Выбрать главу

- Cóż… możesz nam teraz opowiedzieć- zauważył Perrin.

- Teraz nie jest właściwa pora. Tak czy siak, to nie jest jakaś ważna sprawa. Słuchaj, niedługo wyjeżdżam.

Thom pachniał podnieceniem.

- Perrin, może pożyczysz nam kogoś od Podróżowania? - poprosił Mat. - Nienawidzę zostawiać Legionu. Beze mnie będą się czuli niepocieszeni. Dobrze chociaż, że mają te smoki, z których mogą sobie postrzelać.

- Ale dokąd się wybierasz? - zapytał Perrin.

- Jakbym potrafił to wyjaśnić… - odparł Mat. - Perrin, tak naprawdę, to jest właściwy powód naszego spotkania, poza, oczywiście, przyjacielskimi rozmowami i tymi sprawami. - Nachylił się bliżej. - Perrin, Moiraine żyje.

- Co?

- Taka jest prawda -kontynuował Mat. - Albo przynajmniej tak sądzimy. Do Thoma dotarł jej list, w którym przewidziała swoją potyczkę z Lanfear, o której wiedziała… Cóż, mniejsza, na zachód stąd, nad rzeką Arinelle znajduje się wieża. Jest zrobiona w całości z metalu. Ona…

- Wieża Genjei - cicho powiedział Perrin. - Tak, wiem.

Mat zamrugał.

- Wiesz? Żebym sczezł. Kiedy stałeś się uczonym?

- Słyszę różne rzeczy. Mat, to miejsce jest złe.

- Cóż, Moiraine jest w wieży - ciągnął dalej Mat. - Uwięziona. Chcę ją wydostać. W tym celu muszę wygrać w węże i lisy. I muszę, cholera, oszukiwać.

- Węże i lisy? - powtórzył Perrin.

Thom przytaknął.

- Dziecięca gra, która wzięła nazwę od istot żyjących w wieży. Tak sądzimy.

- Ja już raz w życiu je widziałem - dodał Mat. - I… cóż, na to to już naprawdę nie pora.

- Jeżeli zamierzacie ruszyć jej na ratunek - powiedział Perrin to może mógłbym pojechać z wami. Albo przynajmniej podesłać wam jednego Asha’mana.

- Chętnie zgodzę się na kogoś, kto nam pomoże Podróżować - oznajmił Mat. - Ale ty nie możesz jechać z nami, Perrin. Moiraine wszystko nam wyjaśniła w liście. Tylko trzech może iść ją ratować, a ja już wiem, kto to będzie. - Zawiesił głos. - Olver mnie zabije, jak go z nami nie wezmę.

- Mat - mitygował go Perrin, kręcąc głową. - Mówisz od rzeczy.

Mat westchnął.

- Dobra, opowiem ci więc całą historię. - Zmierzył wzrokiem dzban z ale. - Będzie nam tego trzeba więcej, a ty lepiej powiedz Grady’emu, że to jeszcze jakiś czas potrwa…

48.

Pod Avendesorą.

Aviendha dała ostatni krok i znalazła się poza obrębem lasu szklanych kolumn. Odetchnąwszy głęboko, krótkim spojrzeniem przez ramię obrzuciła drogę, którą ledwie co pokonała.

Widok głównego placu Rhuidean zniewalał. Cała jego połać była wyłożona gładkimi płytami białej barwy, wyjąwszy sam środek, z którego wyrastało ogromne drzewo o szeroko rozpostartych konarach, jakby wyciągających się do słońca. Zdaniem Aviendhy miało w sobie jakąś niewytłumaczalną doskonałość - być może za sprawą tej naturalnej symetrii: żadnych brakujących konarów, żadnych dziur na przestrzał w gęstym ulistnieniu jego górnych partii. A teraz wywierało szczególne wrażenie, bo kiedy widziała je ostatnim razem, nosiło na sobie ślady pożogi.

Na całym świecie inne rośliny umierały z niewyjaśnionych przyczyn, a tymczasem to drzewo ozdrowiało i rozrosło się prędzej, niż to w jej mniemaniu było możliwe. Jego liście szeleściły kojąco na wietrze, a sękate korzenie wystawały spod ziemi niczym palce mądrego starca. Pragnęła pod nim usiąść i pławić się tchnącym zeń spokojem.

Miała takie poczucie, że owo drzewo jest ideałem, na którym wzorują się wszystkie inne drzewa. Avendesora - taką nazwę nadała mu legenda. Drzewo Życia.

Nieco dalej, z boku, wyrastały szklane kolumny. Dziesiątki, może nawet setki kolumn, tworzących koncentryczne kręgi. Wiotkich i cienkich, a jednak sięgających samego nieba. Wydawały się pod każdym względem - wręcz absolutnie - naturalne, tak jak Avendesora, a jednak były równie jak ona nienaturalne. Logika podpowiadała, że byle wiatr już dawno powinien był je obalić. Nie dlatego, że były takie dziwaczne, tylko zwyczajnie sztuczne. Kiedy tu weszła, wiele dni wcześniej, grupa gai’shain odzianych w biel zbierała spadłe liście i gałązki. Zobaczywszy ją, natychmiast się wycofali. Czyżby miała być tą pierwszą osobą, która przeszła przez las kolumn od czasu przemiany Rhuidean? Jej własny klan nikogo nie przysłał i pewna była, że dotarłoby do niej, gdyby to uczyniły inne klany.

W takim razie pozostawali jedynie Shaido, ale ci odrzucili roszczenia Randa wobec przeszłości Aielów. Aviendha podejrzewała, że gdyby jacyś Shaido zjawili się tu przed nią, to nie byliby w stanie udźwignąć tego, co się tu objawiało. Weszliby do lasu i już by zeń nie wrócili.

Z Aviendhą nie tak się rzeczy miały. Ona przeżyła. W rzeczy samej zobaczyła to, co spodziewała się zobaczyć. Do tego stopnia, że niemalże przeżyła rozczarowanie.

Westchnęła i podeszła do pnia Avendesory, a potem zadarła głowę, by popatrzeć w górę, między plątaniną gałęzi.

Kiedyś ten plac był cały zawalony ter’angrealami; to właśnie w tym miejscu Rand znalazł klucze dostępu, które wykorzystał do oczyszczenia saidina. Cała ta mnogość ter’angreali zniknęła już stąd. Wiele z nich zagarnęła Moiraine na rzecz Białej Wieży, a pozostałe zapewne zabrali Aielowie, którzy tu mieszkali. Pozostało jedynie to drzewo, kolumny i trzy pierścienie, przez które przechodziły kobiety podczas swej pierwszej wyprawy do Rhuidean, wyprawy, za sprawą której stawały się uczennicami Mądrych.

Pamiętała trochę ze swojego przejścia przez pierścienie, podczas którego zobaczyła swoje dalsze życie - wiele możliwych wersji swojego życia. Aczkolwiek były to raczej tylko szczątki wspomnień. Że pokocha Randa i że będzie miała siostry-żony. I jeszcze to, że powróci tu, do Rhuidean. To wiedziała, mimo iż musiała stanąć znowu na tym placu, by te wspomnienia zaiskrzyły się w jej umyśle.

Skrzyżowawszy nogi, usiadła między dwoma korzeniami drzewa. Łagodny wiatr uspokajał. Powietrze było suche i znajome. Pylista woń Ziemi Trzech Sfer przypominała jej dzieciństwo.

Wyprawa przez las kolumn z pewnością oddziaływała na zmysły. Spodziewała się, że zobaczy pradzieje Aielów, że zapewne ujrzy na własne oczy tamten dzień, kiedy postanowili - jako cały naród - podjąć włócznie i stanąć do walki. Spodziewała się, że zapadnie jakaś doniosła decyzja, że poczucie honoru przezwycięży pośledniejszy styl życia podyktowany Drogą Liścia.

Zdziwiła się, zobaczywszy, jak zwyczajne - niemalże przygodne - było prawdziwe zdarzenie. Nie było nic wspaniałego w tamtej decyzji. Ot znalazł się po prostu człowiek, który nie chciał, by mu wymordowano rodzinę. W chęci obrony innych jest honor, ale on nie podszedł do tej decyzji z honorem.

Wsparła głowę na pniu drzewa. Aielowie zaiste zasłużyli sobie na karę, jaką była Ziemia Trzech Sfer, i zaiste mieli toh - jako naród - wobec Aes Sedai. Zobaczyła wszystko, czego się spodziewała. Ale zabrakło wielu rzeczy, których miała nadzieję się nauczyć. Aielowie będą nadal odwiedzać to miejsce, przez stulecia, tak jak to od stuleci czynili. I każdy z nich będzie uczyć się czegoś, co obecnie stanowiło powszechną wiedzę.

To jej nie dawało spokoju.

Spojrzała znowu w górę, na gałązki drżące na wietrze, na te kilka liści, które właśnie spadały. Jeden otarł się o jej policzek, a potem osiadł na szalu.

Przejście przez las kolumn przestało już być wyzwaniem. Pierwotnie ten ter’angreal poddawał człowieka sprawdzianowi. Pozwalał sprawdzić, czy ktoś, kto jest potencjalnym przywódcą, potrafi stanąć w obliczu najmroczniejszego sekretu Aielów i zaakceptować ten sekret. Ciało i duch Aviendhy zostało poddane sprawdzianom, kiedy jeszcze była Panną. Z kolei stanie się Mądrą wystawiało na próbę emocje i umysł. Rhuidean miało być kamieniem wieńczącym ów proces, ostatecznym sprawdzianem wytrzymałości umysłowej. Ale teraz tego sprawdzianu zabrakło.