- Jaki byłby w tym sens? - odparł mu pytaniem Shedren, wódz Daryne Aiel.
Inni mu przytaknęli. Ale to z kolei wiązało się z jeszcze większym problemem, tym, o którym często mówiła jej matka. Co znaczyło bycie Aielem teraz, kiedy już spełnili swój obowiązek względem przeszłości, skoro ich toh jako narodu zostało oczyszczone?
- Jak długo możemy czekać - powiedział Alalved - wiedząc, że trzymają w niewoli kobiety Aielów za pomocą tych swoich bransolet? Tyle lat minęło, a tymczasem oni wciąż odrzucają wszelkie oferty zapłaty i targu! Odpowiadają na naszą obyczajność chamstwem i zniewagami.
- Nie urodziliśmy się, by żebrać - rzekł sędziwy Bruan. - Aielowie staną się niebawem mieszkańcami mokradeł karmionymi mlekiem.
Wszyscy mu przytaknęli. Mądry Bruan doświadczył Ostatniej Bitwy.
- Gdyby tylko seachańska imperatorowa… - Ronam potrząsnął głową, a Padra wiedziała, co on ma na myśli. Stara imperatorowa, ta, która panowała w czasach Ostatniej Bitwy, była przez ojca Ronama uważana za kobietę honoru. Powiadano, że byli z nią bliscy osiągnięcia porozumienia. Ale minęło wiele lat od jej rządów.
- Wszelako włócznie ścierają się z włóczniami - podjął Ronam - nasi ludzie walczą, kiedy się z sobą spotykają. Taka jest nasza natura. Jeśli Seanchanie nie chcą słuchać głosu rozumu, to z jakiej przyczyny mielibyśmy pozwalać, żeby robili, co chcą?
- Tak czy owak, Pokój Smoka nie utrzyma się długo - stwierdził Alalved. - Potyczki między narodami wybuchają na porządku dziennym, tyle że nikt o nich nie mówi. Car’a’carn wymógł obietnice na monarchach, ale obecnie nikt ich nie przestrzega. Wielu mieszkańców mokradeł nie da się trzymać za słowo i obawiam się, że Seanchanie pożrą ich, kiedy będą się handryczyć.
Wielu przytaknęło. Jedynie Darvin i Tavalad zdawali się nieprzekonani.
Padra wstrzymała oddech. Oni wiedzieli, że tak będzie. Że będą starcia z Seanchanami, że klany będą się niecierpliwić. Marzyła o tym dniu, a jednocześnie się go obawiała. Jej matka zdobyła wielkie ji w bitwie. Padra miała niewiele sposobności, by dowieść, ile sama jest warta.
Wojna z Seanchanami… ta wizja tchnęła w nią życie. Ale oznaczała także liczne śmierci.
- Co mówią dzieci Smoka? - spytał Ronam, patrząc na ich czworo.
To się nadal wydawało takie dziwne, że ci starsi tak się z nią liczą. Sprawdziła saidara, bezpiecznie usadowionego w zakamarku jej umysłu, i zaczerpnęła z niego siły. Co ona by bez niego zrobiła?
- Ja twierdzę, że winniśmy odzyskać te z nas, które utknęły w seanchańskiej niewoli - oświadczyła Marinna. Szkoliła się na Mądrą.
Alarch z niepewną miną zerknął na Janduina. Często radził się swego brata.
- Aielowie muszą mieć cel - rzekł Janduin, kiwając głową. - Z takich, jakimi jesteśmy, nie ma pożytku, a poza tym nie obiecywaliśmy, że nie będziemy atakować. To, że czekaliśmy tak długo, zaświadcza o naszej cierpliwości i o naszym szacunku do mojego ojca.
Spojrzenia wszystkich przeszły na Padrę.
- To są nasi wrogowie - powiedziała.
Zgromadzeni mężczyźni przytaknęli, jeden po drugim. Wydawało się, że ma nic prostszego, niż tylko zakończyć te wszystkie lata czekania.
- Idźcie do swoich klanów. - Ronam powstał. - Przygotujcie ich.
Padra nadal siedziała, kiedy inni się żegnali, jedni posępni, inni ożywieni. Siedemnaście lat bez bitwy to za długo dla Aielów.
Niebawem namiot opustoszał. Pozostała w nim jedynie Padra. Czekała, wpatrując się w leżący przed nią dywanik. Wojna. Była podniecona, ale też po części spochmurniała. Miała wrażenie, że popchnęła klany na ścieżkę, która ich odmieni na zawsze.
- Padra? - odezwał się czyjś głos.
Odwróciła się i zobaczyła Ronama stojącego w wejściu do namiotu. Zaczerwieniła się i wstała. Miał dziesięć lat więcej niż ona, ale był dość przystojny. Nigdy nie wyrzekłaby się włóczni, to oczywiste, ale gdyby tak…
- Zdajesz się zatroskana - zauważył.
- Po prostu rozmyślałam.
- O Seanchanach?
- O swoim ojcu - odparła.
- Ach tak. - Ronam przytaknął. - Pamiętam, jak po raz pierwszy przybył do Siedziby Zimnych Skał. Byłem bardzo młody.
- I jak go odebrałeś?
- Był człowiekiem, który robił wrażenie - odrzekł Ronam.
- I tylko to?
Potrząsnął głową.
- Przykro mi, Padra, ale nie spędziłem przy nim wiele czasu. Moja ścieżka zawiodła mnie gdzie indziej. Ale słyszałem różne rzeczy od mojego ojca.
Przekrzywiła głowę.
Ronam odwrócił się i wyjrzał przez rozchylone klapy namiotu na połać zielonej trawy.
- Mój ojciec nazywał Randa al’Thora mądrym człowiekiem i wielkim przywódcą, ale twierdził, że on nie wie, co zrobić z Aielami. Pamiętam, jak mówił, że kiedy Car’a’carn przebywał z nami, to nie sprawiał wrażenia jednego z nas. Że czuł się jakby skrępowany w naszej obecności. - Dla wszystkich opracowano plany, tymczasem Aielom nie wyznaczono celu.
- Niektórzy twierdzą, że winniśmy byli wrócić do Ziemi Trzech Sfer - zauważyła.
- Nie - odparł Ronam. - Nie, to by nas zniszczyło. Nasi ojcowie nie wiedzieli nic o parowych koniach czy też smoczych tubach. Gdyby Aielowie powrócili do Pustkowia, to wtedy przestalibyśmy się liczyć. Świat by nas omijał i zniknęlibyśmy jako naród.
- Ale wojna?- powiedziała. - Czy tak będzie właściwie?
- Nie wiem - przyznał cicho Ronam. - Jesteśmy Aielami. Wojna to coś, na czym się znamy.
Padra przytaknęła, czując teraz więcej pewności.
Aielowie znowu pójdą na wojnę. I będzie w tym moc honoru.
Aviendha zamrugała. Niebo było ciemne.
Czuła się wyczerpana. Miała pusty umysł i rozwarte serce, które jakby traciło siły, wykrwawiając się z każdym uderzeniem. Siedziała na ziemi pomiędzy gasnącymi kolumnami. Jej… dzieci. Pamiętała ich twarze ze swej pierwszej bytności w Rhuidean. Ale tych zdarzeń wtedy tam nie widziała. A w każdym razie pamięć niczego takiego jej nie podsuwała.
- Czy tak zostało zadecydowane bezpowrotnie? - spytała na głos. - Czy jednak możemy to zmienić?
Oczywiście nie usłyszała żadnej odpowiedzi.
Płakała suchymi łzami. Jak się powinno reagować na widok całkowitej destrukcji - nie, całkowitego rozpadu - własnego ludu? Każdy krok wydawał się logiczny dla ludzi, którzy go przedsiębrali. A jednak te kroki przybliżały Aielów do ich końca.
Czy ktokolwiek powinien oglądać tak straszliwe wizje? Bardzo żałowała, że weszła ponownie do szklanego lasu. Czy należało ją samą obwiniać za to, co miało się zdarzyć? To jej ród miał poprowadzić Aielów do zguby.
Kiedy przechodziła przez kręgi podczas pierwszej wyprawy do Rhuidean, objawiły jej się wizje całkiem innej natury. Tamte były tylko możliwe. Tymczasem wizje, które zobaczyła tego dnia, zdawały się bardziej realne. Czuła się niemalże pewna, że to, czego doświadczyła, nie jest zwyczajnie jedną z możliwości. Że to, co zobaczyła, naprawdę się wydarzy. Że honor będzie wyciekał z jej ludzi. Że Aielowie, krok po kroku, będą się przeobrażali z dumnych w nędznych.
Musiało być coś więcej. Zagniewana wstała z miejsca i zrobiła jeszcze jeden krok. Nic się nie wydarzyło. Doszła do samego skraju lasu, po czym obróciła się, zupełnie rozwścieczona.
- Pokaż mi więcej - zażądała. - Pokaż mi, co takiego zrobiłam, żeby to spowodować! To mój ród doprowadził nas do ruiny! Jaki jest mój w tym udział?
Znowu weszła między kolumny. Wyciągnęła rękę i dotknęła jedną z nich, ale nie było w niej życia. Żadnego szumu, żadnego poczucia, że tu kryje się Moc. Zamknęła oczy, wyciskając jeszcze po jednej łzie z obu kącików. Te łzy ściekły jej po twarzy, pozostawiając dwie zimne, wilgotne kreski na policzkach.