił się z otwartymi ustami.
Galgan splótł dłonie za plecami. On z kolei był ciekawą postacią. Fortuona wiedziała, że spotykał się z asasynami na mieście i dowiadywał o cenę zamachu na jej głowę. Następnie każdego z mężczyzn, którzy mu tę cenę podali, kazał stracić. Nadzwyczaj subtelny gambit polityczny - za jednym zamachem dał jej do zrozumienia, że powinna widzieć w nim zagrożenie, skoro spotkał się z asasynami. Z drugiej strony wszakże było to też demonstracyjne świadectwo lojalności. „Jestem ci wierny - należało stąd wnosić - ale bacznie cię obserwuję i mam swoje ambicje”.
Pod wieloma względami takie wytrawne manewry polityczne były dla niej znacznie bardziej uspokajające niż pozorna niewzruszona lojalność Beslana. Posunięcia pierwszego była w stanie przewidzieć. Drugi… cóż, nie była pewna, jak ma rozumieć jego poczynania. Czy Matrim będzie równie lojalny? Jak to mogłoby być - mieć Księcia Kruków, przeciwko któremu nie trzeba będzie spiskować? Wydawało się to omalże bajką, jakie opowiada się dzieciom z pospólstwa, żeby śniły o niemożliwych mariażach.
- To niewiarygodne! - rzekł na koniec Beslan. - Wasza Wspaniałość, dzięki tej umiejętności… - Pozycja czyniła zeń jednego z niewielu ludzi, którym wolno się było zwracać do niej bezpośrednio.
- Imperatorowa chce wiedzieć - powiedziała Głosem Selucia, odczytując z migających palców Fortuony słowa mowy gestów - czy którakolwiek ze schwytanych marath’damane wspominała o broni.
- Powiedz najwyższej Imperatorowej, oby żyła wiecznie, że nie - odpowiedziała Melitene zmartwionym głosem. - A jeśli nie okażę się zbyt śmiała, chciałabym dodać, że w mojej opinii nie kłamią. Wygląda na to, że wybuch za miastem był odosobnionym wypadkiem, być może skutkiem nieostrożnego użycia jakiegoś nieznanego ter’angreala. Być może żadna broń w ogóle nie istnieje.
Niewykluczone. Fortuona już zaczynała powoli wątpić w prawdziwość tych pogłosek. Wybuch miał miejsce przed jej przybyciem do Ebou Dar, a jego okoliczności pozostawały niejasne. Być może wszystko było jakąś intrygą Suroth lub jej wrogów.
- Kapitanie Generale - rzekła Głosem Selucia. - Jej Wspaniałość chciałaby wiedzieć, do czego można by wykorzystać taką Moc jak umiejętność Podróżowania?
- To zależy - odparł Galgan, drapiąc się po brodzie. - Jaki jest zasięg? Jak duży otwór da się stworzyć? Czy wszystkie damane są do tego zdolne? Czy istnieją jakieś ograniczenia odnośnie do tego, gdzie da się otworzyć ten otwór? Jeżeli Jej Wspaniałość sobie tego życzy, porozmawiam z damane i zdobędę odpowiedzi na te wszystkie pytania.
- Imperatorowa sobie życzy - odparła Selucia Głosem.
- To jest poważny problem - przyszła kolej na opinię Beslana. - Nasi wrogowie mogą w ten sposób atakować nas na tyłach naszego frontu. Mogą otworzyć tego rodzaju portal wprost do apartamentów Imperatorowej, oby żyła wiecznie. Przez to wszystko, co wiemy na temat wojny, można wyrzucić do kosza.
Żołnierze Straży Skazańców przestąpili z nogi na nogę, co było oznaką głębokiego niepokoju. Tylko Furyk Karede ani drgnął. Jeżeli już, to wyraz jego twarzy tylko stwardniał. Fortuona wiedziała, że wkrótce usłyszy o nowym rotacyjnym rozkładzie swych sypialni.
Fortuona zastanawiała się przez chwilę, wpatrując w wyrwę w powietrzu. Wyrwę w samej materii rzeczywistości. Potem, wbrew tradycji, wstała. Na szczęście Beslan był obok i mogła się zwrócić do niego bezpośrednio, a pozostali dzięki temu również mogli usłyszeć rozkazy.
- Z raportów wynika - oznajmiła - że w miejscu zwanym Białą Wieżą wciąż przebywają setki marath’damane. One okażą się kluczem do odzyskania Seanchan, kluczem do utrzymania tych ziem i kluczem przygotowań do Ostatniej Bitwy. Smok Odrodzony uklęknie przed Kryształowym Tronem. Oto otrzymaliśmy środki umożliwiające nam kolejne uderzenie. Niech dowie się Kapitan Generał, że polecamy mu uformować oddziały z doborowego żołnierza. Chcę następnie, żeby do miasta sprowadzono wszystkie damane, co do jednej. Wyszkolimy je w tej sztuce Podróżowania. A potem wielkimi siłami uderzymy na Białą Wieżę. Lecz najpierw przeprowadzimy znacznie słabszy, markowany atak. Poznają wreszcie pełną siłę naszego oręża. Wszystkie rnarath’damane muszą zostać wzięte na smycz.
Usiadła, pozwalając, by w komnacie zapadła cisza. Rzadko się zdarzało, że Imperatorowa osobiście wygłaszała tego rodzaju oświadczenia. Ale to był czas nowych, śmiałych posunięć.
- Nie powinnaś dopuścić, aby rozeszło się słowo o tym, co się tu wydarzyło - zwróciła się do niej Selucia, a w jej głosie pobrzmiewały twarde tony. Teraz weszła w rolę Prawdomówczyni. Tak, koniecznie trzeba jak najszybciej wybrać kogoś, żeby był Głosem. - Byłoby skrajną głupotą, gdyby wróg dowiedział się, że mamy to Podróżowanie.
Fortuona odetchnęła głęboko. Tak, to była prawda. Trzeba będzie zadbać, aby nikt z obecnych nie wyjawił tajemnicy. Kiedy jednak Biała Wieża zostanie zdobyta, wszyscy będą mówić o jej proklamacji i będą odczytywać znaki jej triumfu z niebios i otaczającego świata.
„Musimy uderzyć szybko” - zamigotała Selucia mową gestów.
„Tak” - odpowiedziała Fortuona. „Skutkiem naszego pierwszego ataku zaczęli się zbroić”.
„A więc następny musi być decydujący” - przekazała jej Selucia. Jednak zastanów się. Transport tysięcy żołnierzy do Białej Wieży przez pomieszczenie w piwnicy. Uderzenie z siłą tysięcy młotów bijących w tysiące kowadeł!”.
Fortuona pokiwała głową. Biała Wieża została skazana.
- Nie wiem, czy tu coś jeszcze zostało do powiedzenia - oznajmił Thom, odchylając się na oparcie fotela. Smuga tytoniowego dymu snuła się znad główki jego fajki o długim cybuchu. Noc była ciepła, nie trzeba było palić w kominku. Wystarczyło parę świec na stole, trochę chleba, sera i dzban ale.
Perrin pykał z własnej fajki. W pokoju byli tylko on, Thom i Mat. Gaul i Grady czekali we wspólnej Sali. Mat z początku przeklinał Perrina za to, że przyprowadził tych dwóch, ponieważ obecność Aiela i Asha’mana raczej uniemożliwiała zachowanie spotkania w tajemnicy. Ale Perrin czuł się bezpieczniej z nimi niż z całą kompanią żołnierzy.
Najpierw on opowiedział o swoich przygodach Matowi i Thomowi. O Madlen, o Proroku, o Alliandre i Galadzie. Potem oni zrewanżowali mu się tym samym. Był zdumiony, jak wiele przeżył każdy z nich od czasu, gdy się widzieli po raz ostatni.
- Imperatorowa Seanchan, co? - powiedział Perrin, obserwując, jak smugi dymu fajkowego wiją się w przyćmionym pomieszczeniu.
- Córka Dziewięciu Księżyców - poprawił Mat. - To nie to samo.
- I jesteś żonaty - Perrin uśmiechnął się szeroko. - Matrim Cauthon. Żonaty.
- O tym akurat nie musiałeś opowiadać, wiesz? - Mat napomniał Thoma.
- Och, zapewniam cię, że musiałem.
- Jak na barda, to dziwnie skwapliwie omijałeś najbardziej heroiczne rzeczy, których dokonałem - obruszał się dalej Mat. - Dobrze choć, że wspomniałeś o kapeluszu.
Perrin uśmiechał się z zadowoleniem. Jakoś nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo było mu brak możliwości posiedzenia z przyjaciółmi i spędzenia wieczoru na pogwarkach. Za oknem wisiało drewniane godło gospody, ociekając kroplami deszczu. Wymalowane były na nim przesadnie uśmiechnięte twarze w dziwnych kapeluszach. „Szczęśliwy Tłum”. Prawdopodobnie za nazwą skrywała się odpowiednia opowieść.