„Mamy ją” - pomyślała Oncala, uśmiechając się. Wiedziała już, jaka będzie odpowiedź królowej. Cała sztuka polegała na skłonieniu jej do podjęcia działania.
Hehyal przytaknął i oboje się wycofali. Oncala musiała się powstrzymywać, żeby nie wrzasnąć triumfalnie. Skoro Andor przystąpił do wojny, to w takim razie inne narody pójdą jego śladem, zwłaszcza te uczestniczące w Pakcie Gryfa i te podległe Dworowi Słońca. Patrzyli na królową Andoru tak, jak inne klany Aielów patrzyły na Oncalę. Krew Randa al’Thora miała w sobie wielki ciężar.
- Czy tak jest dobrze? - spytał Hehyal, kiedy wędrowali korytarzami pałacu, otoczeni swoimi włóczniami, które w ten sposób chroniły ich przed wścibskimi uszami.
Oncala obruszyła się.
- Taki był twój plan.
Przytaknął, krzywiąc się.
Wszystko, co powiedział królowej, było prawdą. Ich honor pozostał nieskażony. Niemniej Hehyal zachował w tajemnicy jeden z odkrytych przez nich dokumentów. Ten, który tłumaczył, że pozostałe dokumenty to plany warunkowe.
Deskrypcje potencjału militarnego Andoru, sugestie co do tego, jak wykorzystywać bramy i smoki przy ataku na Caemlyn, spisek na rzecz zabicia królowej Talany - to wszystko zostało opracowane jedynie na wypadek przystąpienia Andoru do wojny. Stanowiły wstępne studium potencjalnego wroga, nie rzeczywisty plan napaści.
Co zasadniczo należało traktować jako jedno i to samo. Seanchanie byli podstępni jak węże. Ostatecznie zawładną Andorem i wtedy Aielowie już nie będą w stanie pomóc. Jeśli ta wojna potoczy się w złym kierunku, lud Oncali uda się do Ziemi Trzech Sfer i porzuci tych głupich mieszkańców mokradeł na pastwę najeźdźcy. Seanchanie przekonają się, że z Aielami nie da się walczyć na ich ojczystej ziemi.
Dla królowej Talany będzie znacznie lepiej, jeśli przystąpi do wojny już teraz. Nie powinna nigdy zobaczyć tego jednego dokumentu, dla jej własnego dobra.
- Dokonało się - stwierdził Hehyal. - Już teraz nie ma miejsca na pytania.
Oncala przytaknęła. Seanchanie poniosą sromotną porażkę i Aielowie zajmą swe prawowite miejsce. W żyłach Oncali płynęła krew Smoka Odrodzonego. Zasługiwała na to, by zostać władczynią.
Na samym końcu tego wszystkiego powstanie nie Imperium Kruków, lecz Imperium Smoka.
- Nie chcę już iść dalej - powiedziała Aviendha do pustego, szklanego lasu.
Wiejący dotąd lekki wiatr przycichł zupełnie. Jej wypowiedź została powitana milczeniem. Łzy Aviendhy naznaczyły pył pod jej stopami, jak krople deszczu.
- Tamta… istota nie miała honoru - dodała po chwili. - Ona nas zniszczyła.
Najgorsze było to, że ta kobieta - Oncala - rozmyślała o matce swojej matki. O swojej babce. W jej głowie kryła się twarz umocowana do tego tytułu. Aviendha ją rozpoznała.
Rozpoznała swoją własną twarz.
Wzdrygnąwszy się, z przymkniętymi oczami dała kolejny krok naprzód, w stronę samego środka lśniących promieniście kolumn.
Nazywała się Padra, była córką Smoka Odrodzonego, dumną Panną Włóczni. Wyszarpnęła swą broń z karku umierającego Seanchanina, a potem przyglądała się, jak pozostali uciekają przez swoją bramę.
„Oby Światłość przeklęła tego, kto nauczył Seanchanów Podróżowania” - pomyślała Padra. „Nawet jeśli ich sploty nie są zbyt eleganckie”.
Była przekonana, że żadna żyjąca istota nie rozumie Jedynej Mocy tak, jak ona i jej rodzeństwo. Od małego dziecka potrafiła tkać sploty, podobnie jej bracia i siostra. Dla nich to było coś naturalnego i wszyscy inni przenoszący w porównaniu z nimi wydawali się niezdarni.
Starała się nie wypowiadać w takim tonie. Aes Sedai i Mądre nie lubiły, jak im przypominano o ich niedociągnięciach. Niemniej miały takie.
Padra dołączyła do swoich sióstr włóczni. Wciąż czuła ból po stracie tej z nich, której martwe ciało pozostało na trawie. Tarra z Taardad Aiel. Będzie zapamiętana. Ale honor był po ich stronie, zabiły bowiem ośmiu seanchańskich żołnierzy.
Utkała bramę - prędzej, niż zdążyła pomyśleć. Jedyną Moc obejmowała zawsze, nawet podczas snu. Nigdy się nie przekonała, jak to jest, gdy nie ma się w jakimś zakamarku umysłu krzepiącej, wartkiej Mocy. Inni twierdzili, że boją się zostać pochłonięci przez Moc, ale czy to było możliwe? Saidar stanowił taką samą część jej ciała jak ręka albo noga. Czy można zostać pochłoniętym przez własne tkanki, kości i krew?
Brama wiodła do obozu Aielów, rozbitego w krainie, która zwała się Arad Doman. Ten obóz nie był miastem. Aielowie nie mieli miast. Ale to był bardzo duży obóz i prawie od dziesięciu lat trwał w jednym miejscu. Padra szła przez trawę i Aielowie w swoich cadin’sor okazywali jej swój respekt. Padra i jej rodzeństwo, jako dzieci Smoka, stali się kimś ważnym dla Aielów.
Nie arystokratami - taki koncept przyprawiał ją o mdłości. Była jednak kimś więcej niż zwyczajni algai’d’siswai. Wodzowie klanów zasięgali rady u niej i jej rodzeństwa, a Mądre darzyły ich szczególnym zainteresowaniem. Pozwalały jej przenosić, choć nie była jedną z nich. Prędzej przestałaby oddychać niż przenosić.
Odprawiła swe siostry włóczni, po czym ruszyła w stronę namiotu Ronama. Wódz klanu - syn Rhuarca - musiał usłyszeć jej raport. Weszła tam i ze zdziwieniem spostrzegła, że Ronam nie jest sam. Na dywanikach siedziała grupa mężczyzn, sami wodzowie klanów. Razem z nimi byli tam także jej bracia i siostry.
- Padra! - powiedział Ronam. - Wróciłaś.
- Mogę przyjść innym razem, Ronam - odparła.
- Nie, jesteś potrzebna na tym spotkaniu. Siądź i skorzystaj z mojego cienia.
Padra skłoniła głowę w podziękowaniu za honor, jaki jej okazał. Usiadła między Alarchem i Janduinem, jej braćmi. Mimo że byli czworaczkami, razem z nią i jej siostrą, to jednak nie łączyło ich podobieństwo. Alarch wyglądał bardziej na mieszkańca mokradeł i miał ciemne włosy. Janduin był wysokim blondynem. U jego drugiego boku siedziała Marinna, ich druga siostra, drobnej budowy i obdarzona krągłą twarzą.
- Powinnam donieść - rzekła Padra do Ronama - że seanchański patrol był tam, gdzie się spodziewaliśmy. Wciągnęliśmy ich do walki.
Odpowiedziało jej niespokojne szemranie.
- Nie jest to wbrew Pokojowi Smoka, że weszli do Arad Doman - zauważył Tavalad, wódz klanu z Goshien Aiel.
- Ani też nie jest to z naszej strony nic złego, iż zabiłyśmy ich za to, że podeszli tak blisko, wodzu klanu - odparła Padra. - Aielowie nie są związani Pokojem Smoka. Jeśli Seanchanie chcą ryzykować poprzez lustrowanie naszego obozowiska, to muszą sobie uświadomić, że to jest ryzykowne.
Kilku innych - więcej, niż oczekiwała - przytaknęło, usłyszawszy jej opinię. Zerknęła na Janduina, który z kolei uniósł brew. Ukradkiem podniosła dwa palce. Dwaj Seanchanie zginęli od jej włóczni. Z chęcią pojmałaby ich do niewoli, ale Seanchanie nie zasłużyli na to, by stać się gai’shain. Ponadto byli z nich okropni więźniowie. Lepiej oszczędzić im wstydu i pozwolić umrzeć.
- Przyszliśmy tu, żeby coś rzec, i powinniśmy to teraz wypowiedzieć - oznajmił Alalved, wódz Tomanelle Aiel.
Padra przeprowadziła prędkie obliczenia. Stawiło się wszystkich jedenastu wodzów, w tym także ci, którzy złożyli przysięgi krwi przeciwko sobie. Takiego spotkania nie było od lat, od czasu, gdy jej ojciec szykował się do Ostatniej Bitwy.
- A cóż takiego przybyliśmy powiedzieć? - spytał jeden z pozostałych.
Alalved potrząsnął głową.
- Włócznie się coraz bardziej niecierpliwią. Rzeczą Aielów nie jest uprawa roli i nabieranie sadła na plennych ziemiach. Jesteśmy wojownikami.
- Smok prosił o pokój - zauważył Tavalad.
- Smok prosił innych o pokój - odparł Alalved. - Aielów tu wykluczył.
- To prawda - poparł go Darvin, wódz Reyn.
- Czy mamy znowu napadać wzajem na siebie po tych wszystkich latach zawieszenia naszych waśni krwi? - spytał cicho Ronam. Był znakomitym wodzem klanu, w sporej mierze podobnym do Rhuarca. Roztropnym, a przy tym takim, który nie wzdragał się przed bitwą.