Выбрать главу

- Czy ja to mogę zmienić? - spytała.

Jeśli nie mogę - pomyślała - to czy to mnie powstrzyma od próbowania?”.

Odpowiedź brzmiała prosto. Nie. Nie będzie mogła żyć, jeśli nie zrobi czegoś, co odwróci ten los. Przybyła do Rhuidean w poszukiwaniu wiedzy. No i cóż, dano jej tę wiedzę. I to pod dostatkiem, więcej niż chciała.

Otwarła oczy i zazgrzytała zębami. Aielowie brali na siebie odpowiedzialność. Aielowie walczyli. Aielowie bronili honoru. Jeśli ona była tą jedyną, która znała koszmary przyszłości, to w takim razie jej obowiązkiem - jako Mądrej - było działać. Uratuje swój naród.

Wyszła ze szklanego lasu, po czym poderwała się do biegu. Musiała natychmiast wrócić, naradzić się z innymi Mądrymi. Ale przede wszystkim potrzebowała chwili wyciszenia, na Ziemi Trzech Sfer. Potrzebowała czasu, żeby pomyśleć.

50.

Wybór wroga.

Elayne wierciła się niespokojnie, dłonie miała splecione na podołku, nasłuchiwała odległych huków. Na audiencję specjalnie wybrała komnatę tronową, zamiast znacznie mniej ceremonialnej Sali audiencyjnej. Dziś świat musiał widzieć w niej królową.

Komnata tronowa była imponująca - majestatyczne kolumny, obfite zdobienia. Pozłacane stojące lampy płonęły w dwu rzędach pod przeciwległymi ścianami, ustępując miejsca jedynie kolejnym kolumnom. Przed nimi pełnili straż Gwardziści w biało-czerwonych kaftanach, lśniły wypolerowane napierśniki. Barwie marmuru kolumn odpowiadały kolory grubego czerwonego dywanu, z utkanym w środku Lwem Andoru. Dywan biegł prosto pod tron, na którym siedziała Elayne w Różanej Koronie. Ubrana była raczej tradycyjnie, przynajmniej w porównaniu z tym, co się obecnie na dworze nosiło: szerokie rękawy z mankietami tak zaprojektowanymi, żeby spływały na wysadzane złotem oparcia pod dłonią.

Tej koncepcji estetycznej odpowiadał też stanik sukni - dostatecznie wysoki, żeby nie było mowy o nieskromności, a jednak dostatecznie wcięty, żeby nie było wątpliwości, iż królowa jest kobietą. Wciąż niezamężną. Matka poślubiła pewnego Cairhienianina we wczesnym okresie swoich rządów. Pozostali mogą się zastanawiać, czy Elayne nie planuje podobnego ruchu w celu umocnienia swej władzy.

Rozległ się kolejny odległy huk. Powoli już przyzwyczajała się do odgłosu strzelających smoków. I wyraźnie odróżniała go od łomotu burzowych grzmotów - smoki gadały niższym i bardziej regularnym tonem.

Nauczono ją ukrywać zdenerwowanie. Najpierw jej nauczyciele, potem Aes Sedai. Cokolwiek ludzie sobie wyobrażali, Elayne Trakand potrafiła zapanować nad emocjami, gdy pojawiła się taka potrzeba. Teraz jej dłonie spokojnie spoczywały na podołku, rozluźniła mięśnie szczęk. Okazanie nerwowości byłoby czymś znacznie gorszym niż zdradzenie się z gniewem.

Obok tronu w specjalnie przyniesionym fotelu statecznie siedziała Dyelin. Jej złote włosy rozpuszczone spływały na ramiona. W skupieniu pochylała się nad tamborkiem z haftem. Twierdziła, że ją to uspokaja, daje zajęcie dłoniom, pozwalając myślom swobodnie płynąć. Matki Elayne nie było. Dziś jej obecność mogła się okazać niepokojąca.

Elayne nie mogła sobie pozwolić na ten luksus co Dyelin. Musiała być władczynią. Na całe nieszczęście „bycie władczynią” często sprowadzało się do siedzenia na tronie, z pełnymi determinacji i królewskiego spojrzenia oczami wbitymi w przestrzeń. I czekania. Z pewnością pokaz musiał już dobiec końca?

Kolejny huk. A więc pewnie nie.

Z salonu przy komnacie tronowej dobiegały ją szmery cichej rozmowy. Głowy tych Domów, które jeszcze pozostały w Caemlyn, otrzymały zaproszenie od królowej do omówienia wymogów sanitarnych, jakimi należało objąć rozrastające się podgrodzie. Spotkanie miało się rozpocząć, gdy wybije piąta, niemniej w zaproszeniu napisano wyraźnie, iż goście proszeni są o przybycie dwie godziny wcześniej.

Dobór słów w zaproszeniu był chyba dość czytelny. Elayne zajmowała się dzisiaj ważnymi sprawami i zapraszała Głowy Domów wcześniej, aby mogły cieszyć się legalnym podsłuchiwaniem. Służba dbała o nich, donosząc napitki i niewielkie półmiski z mięsem i owocami. Zapewne rzeczona rozmowa obejmowała głównie spekulacje na temat tego, co im dzisiaj zdradzi.

Gdyby tylko wiedzieli. Elayne panowała nad dłońmi, które wciąż spokojnie spoczywały na podołku. Dyelin w skupieniu haftowała, mlaskając językiem za każdym razem, gdy wzięła niewłaściwą pętelkę.

Po okresie omalże nieznośnego oczekiwania smoki wreszcie umilkły, a Elayne poczuła w więzi wracającą do pałacu Birgitte. Włączenie jej w skład grupy uczestniczącej w pokazie było najlepszym sposobem, aby wiedzieć z góry, kiedy tamci wrócą. Porządek i harmonogram czasowy był dzisiaj kwestią krytyczną. Elayne kilkukrotnie nabrała tchu, a potem wypuściła oddech, żeby się uspokoić. Idą. Birgitte była już z pewnością na terenie pałacu.

Elayne skinęła głową kapitanowi Gyubonowi. Czas przyprowadzić więźniów.

Chwilę później w komnacie pojawił się oddział Gwardzistów, prowadząc trzy osoby. Pociągająca nosem Arymilla mimo niewoli była wciąż pulchna. Starsza kobieta była piękna albo przynajmniej mogłaby być, gdyby nie odzienie, na które składały się łachmany. Wielkie brązowe oczy rozszerzał strach. Jakby wciąż sądziła, że Elayne ją straci.

Elenia zdecydowanie lepiej panowała nad sobą. Jak pozostałym, odebrano jej świetną suknię i dano w zamian podarte łachy, niemniej twarz miała czystą, a włosy upięła w schludny kok. Elayne nie głodziła ani nie dręczyła więźniów. Byli wprawdzie jej wrogami, ale z pewnością nie byli zdrajcami Andoru.

Elenia przyjrzała jej się uważnie. Rysy jej lisiej twarzy ściągnięte były w namyśle. Kalkulowała różne możliwości. Czy wiedziała, gdzie się zapodziała armia jej męża? Te siły zdawały się Elayne ukrytym nożem, którego czubek ktoś przyciska do jej pleców. Żaden z jej zwiadowców nie był w stanie ich znaleźć. Światłości! Problemy piętrzące się na problemach.

Trzecią z więźniarek była Naean Arawn, smukła, blada kobieta, której czarne włosy w niewoli zdecydowanie straciły swój połysk. Wydawała się złamana, zanim jeszcze trafiła w ręce Elayne. Trzymała się z dala od pozostałej dwójki.

Wszystkie trzy zostały doprowadzone do stóp podwyższenia, na którym stał tron, a potem siłą ciśnięte na kolana. Z korytarza dobiegały hałaśliwe głosy cairhieniańskiej szlachty wracającej z pokazu smoków. Sytuacja została tak zaaranżowana, że miało im się wydawać, iż przypadkiem nań trafili.

- Korona oświadcza, że stają przed nią: Naean Arawn, Elenia Sarand i Arymilla Marne - oznajmiła Elayne donośnym głosem. Tamci natychmiast umilkli: zarówno andorańska szlachta w salonie, jak i delegacja Cairhien na korytarzu.

Z trzech więźniarek jedynie Elenia odważyła się unieść wzrok. Elayne spojrzała jej w oczy wzrokiem twardym niczym kamień, a tamta zarumieniła się i natychmiast pochyliła głowę. Dyelin odłożyła haft i przyglądała się z uwagą całej scenie.

- Korona głęboko zastanawiała się nad losem waszej trójki - ciągnęła dalej Elayne. - Wasza pomylona wojna z Domem Trakand doprowadziła was do bankructwa, toteż żądania okupu zostały odrzucone przez waszych dziedziców i potomków. Własne Domy was porzuciły.

Słowa rezonowały po wielkiej komnacie. Klęczące przed nią kobiety pochyliły jeszcze głębiej karki.

- To postawiło koronę wobec dylematu - kontynuowała Elayne. - Irytujące są dla nas wasze kłopotliwe osoby. Być może są królowe, które skazałyby was na długoletnie uwięzienie, ale w naszych oczach oznaczałoby to raczej wyłącznie oznakę niezdecydowania. Nadwyrężałybyście zasoby mej szkatuły i prowokowały szepty o konieczności uwolnienia was.