Выбрать главу

Teraz ona właśnie wystąpiła naprzód.

- Wasza Królewska Mość - odezwała się ceremonialnie - niech stanie się wiadomo, że Lord Smok przekazuje ci wszystkie swoje roszczenia i prawa do tej ziemi. Cała oficjalna władza, jaką sprawuje nad tą krainą, niniejszym przechodzi w twoje ręce, a pozycja zarządcy kraju zostaje tym samym zniesiona. Obyś władała w mądrości i pokoju.

Elayne, nie zsiadając z siodła, skinęła jej po królewsku głową, jednak wewnątrz aż się zagotowała. Nie czyniła tajemnicy z faktu, że chętnie przyjmie pomoc Randa w zdobyciu tronu, ale przecież nie chciała, żeby w ten sposób ucierano jej nosa. Z drugiej strony, niewykluczone, że Sashalle naprawdę poważnie traktowała swoją pozycję, mimo iż zasadniczo wiadomo było, że jest ona po większej części czysto tytularna.

Elayne i członkowie jej świty zsiedli z koni. Czy Rand wyobrażał sobie, że przekazanie jej tronu może się ograniczyć do paru wypowiedzianych słów? Przebywał w Cairhien dostatecznie długo, żeby poznać się na miejscowych intrygach. Pojedyncza Aes Sedai i jej oświadczenie w żadnych warunkach nie mogły się okazać wystarczające. Dopiero poważne poparcie możnych arystokratów otwierało drogę wsparcia władzy na trwałych fundamentach.

Świta ruszyła po schodach. Weszli do środka. Każdy z popierającej ją szlachty wziął ze sobą niewielką gwardię honorową - po pięćdziesięciu ludzi. Elayne towarzyszyli wszyscy jej ludzie. W środku zaraz zrobiło się tłoczno, ale trudno, jakoś się pomieszczą.

Korytarze pałacu biegły prosto jak strzelił, sklepione były trójkątnymi łukami i zdobione złotym gzymsem. Na każdych drzwiach widniał symbol Wschodzącego Słońca. Liczne wnęki, w których powinny być wystawione rozmaite skarby, niestety, obecnie były raczej puste. Aielowie ściągnęli z pałacu swoją piątą część.

Przy wejściu do Wielkiej Komnaty Słońca na Elayne oczekiwali ustawieni w dwu rzędach jej andorańscy Gwardziści i Gwardzistki. Wzięła głęboki oddech, a potem wkroczyła do Sali tronowej na czele dziesięcioosobowego orszaku. Na obu bocznych ścianach biegły wzdłuż niej kolumnady z żyłkowanego niebieskiego marmuru, pod przeciwległą ścianą na podwyższeniu z identycznego marmuru stał Tron Słońca.

Zrobiony wprawdzie z pozłacanego drewna, ale poza tym zaskakująco skromny. Być może dlatego właśnie Laman postanowił zbudować sobie nowy tron, z drewna pozyskanego z drzewa Avendoraldera. Elayne podeszła do podwyższenia, następnie odwróciła się i objęła wzrokiem wchodzących za nią: najpierw szli jej zwolennicy, potem pozostali, wedle skomplikowanego schematu dyktowanego przez Daes dae’mar. Schematy te zmieniały się z każdym dniem, o ile nie z każdą godziną.

Birgitte obrzucała uważnym spojrzeniem po kolei każdego z wchodzących, jednak Cairhienianie słynęli w świecie jako wzorce obyczajności. Nikt tu nawet nie ośmieliłby się okazać nic zbliżonego do bezczelności Ellorien w Andorze. No, ale ona była przecież patriotką, choćby nawet jej poglądy polityczne irytująco nie zgadzały się z poglądami Elayne. W Cairhien takie rzeczy się nie działy.

Kiedy zebrani ucichli, Elayne głęboko zaczerpnęła powietrza w płuca. Wcześniej zastanawiała się nad jakąś porywającą przemową, jednak od matki nauczyła się, że czasami zdecydowane działania są lepsze od najlepszej mowy. Odwróciła się, chcąc zasiąść na tronie.

Birgitte schwyciła ją za rękę.

Elayne zerknęła na nią pytająco, ale wzrok jej Strażnika pozostawał wbity w tron.

- Zaczekaj chwilę - powiedziała, schylając się.

Szlachta zaczęła szeptać między sobą. Lorstrum podszedł do Elayne.

- Wasza Królewska Mość?

- Birgitte - rzuciła Elayne, rumieniąc się - czy to naprawdę konieczne?

Birgitte puściła jej słowa mimo uszu, macając poduszkę na tronie. Światłości! Czy jej Strażnik naprawdę zamierzała ją ambarasować we wszystkich możliwych sytuacjach? Z pewnością…

- Aha! - zawołała na koniec Birgitte, wyciągając coś z grubej poduszki.

Elayne drgnęła, podeszła bliżej. Lorstrum i Bertome ruszyli za nią. Birgitte trzymała w dłoni maleńką igłę, której czubek znaczyła czarna plamka.

- Ukryte w poduszkach.

Elayne zbladła.

- To było jedyne miejsce, w którym na pewno musiałaś się znaleźć, Elayne - cicho rzekła Birgitte. Przyklękła i dalej prowadziła swoje przeszukanie.

Lorstrum zarumienił się po korzonki włosów.

- Znajdę winowajców, Wasza Królewska Mość - oświadczył ponurym tonem. Niebezpiecznym tonem. - Zaznają mojego gniewu.

- Nie, jeśli pierwej wpadną w moje ręce - dodał Bertome, przyglądając się igle.

- Można bez większych wątpliwości przyjąć, że była to próba zabójstwa Lorda Smoka, Wasza Królewska Mość - oznajmił Lorstrum głośno. Jego słowa przeznaczone były dla zebranych. - Nikt przecież nie ośmieliłby się dokonać zamachu na ciebie, naszą ukochaną siostrę z Andoru.

- Dobrze to słyszeć - odpowiedziała Elayne, przypatrując mu się uważnie. Te słowa powinny przekonać wszystkich zgromadzonych, że świadomie zgadza się na ten kamuflaż, którego celem jest uratowanie twarzy przez Lorstruma. Wina za próbę zamachu powinna oczywiście spaść na niego, jako jej najsilniejszego poplecznika.

Jej zgoda na udział w tej komedii będzie go oczywiście kosztować. Wiedział o tym, więc spuścił na moment wzrok, dając jej do zrozumienia, że się zgadza. Światłości, ależ ona nienawidziła tej gry. Niemniej musiała w nią grać. Więc będzie to robiła dobrze.

- Już jest bezpiecznie? - zwróciła się do Birgitte.

Strażnik podrapała się po podbródku.

- Jedynym sposobem, żeby się przekonać… - oznajmiła, a potem z całą swoją siłą klapnęła na tron.

Niejeden szlachcic w Sali wstrzymał w tym momencie oddech. Lorstrum zbladł jeszcze bardziej.

- Nieszczególnie wygodny - oświadczyła Birgitte, potem przechyliła się na jeden bok, na drugi, wreszcie energicznie na oparcie. - Można by oczekiwać, że fotel monarchini będzie lepiej wyścielany, zwłaszcza mając na względzie jej delikatne pośladki i tak dalej.

- Birgitte! - syknęła Elayne, czując, że znów się czerwieni. - Nie możesz tak sobie siedzieć na Tronie Słońca!

- Jestem twoją strażą przyboczną - niefrasobliwie odparła Birgitte. - Mogę smakować twoje jedzenie, jeśli mi się spodoba, mogę pierwsza przechodzić przez drzwi i mogę, cholera, siedzieć na twoim krześle, jeżeli uznam, że tego trzeba, aby cię chronić. - Wyszczerzyła zęby. - Poza tym - dodała znacznie już ciszej - zawsze się zastanawiałam, jak to jest. - Po czym wstała, wciąż czujna, lecz równocześnie zadowolona.

Elayne odwróciła się twarzą do szlachty Cairhien.

- Długo na ten dzień czekaliście - rzekła. - Niektórzy z was są zapewne rozczarowani, niech pamiętają jednak, że jestem półkrwi Cairhienianką. Ten sojusz poprowadzi oba nasze narody do wielkości. Nie proszę o wasze zaufanie, ale domagam się waszego posłuszeństwa. - Zawiesiła na moment głos, po czym dodała: - Powtórzmy to raz jeszcze: takie jest też życzenie Smoka Odrodzonego.

Widziała, że zrozumieli. Rand podbił już raz miasto, choć równocześnie wyzwolił je spod okupacji Shaido. Rozważnie było nie kusić go, żeby powtórzył ten szturm. Królowa powinna umieć korzystać ze wszystkich dostępnych narzędzi. Andor zdobyła własnymi siłami, czemu Rand nie miałby jej pomóc zdobyć Cairhien?