Выбрать главу

Z twarzą zalaną łzami zrobiła kolejny krok.

49.

Dwór Słońca.

Miała na imię Ladalin i była Mądrą Aielów Taardad. Straszliwie żałowała, że nie jest w stanie uczyć się przenoszenia. Pożądanie Talentu, którego nie mogło się posiąść, było czymś haniebnym, a jednak nie mogłaby się wyprzeć takich myśli.

Siedziała w namiocie, czując przepełniającą ją gorycz. Gdyby potrafiła pracować z Jedyną Mocą, to być może mogłaby uczynić więcej, by pomóc rannym. Dzięki zachowanej młodości mogłaby stanąć na czele swego klanu, a i być może kości nie bolałyby aż tak bardzo. Podeszły wiek potrafił nadmiernie ciążyć, gdy było tak wiele do zrobienia.

Ściany namiotu zaszeleściły, bo pozostali wodzowie klanów jęli się w nim mościć. Oprócz Ladalin w namiocie była tylko jedna Mądra, Mora z Goshien Aiel. Ona też nie potrafiła przenosić. Seanchanie byli szczególnie zawzięci, gdy przychodziło do zabijania bądź brania w niewolę wszystkich Aielów - czy to mężczyzn, czy to kobiet - którzy wykazywali się dowolnym Talentem w jedynej Mocy.

Grupa, która zeszła się w namiocie, prezentowała godny politowania widok. W którymś momencie do środka wszedł młody, jednoręki żołnierz z koszem wypełnionym rozżarzonymi węglami. Ustawił go między nimi i wycofał się. Matka Ladalin opowiadała jej o czasach, kiedy takie posługi wypełniali gai’shain. Możliwe to, że w przeszłości nie każdy Aiel, czy to mężczyzna, czy Panna, był potrzebny do wojny z Seanchanami?

Ladalin wyciągnęła ręce, by ogrzać nad koszem swe dłonie o palcach wykrzywionych wiekiem. Za młodu brała do tych dłoni włócznię. Większość kobiet to czyniła, dopóki nie wyszły za mąż. Jak jakakolwiek kobieta mogła pozostać z tyłu, skoro Seanchanie wykorzystywali swe żołnierki i damane z taką skutecznością?

Słyszała różne opowieści o czasach jej matki i babki, ale wydawały się jej niewiarygodne. Wojna była wszystkim, co Ladalin kiedykolwiek poznała. Jej pierwsze wspomnienia, wspomnienia małej dziewczynki, dotyczyły najazdów z Almoth. Młodość spędziła na szkoleniu się. Brała udział w bitwach, których przedmiotem było panowanie nad krainą nazywająca się wonczas Łza.

Ladalin wyszła za mąż i wychowała dzieci, ale każdy swój oddech skupiała na konflikcie. Aielowie albo Seanchanie. Jedni i drudzy wiedzieli, że ostatecznie ostanie się tylko jedna z ich obu nacji.

W coraz większym stopniu zanosiło się na to, że to Aielowie zostaną stąd siłą przegnani. Na tym polegała kolejna różnica między jej czasami a czasami jej matki. Matka nie opowiadała o porażkach. Całe życie Ladalin było przepełnione aktami odwrotu i rezygnacji.

Pozostali w namiocie zdawali się pogrążeni w jakichś myślach. Trzej wodzowie klanów i dwie Mądre. Tylko oni jeszcze pozostali w Radzie Dwudziestu Dwóch. Wyżynne wiatry przeciskały się między klapami namiotu, wionąc jej chłodem w plecy. Tamaav stawił się ostatni. Wyglądał równie staro, jak ona się czuła, zwłaszcza przez tę twarz pokiereszowaną w bitwach i brak lewego oka. Przysiadł na kamieniu. Aielowie już nie nosili z sobą ani poduszek, ani dywaników. Transportować można było jedynie rzeczy niezbędne.

- Biała Wieża padła - oznajmił. - Moi zwiadowcy poinformowali mnie o tym niespełna godzinę temu. Ja im ufam. - Zawsze był człowiekiem mówiącym wprost, co ma na myśli. Przyjaźnił się blisko z jej mężem, który poległ w walce rok wcześniej.

- W takim razie upadła nasza ostatnia nadzieja - orzekł Takai, najmłodszy z wodzów. Był już trzecim wodzem klanu Miagoma w ciągu niewielu lat.

- Nie mów tak - zaprotestowała Ladalin. - Zawsze jest jakaś nadzieja.

- Zagnali nas aż do tych przeklętych gór - odparował Takai.

- Shiande i Daryne przestali istnieć, a zatem pozostało już tylko pięć klanów, przy czym jeden z nich dał się złamać i rozproszyć. Jesteśmy pokonani, Ladalin.

Tamaav westchnął. Ileś lat wcześniej, gdyby czasy były inne, złożyłaby ślubny wianek u jego stóp. Jej klan potrzebował wodza. Jej syn wciąż rozważał możliwość, iż mógłby się nim stać, ale od niedawnego przejęcia Rhuidean przez Seanchanów klany nie bardzo wiedziały, jaką metodą winny wybierać nowych przywódców.

- Trzeba nam się wycofać do Ziemi Trzech Sfer- rzekła Mora swym cichym, statecznym głosem. - I szukać pokuty za nasze grzechy.

- Jakie grzechy? - żachnął się Takai.

- Smok pragnął pokoju - odparła.

- Smok nas porzucił! - wybuchnął Takai. - Nie godzę się na przywoływanie wspomnień o człowieku, którego moi dziadkowie ledwie znali. Nie przysięgaliśmy, że będziemy postępowali zgodnie z tym jego głupim paktem. My…

- Pokój, Takai - upomniał go Jorshem. Trzeci wódz był niskim mężczyzną o jastrzębiej twarzy; odziedziczył nieco andorańskiej krwi po swym dziadku. - Obecnie jedynie Ziemia Trzech Sfer kryje w sobie jakąkolwiek dla nas nadzieję. Wojna przeciwko Krukom została przegrana.

W namiocie zrobiło się martwo.

- Zagrozili, że będą na nas polować - powiedział Takai. - Kiedy żądali kapitulacji, ostrzegli, że nie powinniśmy się wycofywać. Wiecie o tym. Zapowiedzieli, że zniszczą każde miejsce, w którym zbierze się bodaj troje Aielów.

- My się nie poddamy - oznajmiła stanowczo Ladalin. Bardzo stanowczo mimo przepełniających ją obaw, uczciwie powiedziawszy.

- Kapitulacja uczyniłaby z nas gai’shain - stwierdził Tamaav. Takim słowem określali kogoś bez honoru, ale matka Ladalin nie w takim sensie go używała. - Ladalin. Jaka jest twoja rada?

Pozostała czwórka spojrzała na nią. Wywodziła się z rodu Smoka, ostatniego z żyjących. Pozostałe trzy rody zostały wybite w pień.

- Jeśli staniemy się niewolnikami Seanchanów, wówczas Aielowie jako naród przestaną istnieć- powiedziała. - Nie możemy zwyciężyć, a zatem musimy się wycofać. Powrócimy do Ziemi Trzech Sfer i odbudujemy naszą siłę. Może nasze dzieci będą mogły podjąć walkę za nas, skoro my nie możemy.

Znowu milczenie. Wszyscy wiedzieli, że jej słowa to w najlepszym razie wyraz optymizmu. Po iluś dziesiątkach lat trwania tej wojny liczba Aielów zmalała do zaledwie ułamka owej rzeszy stanowiącej niegdyś ich naród.

Przenoszące Seanchanów były brutalnie skuteczne. Wprawdzie Mądre i Zrodzeni ze Smoka korzystali z Jedynej Mocy podczas bitwy, a jednak to nie wystarczało. Te przeklęte a’dam! Każdy przenoszący Aiel, którego pojmano, ostatecznie obracał się przeciwko własnemu narodowi.

Prawdziwym punktem zwrotnym w wojnie było wciągnięcie w nią innych nacji. Od tego momentu Seanchanie mogli chwytać do niewoli ludzi z mokradeł i wyłuskiwać kolejnych przenoszących z ich szeregów. Kruki były nie do powstrzymania, a teraz, kiedy padło Tar Valon, każde królestwo na mokradłach stawało się poddanym Seanchanów. Jedynie Czarna Wieża jeszcze walczyła, ale Asha’mani czynili to w sekrecie, bo ich forteca padła wiele lat wcześniej.

Aielowie nie mogli walczyć w sekrecie. W tym nie było żadnego honoru. Ale, rzecz jasna, co teraz znaczył honor? Po tym, jak śmierć skosiła setki tysięcy? Po tym, jak spłonęło Cairhien, a Illian zostało ze szczętem spustoszone? Minęło dwadzieścia lat, odkąd Seanchanie zdobyli andorańskie machiny wojenne. Aielowie od dziesiątków lat zmierzali do porażki. Tylko dzięki swej nieugiętości przetrwali tak długi czas.

- To jego wina - powiedział Takai, z wciąż posępną miną. - Car’a’carn mógł nas poprowadzić do chwały, ale on nas porzucił.

- Jego wina? - powtórzyła Ladalin, zrozumiawszy, być może po raz pierwszy, co jest złego w takim stwierdzeniu. - Nie. Aielowie przyjmują odpowiedzialność za siebie samych. To nasza wina, a nie mojego odległego przodka. Zapomnieliśmy, kim jesteśmy. Nie mamy honoru.