- Krew i zgliszcza, Flern - odezwał się drugi głos. Obok niej przyklękła jakaś sylwetka. - Biedactwo. Prawie jeszcze dziecko. Nie robiła nic złego.
Flern parsknął.
- Nic złego? Widziałem nie raz, jak te stworzenia próbowały poderżnąć gardło śpiącemu. Byle tylko dobrać się do pozostałości jego posiłku. Przeklęte szkodniki.
Drugi cień spojrzał na nią i wtedy udało jej się dostrzec jego zacięte oblicze. Migoczące oczy. Podobne do gwiazd. Mężczyzna powstał z westchnieniem,
- Następnym razem będziemy zakopywać odpadki. - Wycofał się w stronę światła.
Tamten drugi, Flern, stał nadal w miejscu i przyglądał się jej. Czy to, co oblepiło jej dłonie, to naprawdę była krew, ciepła jak woda zbyt długo wystawiona na działanie słońca?
Śmierć jej nie zdziwiła. W pewnym sensie spodziewała się jej przez prawie całe swoje osiemnaście lat.
- Przeklęci Aielowie - rzucił Flern.
Malidra nie widziała już nic, tylko szarość.
Stopa Aviendhy natrafiła na jedną z płyt, którymi był wyłożony główny plac Rhuidean. Zamrugała pod wpływem przeżytego wstrząsu. Słońce zmieniło swoją pozycję na niebie. Minęło wiele godzin.
Co się stało? Wizja była taka realna, podobnie jak tamte obrazy z wczesnych lat jej ludu. Ale nie potrafiła wyłowić z niej żadnego sensu. Czyżby cofnęła się jeszcze głębiej w historię? To wręcz zdawało się epizodem z Wieku Legend. Te dziwne maszyny, ubiory i broń. Ale z całą pewnością to było Pustkowie.
Zapamiętała dobitnie, że była Malidrą. Pamiętała całe lata głodu, grzebania w śmieciach, nienawiści do Światlarzy. I strachu przed nimi. Pamiętała własną śmierć. Paniczną trwogę, to, że nie mogła się ruszyć, krew. Tamte ciepłe strugi na rękach…
Przyłożyła dłoń do głowy, bliska wymiotów, wytrącona z równowagi. Nie z powodu tej śmierci. Każdy budził się z tego snu i choć ona bynajmniej go nie łaknęła, to jednak się go nie bała. Nie, koszmarną rzeczą w tej wizji było to, że nie dostrzegła w niej ani krztyny honoru. Zabijanie po nocy, żeby zdobyć jedzenie? Grzebanie w ziemi w poszukiwaniu kawałków na poły przeżutego mięsa? Gromadzenie pozostałości po cudzym posiłku? Była bardziej zwierzęciem niż osobą!
Lepiej umrzeć. Aielowie z pewnością nie mogli wyrosnąć z takich korzeni, w zamierzchłych czasach. Aielowie w Wieku Legend byli łagodnymi sługami, których szanowano. Niepodobna, by w swych prapoczątkach mogli być padlinożercami!
Może to było tylko jedno maleńkie ugrupowanie Aielów. Albo może tamten człowiek się mylił. Trudno to było orzec na podstawie pojedynczej wizji. Tylko dlaczego została jej ukazana?
Z wahaniem zrobiła jeden krok oddalający ją od szklanych kolumn, ale nic się nie wydarzyło. Żadnych nowych wizji. Zaniepokojona, zaczęła odchodzić z placu.
A potem zwolniła kroku.
Odwróciła się. Kolumny stały w ubywającym świetle dnia, spokojne i samotne, a jednak zdawały się huczeć niewidzialną energią. Czyżby coś jeszcze?
Tamta wizja wydawała się tak zupełnie niezwiązana z innymi, które wcześniej ją nachodziły. Czy gdyby znowu weszła między kolumny, to czy zobaczyłaby to samo, co jej wcześniej było dane zobaczyć? Albo… czy to możliwe, że zmieniła coś w swym Talencie?
Przez całe stulecia, jakie minęły od powstania Rhuidean, te kolumny pokazywały Aielom to, co musieli wiedzieć o sobie. Tak to ustanowili Aes Sedai, nieprawdaż? Czy raczej po prostu umieścili tutaj ten ter’angreal i pozwolili mu działać wedle własnego uznania, wiedząc, że będzie przydawał mądrości?
Aviendha wsłuchała się w szelest liści. Te kolumny rzucały wyzwanie, niczym wrogi wojownik z włócznią w ręku. Jeśli wejdzie między nie, to być może już nigdy nie wróci. Nikt nie odwiedzał tego ter’angreala po raz drugi. To było zakazane. Jedna wyprawa przez pierścienie, jedna przez kolumny.
Ale ona tu przyszła w poszukiwaniu wiedzy. Nie odejdzie bez niej. Obróciła się i wziąwszy głęboki oddech, podeszła do kolumn.
I dała krok przed siebie.
Nazywała się Norlesh. Przyciskała swego najmłodszego synka do łona. Suchy wiatr szarpał jej szal. Malutki Garvlan zaczął kwilić, ale uciszyła go, bo jej mąż właśnie rozmawiał z obcymi.
Wioska obcych znajdowała się nieopodal, grupa chałup pobudowanych u podnóży gór. Jej mieszkańcy nosili farbowane odzienie, dziwnie skrojone spodnie i koszule zapinane na guziki. Przybyli w to miejsce w poszukiwaniu rudy. Czy to możliwe, by zwykłe skały były takie cenne, że aż zamieszkali po tej stronie gór, z dala od swej bajecznej krainy pełnej wody i jedzenia? Z dala od swych budowli, w których płonęło światło, mimo że nie było tam świec, z dala od swych wozów, które się przemieszczały, mimo że nie ciągnęły ich konie?
Poprawiła szal, który zsunął się jej z ramion. Potrzebowała nowego. Ten się postrzępił, a jej już zabrakło nici, którymi mogłaby go załatać. Garvlan płakał w jej ramionach, a jej drugie pozostałe przy życiu dziecko - Meise - trzymało się kurczowo jej spódnic. Meise nie odezwała się słowem od miesięcy. Ani razu, odkąd jej starszy brat zmarł od porażenia słońcem.
- Proszę - powiedział jej mąż, Metalan, do obcych. Było ich troje, dwóch mężczyzn i kobieta, wszyscy ubrani w spodnie. Dziki lud, inny niż ci inni cudzoziemcy z ich delikatnymi rysami i nazbyt wspaniałymi jedwabiami. Oświeceni, tak niekiedy nazywali siebie ci inni. Ta trójka była bardziej zwyczajna.
- Proszę - powtórzył Metalan. - Moja rodzina…
Był dobrym człowiekiem. Czy raczej był dobry dawniej, kiedy jeszcze dopisywały mu siły i sprawność. Teraz sprawiał wrażenie skorupy tamtego człowieka, zwłaszcza z tymi zapadniętymi policzkami. Z jego niebieskich oczu, dawniej iskrzących się życiem, przeważnie wyzierała pustka. Udręka. Nabawił się tego spojrzenia po tym, jak musiał się przyglądać umieraniu trójki swoich dzieci, jednego po drugim w ciągu osiemnastu miesięcy. Metalan był o głowę wyższy od każdego z tych trojga, a jednak zdawał się niższy od nich.
Najważniejszy z nich - człowiek z krzaczastą brodą i dużymi, szczerymi oczyma - potrząsnął głową. Zwrócił Metalanowi worek pełen kamieni.
- Imperatorowa Kruków, oby nigdy nie zaprzestała oddychać, zakazuje tego. Nie ma handlu z Aielami. Kapituła mogłaby nas wykluczyć za rozmowę z wami.
- Nie mamy nic do jedzenia - powiedział Metalan. - Moje dzieci głodują. Te kamienie zawierają rudę. Wiem, że takich właśnie szukacie. Spędziłem wiele tygodni na ich szukaniu. Dajcie nam trochę jedzenia. Cokolwiek. Proszę.
- Wybacz, przyjacielu - odrzekł przywódca obcych. - To nie jest warte wdawania się w kłopoty z Krukami. Idźcie w swoją stronę. Nie chcemy tu incydentów.
Kilku obcych nadeszło od tyłu, jeden miał topór, dwaj inni pręty, które syczały w użyciu.
Jej mąż zgarbił się. Tyle dni podróży, tyle tygodni szukania kamieni. Wszystko na nic. Obrócił się i ruszył w jej stronę. W oddali zachodziło słońce. Wszyscy troje, on, ona i Meise, ruszyli w drogę, oddalając się od obozowiska.
Meise pociągała nosem, ale żadne z nich nie miało ani woli, ani siły, żeby ją nieść. Jakąś godzinę drogi od obozowiska obcych mąż znalazł rozpadlinę w skalnej półce. Umościli się tam, bez rozpalania ogniska. Nie mieli niczego do spalenia.
Norlesh pragnęła płakać. Ale odczuwanie czegokolwiek zdawało się czymś trudnym.
- Jestem taka głodna - wyszeptała.
- Schwytam coś rankiem - zapewnił ją mąż, wpatrując się w gwiazdy.
- Od wielu dni niczego nie złapaliśmy - zauważyła. Nie odpowiedział.
- Co my zrobimy? - wyszeptała. - Od czasów mojej babki Tavy nie byliśmy w stanie utrzymać domu dla swoich. Wystarczy, że się zbierzemy w jednym miejscu, to zaraz nas atakują. Jak wędrujemy po Pustkowiu, to wymieramy. Nie chcą z nami handlować. Nie pozwalają nam przekroczyć gór. Co my zrobimy?