Выбрать главу

- Mógłbyś mi je przytoczyć? - poprosił Rand. - Proszę.

- Widzę go przed tobą! - zacytował Paitar. - Jego, który żyje wieloma żywotami, który przynosi śmierć, który wyrywa z posad góry. Zerwie, co musi być zerwane, ale najpierw stanie tutaj, przed królem. Skrwawisz go! Zgłębisz jego opanowanie. Przemówi! Jak zabito upadłą? Tellindal Tirraso, co padła z jego ręki, ciemność, co przyszła w dniu po końcu światła. Musisz zapytać, musisz znać swój los. Gdy nie będzie umiał odpowiedzieć…

Urwał, zamilkł.

- Co? - dopytywała się Min.

- Gdy nie będzie umiał odpowiedzieć - podjął Paitar - wówczas wszystko stracone. Szybko zakończcie jego życie, żeby mogła się rozszaleć ostatnia burza. Aby Światłość nie została pochłonięta przez tego, który miał jej bronić. Widzę go. I płaczę.

- A więc przyszliście tu, żeby go zamordować - skonstatowała Cadsuane.

- Poddać go próbie - sprzeciwiła się Tenobia. - A przynajmniej tak postanowiliśmy, gdy Paitar opowiedział nam o proroctwie.

- Sami nie wiecie, jak blisko znaleźliście się zguby - cicho powiedział Rand. - Gdybym stanął przed wami choćby kilka dni wcześniej, odpowiedziałbym na te ciosy płomieniem stosu.

- Pod ochroną Wartowników? - Tenobia parsknęła lekceważąco.

- Wartownicy blokują przepływ Jedynej Mocy - rzekł Rand. - Tylko Jedynej Mocy.

„Co on chce przez to powiedzieć?” - zamyśliła się Cadsuane, marszcząc brwi.

- Wiedzieliśmy, jakie jest ryzyko - z dumą oświadczyła Ethenielle. - Domagałam się prawa uderzenia cię pierwsza. Gdybyś nas zabił, nasze armie zaatakowałyby cię zgodnie z rozkazem.

- Jeszcze miesiąc temu - mówił dalej Rand - nie miałem wspomnień, które pozwoliły mi odpowiedzieć na wasze pytanie. To był głupi hazard. Gdybyście mnie zabili, wszystko byłoby stracone.

- Ryzyko - spokojnie odparł Paitar. - Może inny pojawiłby się na twoje miejsce.

- Nie - uciął Rand. - To proroctwo niczym się nie różni od pozostałych. Jest opisem tego, co może się wydarzyć, a nie poradą, co należy czynić.

- Ja to rozumiem inaczej, Randzie al’Thor - upierał się Paitar. - A pozostali się ze mną zgodzili.

- Muszę zauważyć - powiedziała Ethenielle - że nie przybyłam na południe ze względu na proroctwo. Chciałam się przekonać, czy nie da się przemówić ludom do rozumu. A potem… - Skrzywiła się.

- Co? - zaciekawiła się Cadsuane, która wreszcie zdecydowała się unieść filiżankę z herbatą do ust. Smakowała dobrze, jak ostatnio większość rzeczy w obecności al’Thora.

- Burze - rzekła Tenobia. - Zasypał nas śnieg. A potem okazało się, że będzie to znacznie trudniejsze, niż początkowo sobie wyobrażaliśmy. To Podróżowanie. Moglibyście nauczyć go nasze Aes Sedai?

- Mogę, ale pod jednym warunkiem - oświadczył Rand. - Złożycie mi przysięgę lenną. Jesteście mi potrzebni.

- Jesteśmy suwerennymi władcami - warknęła Tenobia. - Nie skłonię przed tobą głowy tak szybko jak mój wuj. O czym zresztą też będziemy musieli porozmawiać.

- Składamy przysięgi tylko ziemiom, których bronimy - dodał Easar.

- Jak sobie chcecie - powiedział Rand, podnosząc się. - Raz już postawiłem wam ultimatum. Może wyraziłem się wówczas niezbyt jasno, czego żałuję, ale powtórzę: jestem waszą jedyną drogą na polu Ostatniej Bitwy. Beze mnie utkniecie tutaj, setki lig od tych krain, które przysięgaliście chronić. - Skinął głową każdemu po kolei, potem podał rękę Min. - Jutro spotykam się z władcami świata. Po tym spotkaniu udam się do Shayol Ghul i zerwę resztę pieczęci zamykających więzienie Czarnego. Do widzenia.

Cadsuane nie wstała. Siedziała, spokojnie popijając herbatę. Czworo monarchów wydawało się wstrząśniętych. Cóż, chłopak z pewnością rozwinął się pod względem wyczucia dramatyzmu.

- Czekaj! - Paitar prawie wypluł to słowo. - Co masz zamiar zrobić?

Rand odwrócił się.

- Zerwę pieczęcie, lordzie Paitar. Mam zamiar „zerwać, co musi być zerwane”, jak to głosi wasze proroctwo. Nie powstrzymacie mnie, już choćby z tego powodu, że zgodnie z nim tak właśnie uczynię. Niedawno interweniowałem, aby zapobiec upadkowi Maradon. Ledwo zdążyłem, Tenobia. Mury miasta są częściowo zburzone, twoje wojska prawie wykrwawione. Z ich pomocą udało mi się uratować miasto. Ledwie. Wasze kraje was potrzebują. Dlatego wasz wybór jest prosty. Złożycie mi przysięgi albo będziecie siedzieć tutaj, a inni będą walczyć za was.

Cadsuane spokojnie upiła łyk herbaty. Teraz posunął się już trochę za daleko.

- Odejdę teraz i pozwolę wam zastanowić się nad moją propozycją - zakończył. - Mogę dać wam godzinę… I jeszcze jedna sprawa: zanim zasiądziecie do obrad, chciałbym was prosić, żebyście posłali po kogoś w mym imieniu. W waszej armii służy żołnierz imieniem Hurin. Muszę go przeprosić…

Wciąż wydawali się oszołomieni. Cadsuane wstała i wyszła na zewnątrz, żeby pomówić z czekającymi tam siostrami. Znała kilka z nich, chciała poznać pozostałe. Nie martwiła się wynikiem obrad Pograniczników. Chłopak miał ich.

„Kolejna armia pod jego sztandarem. Nie sądziłam, że sobie z nimi poradzi”.

Jeszcze jeden dzień i wszystko się zacznie. Światłości, jaka szkoda, że nie byli gotowi.

52.

Buty.

Elayne rozsiadła się wygodnie w siodle na grzbiecie Blask. Klacz była jedną z ozdób królewskich stajni - znakomitej krwi saldaeańskiej z lśniącą białą grzywą i takim samym umaszczeniem. Siodło paradne, ze skóry wykończonej winną czerwienią i złotem.

Birgitte dosiadała Porywa, wysokiego bułanego wałacha, który także należał do najszybszych rumaków w królewskiej stajni. Strażnik Elayne wybrała oba zwierzęta. Spodziewała się szybkiego biegu.

Birgitte miała na szyi jedną z kopii medalionu z lisim łbem, choć innego kształtu - cienki srebrny krążek z różą na awersie. Elayne miała w kieszeni drugi taki, zawinięty w kawałek materiału.

Dzisiejszego ranka próbowała wykonać jeszcze jeden, ale stopił się, omalże nie podpaliła przy tym całej gotowalni. Bez oryginału pod ręką praca była skrajnie trudna. Marzenia o wyposażeniu w medaliony wszystkich osobistych Gwardzistek stawały się tym samym coraz bardziej odległe, chyba że da się jakoś przekonać Mata, aby znowu udostępnił jej pierwowzór.

Jej gwardia honorowa ustawiła się w kawaleryjską kolumnę z tyłu za nimi na placu Królowej. Brała ze sobą tylko stu żołnierzy - siedemdziesięciu pięciu Gwardzistów i wewnętrzny krąg dwudziestu pięciu Gwardzistek. Jako siła zbrojna oddział był maleńki, ale musiała się zadowolić tą setką, jeśli chciała, żeby przedsięwzięcie się udało. Nie mogła pozwolić, aby tamci widzieli w niej zdobywcę.

- Nie podoba mi się to - powiedziała Birgitte.

- Tobie ostatnio nic się nie podoba - zauważyła Elayne. - Mówię ci, z każdym dniem stajesz się coraz bardziej irytująca.

- To dlatego, że ty z każdym dniem stajesz się coraz bardziej lekkomyślna.

- Och, daj spokój. Trudno to nazwać najbardziej lekkomyślną rzeczą, jaką zrobiłam.

- Tylko dlatego, że wysoko sobie ustawiłaś poprzeczkę, Elayne.

- Wszystko będzie dobrze - stwierdziła tamta, zerkając na południe.

- Dlaczego ciągle patrzysz w tamtą stronę?

- Rand - odpowiedziała krótko Elayne, czując znów ciepło bijące od węzła uczuć w jej głowie. - Przygotowuje jakieś poważne przedsięwzięcie. Martwi się. A równocześnie jest dziwnie spokojny. - Światłości, ależ ten człowiek potrafił zamieszać w głowie.

Spotkanie było zwołane na jutro, pod warunkiem że wciąż obowiązywał ustalony wcześniej ostateczny termin. Egwene miała rację - pomysł zerwania pieczęci był głupi. Rand na pewno posłucha głosu rozumu.