W odpowiedzi tylko się położył, tyłem do niej.
Wtedy zaczęła płakać, cichymi, słabymi łzami. Spływały jej po policzkach, kiedy rozpinała bluzkę, by nakarmić Garvlana, mimo że brakowało jej pokarmu.
Garvlan nie poruszył się. Nie przyssał się do jej piersi. Uniosła jego maleńkie ciałko i zorientowała się, że on już nie oddycha. Gdzieś podczas wyprawy do rozpadliny zmarł, a ona nawet tego nie zauważyła.
Najbardziej przerażającą rzeczą było to, że było jej trudno zdobyć się na jakikolwiek smutek w związku z tą śmiercią.
Stopa Aviendhy opadła na płyty placu. Otaczający ją las szklanych kolumn lśnił tęczowymi barwami. Jakby stała w samym środku sztucznego ognia Iluminatora. Słońce stało wysoko na niebie, pokrywa z chmur prawie w całości zniknęła.
Zapragnęła odejść z tego placu i już nigdy tu nie wracać. Wcześniej spodziewała się wiedzy, że Aielowie niegdyś podążali Drogą Liścia. Ta wiedza wcale nie była taka wstrząsająca. Niebawem mieli spełnić swoje toh.
Ale to? Ci rozproszeni, złamani nieszczęśnicy? Ludzie, którzy nie stawali w swojej obronie, którzy żebrali, którzy nie wiedzieli, jak przeżyć na tej ziemi? Wiedza, że to byli jej przodkowie, przynosiła wstyd, którego niemalże nie była w stanie znieść. Dobrze, że Rand nie ujawnił tej przeszłości Aielom.
Czy mogła uciec? Uciec z placu i już nic więcej nie oglądać? Bo jeśli zobaczy coś jeszcze gorszego, to ten wstyd ją powali. Ale wiedziała, niestety, że droga wyjścia jest tylko jedna, teraz, kiedy już zaczęła.
Zgrzytając zębami, postąpiła do przodu.
Nazywała się Tava, miała czternaście lat i uciekała z krzykiem ze swojego płonącego domu. Cała dolina - w rzeczy samej wąwóz o stromych zboczach - stała w płomieniach. Płonęły wszystkie budynki w nowo powstałej siedzibie, wszystkie co do jednego. Stwory jak z koszmaru sennego, z wijącymi się szyjami i szerokimi skrzydłami, fruwały hałaśliwie po nocnym niebie, niosąc na swych grzbietach jeźdźców z łukami i dziwną nową odmianą broni, która syczała, gdy oddawało się z niej strzał.
Tava krzyknęła, szukając swojej rodziny, ale siedziba przeobraziła się w jedno kłębowisko chaosu. Garstka Aielów, wojowników, jeszcze stawiała opór, ale wszyscy, którzy wznieśli włócznie, padali kilka chwil później, zabijani przez strzałę albo przez niewidzialny strzał z tej nowej broni.
Tuż przed nią legł mężczyzna. Jego ciało przetoczyło się po ziemi. Nazywał się Tadvishm, był Kamiennym Psem, a więc należał do jednej z tych nielicznych społeczności, które jeszcze zachowały tożsamość. Większość wojowników nie należała już nigdzie: byli braćmi i siostrami tych, z którymi akurat obozowali. I nazbyt często owe obozowiska rozbijano w dużym rozproszeniu.
Ta siedziba miała być inna, sekretna, pobudowana w najgłębszych ostępach Pustkowia. Jak też wrogowie ich znaleźli? Usłyszała płacz dwuletniego dziecka. Pognała w jego stronę i porwała je z ziemi, zabierając od prędko postępujących płomieni. Ich domy trawiła pożoga. Domy pobudowane z drewna, które z takim trudem pozyskali w górach na wschodnim skraju Pustkowia. Przytuliła do siebie malca i pobiegła w stronę bardziej ukrytych zakątków wąwozu. Gdzie jej ojciec? Jeden z koszmarnych stworów wylądował tuż przed nią z towarzyszeniem nagłego świstu powietrza, rozdymając jej spódnice nagłym powiewem wiatru. Na grzbiecie bestii siedział przerażający wojownik w hełmie przypominającym owada z ostrymi, zębatymi szczękami. Opuścił swą posykującą laskę w jej stronę. Krzyknęła z panicznego przestrachu, przyciskając do siebie zapłakane dziecko, i zamknęła oczy.
Syk się jednak nie rozległ. Usłyszawszy głuche parsknięcie i nagły skrzek podobnej do węża bestii, podniosła wzrok i zobaczyła postać walczącą z obcym. Światło ognia oświetliło twarz jej ojca, schludnie wygolonego, jak nakazywała dawna tradycja. Stwór pod ciężarem dwóch mężczyzn zatoczył się i zrzucił ich obu na ziemię.
Kilka chwil później ojciec podniósł się, trzymając w dłoniach miecz tamtego, cały pokryty ciemnymi plamami. Obcy nie poruszył się, a znajdująca się za nimi bestia poderwała się w górę, donośnie wyjąc. Tava zadarła głowę i zobaczyła, że podąża śladem stada. Najeźdźcy wycofywali się, pozostawiając za sobą załamanych ludzi z ich płonącymi domami.
Opuściła głowę i przeraziła się tym, co widzi: wszędzie ciała, dziesiątki ciał wykrwawiających się na ziemi. Człowiek, którego zabił jej ojciec, wydawał się jedynym z wrogiej strony, który poległ.
- Zbierajcie piasek! - krzyknął Rowahn, jej ojciec. - Zduście płomienie!
Wysoki - nawet jak na Aiela - z uderzająco rudymi włosami, miał na sobie stare odzienie w brązowych barwach i do tego buty owijane rzemieniami aż do kolan. Taki strój głosił wszem wobec, że to Aiel, dlatego wielu się takiego wyzbyło. Dawanie się poznać jako Aiel równało się śmierci.
Ojciec odziedziczył to ubranie po dziadku, razem z przesłaniem: „Postępuj zgodnie z dawną tradycją. Pamiętaj o ji’e’toh. Walcz i zachowaj honor”. Mimo że był w siedzibie od zaledwie kilku dni, inni słuchali go teraz, kiedy krzyczał, że mają ugasić płomienie. Tava oddała dziecko jego wdzięcznej matce, a potem pomogła w gromadzeniu piasku i ziemi.
Kilka godzin później zmęczeni i zakrwawieni ludzie zebrali się na środku wąwozu, przyglądając się udręczonymi oczyma temu, co budowali przez wiele miesięcy. Wszystko obróciło się w perzynę w ciągu jednej nocy. Ojciec Tavy wciąż nosił przy sobie miecz. Używał go do kierowania ludźmi. Niektórzy starsi twierdzili, że miecz przynosi pecha, ale właściwie dlaczego tak mówili? To była tylko broń.
- Trzeba to odbudować - powiedział ojciec, przyglądając się uważnie zgliszczom.
- Odbudować? - spytał mężczyzna brudny od sadzy. - Pierwszy spłonął spichlerz! Nie mamy żadnego jedzenia!
- Przeżyjemy- odparł jej ojciec. - Przeniesiemy się jeszcze bardziej w głąb Pustkowia.
- Nie mamy dokąd iść! - odezwał się inny mężczyzna. - Imperium Kruków posłało wiadomość do Dalekich i teraz tamci polują na nas przy wschodnich rubieżach!
- Znajdą nas, gdziekolwiek się zbierzemy! - krzyknął jeszcze inny.
- To kara! - powiedział ojciec. - Ale musimy wytrwać!
Ludzie spojrzeli na niego. A potem, w parach albo niewielkich grupkach, zaczęli się rozchodzić.
- Czekajcie - rzekł ojciec, unosząc rękę. - Musimy zostać razem, musimy dalej walczyć! Klan…
- Nie jesteśmy klanem - przerwał mu człowiek obsypany popiołem. - Ja będę się miał lepiej w pojedynkę. Dość tej walki. Oni z nami wygrywają, kiedy walczymy.
Ojciec opuścił miecz, trafiając czubkiem w ziemię. Tava podeszła do niego zmartwiona, przyglądając się innym, którzy odchodzili swoimi drogami w nocny mrok. Powietrze było wciąż gęste od dymu. Oddalający się Aielowie byli cieniami topniejącymi w mroku, podobnymi do tumanów pyłu na wietrze. Nie zatrzymali się, by pogrzebać swoich zmarłych.
Ojciec pochylił głowę, a potem upuścił miecz na obsypaną popiołem ziemię.
Aviendha miała łzy w oczach. W opłakiwaniu tej tragedii nie było hańby. Bała się prawdy, ale nie mogła dłużej się jej wypierać.
Tamci najeźdźcy to byli Seanchanie dosiadający rakenów. Imperium Kruków, także Światlarze z jej pierwszej wizji, byli Seanchanami - a wszak Seanchanie zaistnieli dopiero w połowie obecnego Wieku, kiedy armie Artura Jastrzębie Skrzydło pokonały już oceany.
Nie oglądała zamierzchłej przeszłości swego ludu. Oglądała przyszłość.
Za pierwszym razem, kiedy weszła między kolumny, każdy krok cofał ją w czasie w stronę Wieku Legend. Tym razem natomiast wyglądało na to, że owe wizje ukazały jej najpierw jakiś odległy moment w przyszłości i cofały się potem w stronę jej teraźniejszości, przeskakując zawsze jedno pokolenie lub dwa.