- Rand? - cicho powiedziała Min.
To wytrąciło go z zamyślenia.
- Tak?
- Naprawdę jest, jak mówisz? Naprawdę masz czterysta lat?
- Przypuszczam, że mam prawie czterysta pięćdziesiąt. Zależy też, czy lata przeżyte w tym Wieku dodają się do tamtych? - Spojrzał na nią. - Martwisz się, co? Że już nie jestem sobą, mężczyzną, którego znałaś, głupim pasterzem.
- Wszystko to nosisz w swojej głowie, całą tę przeszłość…
- Tylko wspomnienia - sprostował Rand.
- Ale jesteś też jak on. Mówisz, jakbyś był tym, który podjął próbę zapieczętowania Sztolni. Jakbyś osobiście znał Przeklętych.
Przez jakąś chwilę jechali w milczeniu.
- Sądzę, że nim jestem. Ale, Min, musisz zrozumieć, że nawet jeśli jestem teraz nim, to on był przez cały czas mną. A z kolei ja zawsze nim. Tu się nic nie zmieni przez to, że teraz pamiętam… zawsze byłem tym samym człowiekiem. Jestem sobą. I zawsze byłem sobą.
- Lews Therin był szaleńcem.
- Dopiero w ostatnich chwilach życia - zauważył Rand. - Tak, prawda, popełnił błędy. To znaczy ja popełniłem błędy. Stałem się arogancki, poddałem się desperacji. Ale tym razem jest inaczej. Jest jedna wielka różnica.
- Jaka?
Uśmiechnął się.
- Tym razem zostałem lepiej wychowany.
Min odpowiedziała spontanicznym uśmiechem.
- Znasz mnie, Min. Cóż, oświadczam ci uroczyście, że czuję się obecnie znacznie lepiej niż przed kilkoma miesiącami. Czuję się bardziej sobą, niż kiedykolwiek tak się czułem, kiedy byłem Lewsem Therinem, jeżeli można w ogóle tak powiedzieć. To dzięki Tamowi, dzięki ludziom, których spotkałem i którzy mnie otaczają. Dzięki tobie, Perrinowi, Nynaeve, Matowi, Aviendzie, Elayne, Moiraine. On bardzo się starał, żeby mnie złamać. Myślę, że gdyby miał do czynienia z tym mną, którym byłem tak dawno temu, udałoby mu się.
Jechali właśnie przez łąkę otaczającą Far Madding. Jak wszędzie indziej, zieleni tu żadnej nie było, zastępowały ją żółcie i brązy. I z każdą chwilą było coraz gorzej.
„Udawajmy, że to tylko drzemka” - pomyślała Min. „Że ziemia nie umarła. Że tylko czeka na koniec zimy”.
Zimy wojen i burz. Jadący z tyłu Narishma w pewnej chwili syknął cicho. Min obejrzała się w jego stronę. Twarz Asha’mana pobladła. Najwyraźniej wjechali w sferę wpływu Wartowników. Po Randzie jednak nie było nic znać. Min przypomniała sobie, że ostatnimi czasy nie męczyły go też mdłości, które pojawiały się wcześniej, gdy dłużej przenosił Moc. Ale być może po prostu nauczył się je ukrywać?
Skupiła myśli na czekającym ich zadaniu. Dowódcy armii Pograniczników nigdy nie wyjaśnili, dlaczego wystąpili przeciwko obyczajowi i logice, ruszając na południe w poszukiwaniu Randa. Skoro to na północy byli rozpaczliwie potrzebni? Interwencja Randa uratowała Maradon, a przynajmniej to, co z miasta zostało, lecz tego rodzaju rzeczy działy się na całej granicy z Ugorem…
Dwudziestu żołnierzy z podniesionymi w górę lancami, na których krwistoczerwone sztandary łopotały jak proporce, zatrzymało oddział Randa daleko przed perymetrem obozowiska armii.
- Randzie al’Thor - oznajmił jeden z jeźdźców. - Reprezentujemy Unię Ziem Granicznych. Będziemy cię eskortować.
Ran skinął głową na zgodę i orszak ruszył dalej, odtąd już w towarzystwie eskorty.
- Nie tytułowali cię Lordem Smokiem - szepnęła Min do Randa.
Zamyślił się. Być może Pogranicznicy nie wierzyli, że naprawdę był Smokiem Odrodzonym.
- Nie okazuj im arogancji, Randzie al’Thor - powiedziała Cadsuane, która przed chwilą podprowadziła swojego wierzchowca i teraz jechała obok nich. - Ale też nie ustępuj zanadto. Większość Pograniczników potrafi dostrzec siłę człowieka i odpowiednio na nią zareagować.
A więc tak. Cadsuane już nie nazywała Randa „chłopcem”. To był już jakiś sukces i na myśl o tym Min uśmiechnęła się.
- Będę trzymała tę bramę w pogotowiu - ciągnęła dalej Cadsuane, przyciszając głos. - Ale na zbyt wiele nie licz. Trzeba będzie się czołgać, większych możliwości moja Studnia nie stwarza. Tylko że moim zdaniem okaże się niepotrzebna. Ci ludzie pójdą za tobą w bój. Będą chcieli za ciebie walczyć. Tylko jakaś skrajna głupota mogłaby sprawić, że zdecydują inaczej.
- Tu chodzi o coś więcej, Cadsuane Sedai - odparł Rand, również szeptem. - Coś ich zmusiło do wyruszenia na południe. Spotkanie z nimi będzie miało charakter rozstrzygający, a ja nie wiem, co się będzie rozstrzygać ani jak mam się zachować. Ale dziękuję ci za radę.
Cadsuane pokiwała głową. Min natomiast dostrzegła wreszcie grupę oczekujących ich ludzi. Stali na czele ustawionej w ordynku armii. Za nimi znajdowały się szeregi zbrojnych: Saldaeanie na pałąkowatych nogach, Shienaranie z kosmykami włosów na wygolonych czaszkach, Arafelianie z dwoma mieczami przytroczonymi do pleców, Kandorianie o rozwidlonych brodach.
Oczekujący ich nie mieli wierzchowców. Odziani byli w znakomite szaty. Dwie kobiety, dwóch mężczyzn, oprócz nich paru giermków z tyłu oraz parę kobiet, które zapewne musiały być Aes Sedai.
- Ta z przodu to królowa Ethenielle - szepnęła Cadsuane. - Kobieta surowa, lecz sprawiedliwa. Znana jest z tego, że lubi się wtrącać w sprawy południowych krain, podejrzewam, że w związku z tym pozostali jej powierzyli główną rolę w rozmowie z tobą. Ten przystojny mężczyzna obok niej to Paitar Nachiman, król Arafel.
- Przystojny? - zdziwiła się Min, przyglądając się łysiejącemu Arafielianinowi. - On?
- Wszystko zależy od punktu widzenia, dziecko - odparła Cadsuane gładko. - Kiedyś powszechnie uważano, że ma piękną twarz, dalej cieszy się reputacją świetnego szermierza. Obok niego stoi król Easar Togita z Shienaru.
- Taki smutny - cichym głosem zauważył Rand. - Kogoś ostatnio stracił?
Min zmarszczyła brwi. W jej oczach Easar nie wyglądał wcale na szczególnie smutnego. Raczej na pełnego uroczystej powagi, być może.
- Jest Pogranicznikiem - zbagatelizowała sprawę Cadsuane. - Całe życie walczył z Trollokami, przypuszczam, że podczas tych walk mógł stracić niejedną osobę bliską sercu. Kilka lat temu umarła jego żona. Mówi się o nim, że ma duszę poety, lecz jest człowiekiem surowych zasad. Gdyby udało ci się zdobyć jego szacunek, to by dużo znaczyło.
- A więc ostatnia z czwórki to Tenobia - stwierdził Rand, drapiąc się po podbródku. - Cały czas nie mogę odżałować, że nie ma z nami Bashere’a. - Bashere jednak upierał się, że widok jego oblicza mógłby wzbudzić gniew Tenobii, i Rand postanowił go w tej sprawie posłuchać.
- Tenobia - dodała Cadsuane - jest jak pożar lasu. Młoda, bezczelna i lekkomyślna. Nie daj się jej wciągnąć w kłótnię.
Rand pokiwał głową.
- Min?
- Nad głową Tenobii widzę zawieszoną włócznię - powiedziała Min. - O zakrwawionym grocie, niemniej lśniącą w świetle. Ethenielle wkrótce wyjdzie za mąż… wizja ukazuje mi dwa białe gołębie. Na dzisiaj ułożyła sobie jakiś niebezpieczny plan, więc uważaj. Pozostali mają nad głowami rozmaite miecz, tarcze i strzały. Wkrótce czeka ich bój.
- Chodzi o Ostatnią Bitwę? - zapytał Rand.
- Nie mam pojęcia - przyznała. - Może już dzisiaj, tutaj.
Eskorta doprowadziła ich przed oblicza czworga monarchów. Rand zsiadł z siodła, poklepał Tai’daishara po karku, koń parsknął. Min już chciała zrobić to samo, podobnie jak Narishma, ale Rand powstrzymał ich gestem dłoni.
- Przeklęty głupiec - mruknęła Cadsuane tak cicho, że słyszała ją tylko znajdująca się tuż obok Min. - Najpierw każe mi gotować drogę ucieczki, a potem nas zostawia?
- Prawdopodobnie chodziło mu o to, żebyś mnie ratowała - cicho powiedziała Min. - Znając go, bardziej się troszczy o mnie niż o siebie. - Urwała na moment. - Przeklęty głupiec.