W pewnej chwili podjechała do nich Alise w towarzystwie trzech Kuzynek. Sarasia była pulchną kobietą rozsiewającą wokół macierzyńską atmosferę, smagłoskóra Kema miała włosy zaplecione w trzy długie warkocze, a sztywna Nashia o młodej twarzy wdziała dzisiaj workowatą suknię.
Cała czwórka ustawiła się rzędem obok klaczy Elayne. Tylko dwie z nich były dość silne, żeby otworzyć bramę - wiele Kuzynek było znacznie słabszych od większości Aes Sedai. Ale te cztery powinny wystarczyć jako rezerwa, na wypadek gdyby Elayne miała kłopoty z objęciem Źródła.
- Możesz zrobić coś, co ochroni ją przez strzałą z łuku? - Birgitte zwróciła się do Alise. - Jakiś rodzaj splotu?
Alise w namyśle przekrzywiła głowę.
- Znam coś, co się może przydać - odpowiedziała - tylko jeszcze nigdy tego nie próbowałam.
Druga Kuzynka splotła i otworzyła przed nimi bramę. Po drugiej stronie ukazało się poletko nierównej, pokrytej zbrązowiałą trawą ziemi pod Cairhien. Czekał na nim znacznie liczniejszy zastęp zbrojnych, w półpancerzach i dzwonowatych hełmach armii cairhieniańskiej. Oficerowie od razu rzucali się w oczy, ponieważ odziani byli na ciemno, w barwy Domów, którym służyli. Znad pleców wystawały krótkie proporce zwane con.
Wysoki Lorstrum o pociągłej twarzy siedział na koniu na czele swoich oddziałów, odzianych w ciemną zieleń ze szkarłatnymi rozcięciami; Bertome znajdował się na drugim skrzydle. Liczebność ich sił była mniej więcej podobna. Po pięć tysięcy ludzi. Pozostałe cztery Domy wyprowadziły w pole znacznie skromniejsze oddziały.
- Jeżeli umyślili sobie wziąć cię do niewoli - ponuro oznajmiła Birgitte - to właśnie sama się wydałaś w ich ręce.
- Nie ma sposobu, który gwarantowałby mi całkowite bezpieczeństwo, chyba żebym zamknęła się w pałacu, a tu przysłała wyłącznie moje oddziały. A to doprowadziłoby do rebelii w Cairhien i potencjalnych niepokojów w Andorze. - Zerknęła na swoją Strażnik. - Jestem teraz królową, Birgitte. Nie będziesz w stanie całkowicie mnie odizolować od wszelkich niebezpieczeństw, nie bardziej niż żołnierza na polu bitwy.
Birgitte pokiwała głową.
- Trzymaj się blisko mnie i Guybona.
Guybon właśnie się zbliżał na grzbiecie potężnego tarantowatego wałacha. Z Birgitte po jednej stronie i Guybonem po drugiej - a oboje dosiadali koni znacznie wyższych niż Blask - potencjalny asasyn miałby wielkie problemy z dosięgnięciem jej, nie trafiając najpierw na jej przyjaciół.
I tak to miało wyglądać przez resztę jej życia. Pchnęła Blask naprzód, a za nią jej oddział wyjechał z bramy na cairhieniańską ziemię. Szlachta skłoniła przed nią głowy i ta korność była tym razem znacznie mniej zdawkowa niż podczas tamtego spotkania w Sali tronowej. Przedstawienie się zaczęło.
Miasto wznosiło się tuż przed nią, mury obronne wciąż były poczerniałe od ognia, który w nie trafiał podczas oblężenia przez Shaido. Kiedy brama za nimi zniknęła, Elayne poczuła, jak Birgitte napina się wewnętrznie.
Kuzynki objęły Źródło, a Alise splotła swój tajemniczy splot, lokując go w powietrzu wokół wewnętrznego kręgu Gwardii. Skutkiem splotu był niewielki, ale stosunkowo szybko obracający się wir powietrza.
Niepokój Birgitte okazał się najwyraźniej zaraźliwy. Już po chwili Elayne przyłapała się na tym, że kurczowo ściska wodze klaczy. Powietrze w Cairhien było bardziej suche, lekko pachniało pyłem. Niebo pokrywała gruba powłoka chmur.
Cairhieniańskie oddziały otoczyły jej niewielką eskortę niczym morze biało-czerwoną wyspę. Większość stanowiła piechota, aczkolwiek było też trochę ciężkiej kawalerii - rumaki w błyszczących ladrach i jeźdźcy z kopiami uniesionymi wysoko. Szli w idealnym szyku, chroniąc Elayne. Albo nie pozwalając uciec.
Lorstrum ruszył na swym rumaku w stronę Elayne, dotarł do zewnętrznej linii jej Gwardzistek. Guybon zerknął na królową, odpowiedziała skinieniem głowy, a wtedy kapitan rozkazał go przepuścić.
- W mieście panują dość nerwowe nastroje, Wasza Królewska Mość - zaczął mówić nad ramieniem Birgitte, która nie zdecydowała się przepuścić go do samej królowej. - Pojawiają się dość nieszczęsne plotki dotyczące twojego wstąpienia na tron.
„Plotki, które sam prawdopodobnie rozpuszczałeś - pomyślała Elayne - zanim zdecydowałeś się wesprzeć moje starania”.
- Miasto chyba nie zbuntuje się przeciwko tobie?
- Miejmy nadzieję. - Zerknął na nią spod płaskiego nakrycia głowy w barwach oliwkowej zieleni. Ubrany był w czarny kaftan sięgający do kolan z kolorowymi rozcięciami od góry do dołu odpowiadającymi barwom jego Domu. Rodzaj odzieży, jaką wdziewa się na bal. Zapewne miała odzwierciedlać jego pewność siebie. Jego wojska nie zdobywały miasta, lecz stanowiły honorowy orszak nowej królowej. - Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli napotkać na zbrojny opór. Ale chciałem cię uprzedzić.
Lorstrum skłonił się jej z szacunkiem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że padł ofiarą jej manipulacji, ale nie miał nic przeciwko temu. W najbliższych latach trzeba będzie mieć na niego baczenie.
Architektura Cairhien była dość surowa: regularne prostopadłościany, wieże obronne, wszystko utrzymane w prostych liniach. Powitały ją wiwaty, najprawdopodobniej wznoszone przez przemyślnie rozmieszczonych dworzan. Kiedy już na dobre wjechała do miasta, wiwaty stały się głośniejsze. To ją zaskoczyło. Spodziewała się otwartej wrogości. Lecz tak, jej oznaki również były widoczne - ktoś z tłumu rzucił jakimś śmieciem. Z różnych miejsc dobiegło szyderstwo. Niemniej większość wydawała się zadowolona.
Jadąc szerokim traktem między kwadratowymi budynkami tak lubianymi przez Cairhienian, zrozumiała, że być może ci ludzie wręcz czekali na takie wydarzenie. Wyobrażali je sobie, snuli opowieści. Niektóre z tych opowieści były jej nieżyczliwe i o nich właśnie usłyszała od Norry’ego. Lecz teraz skłonna była je interpretować raczej jako objaw niepokoju niż wrogości. Cairhien zbyt długo pozostawało bez władcy, który zginął nie wiadomo z czyjej ręki, a Lord Smok najwyraźniej je opuścił.
Z każdą chwilą rosła jej wiara. Cairhien było miastem poranionym. Wypalone i strzaskane ruiny Podgrodzia. Kamienie wyrwane z bruku i użyte jako pociski. Miasto nigdy nie doszło do siebie po Wojnie z Aielami, a nieukończone Niebotyczne Wieże - symetrycznie i pięknie zaprojektowane, lecz obecnie w opłakanym stanie - były jaskrawym świadectwem tego faktu.
Pałac Słońca zbudowano w geometrycznym centrum miasta. Jak większość jego budowli, składał się z samych linii prostych i kątów, niemniej przez swoją monumentalność wywierał imponujące wrażenie. Tchnął siłą, nawet mimo strzaskanego skrzydła, pamiątki po zamachu na życie Randa.
Przed pałacem oczekiwała ją kolejna grupa szlachty, jedni na schodach wyłożonych dywanem, inni przed swoimi ozdobnymi powozami. Kobiety w ceremonialnych strojach i szerokich krynolinach, mężczyźni w surowych kaftanach w ciemnych barwach z czepkami na głowach. Wielu miało na twarzach wyraz powątpiewania, nieliczni zdumienie.
Elayne obrzuciła Birgitte uśmiechem pełnym satysfakcji.
- To działa. Nikt nie oczekiwał, że wjadę do pałacu w eskorcie armii cairhieniańskiej!
Birgitte nie odpowiedziała. Wciąż była spięta - i prawdopodobnie taka pozostanie, póki Elayne nie wróci do Caemlyn. Spośród oczekujących na schodach rzuciły jej się w oczy dwie kobiety: jedna śliczna z dzwoneczkami wplecionymi we włosy, druga z gęstymi lokami na głowie i obliczem, które jakoś nie skłaniało do widzenia w niej Aes Sedai, choć była nią od wielu lat. Pierwsza nazywała się Sashalle Anderly, druga - ta nieposiadająca charakterystycznych rysów, z których nie dawało się odczytać wieku - Samitsu Tamagowa. Z tego, co udało się ustalić źródłom wywiadowczym Elayne, im obu najbliżej było do roli „rządzących” miastem pod nieobecność Randa. Korespondowała z oboma. Z listów Sashalle wynikało niezwykłe zrozumienie dla cairhieniańskiego sposobu myślenia. Zaproponowała miasto Elayne, ale równocześnie dała do zrozumienia, że oferta a zdolność do skorzystania z niej to dwie różne rzeczy.