Pozostali przytaknęli mu. Wiedział, że dał im do myślenia.
- Lordzie Kapitanie Komandorze! - zawołał ktoś.
Galad odwrócił się i zobaczył Byara, który galopował w jego stronę na białym koniu. Koń należał do Asunawy; Galad go nie chciał, bo wolał swojego gniadosza. Zatrzymał swoją grupę, kiedy odziany w nieskazitelnie białą tunikę Byar był już blisko. Nie zaliczał się do najbardziej lubianych ludzi w obozie, ale dowiódł swej lojalności.
A jednak nie miało go być w obozie.
- Kazałem ci strzec Drogi Jehannah, Synu Byar - rzekł surowo Galad. -To miało obowiązywać jeszcze dobre cztery godziny.
Byar zatrzymał się i zasalutował.
- Lordzie Kapitanie Komandorze. Pojmaliśmy grupę podejrzanych podróżników na drodze. Co każesz z nimi zrobić?
- Pojmaliście ich? - spytał Galad. - Kazałem wam obserwować drogę, a nie brać jeńców.
- Lordzie Kapitanie Komandorze, jak mamy poznać charakter tych, którzy tamtędy jadą, jeśli z nimi nie porozmawiamy? - odparł Byar. - Kazałeś nam wypatrywać Sprzymierzeńców Ciemności.
Galad mimo woli westchnął.
- Kazałem wam pilnować, czy nie przemieszczają się tędy jakieś wojska, względnie wypatrywać kupców, których warto byłoby zagadnąć, Synu Byar.
- Ci Sprzymierzeńcy Ciemności mają jakieś towary - wytłumaczył Byar. - Wydaje się, iż mogą to być kupcy.
Galad jeszcze raz westchnął. Nikt nie mógł podważyć oddania Byara - towarzyszył Galadowi w potyczce z Valdą, choć mogło to oznaczać kres jego kariery. A jednak istniało jeszcze coś takiego jak przesadny zapał.
Szczupły oficer wyglądał na zakłopotanego. Cóż, polecenia Galada nie były zbyt precyzyjne. Będzie to musiał zapamiętać na przyszłość, szczególnie w odniesieniu do Byara.
- Pokój - powiedział Galad. - Nie zrobiłeś nic złego, Synu Byar. Ilu tych jeńców jest?
- Dziesiątki, Lordzie Kapitanie Komandorze. - Byarowi wyraźnie ulżyło. - Jedź za mną.
Zawrócił wierzchowca. Ze świeżo wykopanych dołów już wykwitały ogniska, na których miała być gotowana wieczerza. W powietrzu unosiła się woń palącego się drewna. Do uszu Galada wpadały strzępki rozmów, kiedy przejeżdżał obok żołnierzy. Co Seanchanie zrobili z tamtymi Synami, którzy pozostali za nimi? Czy Illian rzeczywiście podbił Smok Odrodzony, czy też jakiś fałszywy Smok? Ludzie gadali o jakimś ogromnym kamieniu, który spadł z nieba daleko na północy, w Andorze, niszcząc całe miasto i pozostawiając krater.
Ludzie gadali, zdradzając w ten sposób, że się czegoś obawiają. A winni byli rozumieć, że z obaw nie wynika nic użytecznego. Nikt nie potrafił przewidzieć, jak będzie obracało się Koło.
Jeńcy Byara posiadali zaskakująco dużą liczbę ciężko obładowanych wozów, może sto albo i więcej. Zgromadzili się teraz przy swoim dobytku i popatrywali na Synów z jawną wrogością. Galad zmarszczył czoło, dokonując prędkiej inspekcji.
- Niezgorsza karawana - zauważył cicho Bornhald jadący u jego boku. - Kupcy?
- Nie - odrzekł cicho Galad. - To podróżne meble, zwróćcie uwagę na te kołki z boku, dzięki którym można je przenosić w częściach. Worki z owsem dla koni. Te toboły z płótna na tyle wozu po prawej to narzędzia kowala. Widzicie te wystające młoty?
- Na Światłość! - wyszeptał Bornhald. Też je teraz dostrzegł. To była grupa zaopatrująca armię znacznych rozmiarów. Tylko gdzie byli żołnierze?
- Bądźcie gotowi ich rozdzielić - nakazał Galad Bornhaldowi, zsiadając z konia. Podszedł do wozu, który stał na czele karawany. Mężczyzna, który nim powoził, miał tęgą sylwetkę i ogorzałą twarz. Jego włosy były ułożone w taki sposób, by z miernym skutkiem ukrywały sporą łysinę. Nerwowo miął w dłoniach kapelusz z brązowego filcu, zza pasa grubej kurty wystawały rękawice. Galad nie widział, by miał przy sobie jakąś broń.
Obok wozu stało jeszcze dwóch innych mężczyzn, znacznie młodszych. Jeden z nich, zwalisty, umięśniony i z miną zawadiaki - ale nie żołnierz - mógł przysporzyć kłopotów. Jakaś piękna kobieta ściskała go za ramię, zagryzając dolną wargę.
Mężczyzna siedzący na wozie wzdrygnął się na widok Galada.
„No tak - pomyślał Galad - wie dość, by rozpoznać pasierba Morgase”.
- A więc, podróżnicy - zagaił Galad, starannie ważąc słowa. - Ponoć jesteście kupcami, tak przynajmniej powiedzieliście mojemu człowiekowi.
- Zgadza się, mój dobry lordzie - odparł woźnica.
- Niewiele wiem o tym terenie. Czy wy go znacie?
- Nie bardzo, panie - odparł tamten, wciąż mnąc kapelusz. - W rzeczy samej my też znajdujemy się daleko od domu. Jestem Basel Gill, z Caemlyn. Przybyłem na północ, bo chciałem prowadzić interesy z pewnym kupcem z Ebou Dar. Ale ci seanchańscy najeźdźcy udaremnili mi robienie handlu.
Zdawał się nad wyraz nerwowy. Dobrze, że chociaż nie skłamał względem miejsca swego pochodzenia.
- A jak się zwał ów kupiec? - spytał Galad.
- No jakże, Falin Deborsha, mój panie - odparł Gill. - Czy znasz Ebou Dar?
- Byłem tam - odrzekł spokojnie Galad. - Niezłą karawanę za sobą wiedziesz. Interesujący dobór towarów.
- Dotarły nas słuchy, że tu na południu mobilizują się jakieś armie, mój panie. Wiele z tych towarów nabyłem od oddziału najemników, który się demobilizował, i pomyślałem, że uda mi się je sprzedać tu właśnie. Może twoja armia potrzebuje obozowych mebli? Mamy namioty, przenośny sprzęt kowalski, wszystko, co przydaje się żołnierzom.
„Sprytnie” - stwierdził Galad. Zaakceptowałby kłamstwo, ale ten „kupiec” miał zbyt wielu kucharzy, pomywaczek i kowali ze sobą i o wiele za mało strażników jak na tak cenną karawanę.
- Rozumiem - powiedział Galad. - Cóż, tak się składa, że zaiste potrzebujemy zapasów. Zwłaszcza żywności.
- Niestety, mój panie - powiedział mężczyzna. - Nie możemy się podzielić naszym jedzeniem. Wszystko inne sprzedam, ale żywność obiecałem przez posłańca komuś w Lugard.
- Zapłacę więcej.
- Złożyłem swoją obietnicę, mój panie - powiedział Gill. - Nie mógłbym jej złamać, niezależnie od ceny.
- Rozumiem. - Galad machnął ręką na Bornhalda, który wydał rozkazy, i Synowie w białych tunikach ruszyli przed siebie, dobywając broni.
- Co… co wy robicie? - spytał Gill.
- Rozdzielamy twoich ludzi - rzekł Galad. - Porozmawiamy z każdym z nich z osobna i sprawdzimy, czy ich zeznania się pokrywają. Obawiam się, że mogłeś nie być z nami… szczery. No bo coś mi się zdaje, że podążacie śladem jakiejś dużej armii. Jeśli tak jest, to bardzo chciałbym wiedzieć, czyja to armia, nie wspominając już o tym, gdzie ona się teraz znajduje.
Na czole Gilla wystąpił pot, gdy tymczasem żołnierze Galada skutecznie rozdzielali pojmanych. Galad odczekał jakiś czas, obserwując kupca. W końcu podbiegli do niego Bornhald i Byar, obaj trzymali dłonie na rękojeściach mieczy.
- Lordzie Kapitanie Komandorze - odezwał się Bornhald z napięciem w głosie.
Galad odwrócił się od Gilla.
- Tak?
- Niewykluczone, że mamy tu problem - zaczął tłumaczyć Bornhald. Twarz miał zaczerwienioną z gniewu. Oczy stojącego obok Byara były zogromniałe, niemalże oszalałe. - Część jeńców zaczęła mówić. Jest, jak się obawiałeś. Niedaleko stąd zatrzymała się jakaś wielka armia. Toczyli potyczki z Aielami, ci jegomoście o tam, w białych szatach, to w rzeczy samej Aielowie.
- I?
Byar splunął.
- Słyszałeś kiedykolwiek o człowieku, który się zwie Perrin Złotooki?
- Nie. A powinienem?
- Owszem - odparł Bornhald. - On zabił mego ojca.