Выбрать главу

- Panie Andra - odezwał się jadący za jego plecami Bulen. Lan kupił mu konia do jazdy, brudnobiałą klacz. Wciąż prowadził swego konia jucznego, Zwiadowca.

Bulen zrównał z nim. Lan uparł się, by nazywać go „Andra”. Już niedobrze, że miał jednego towarzysza. Jeśli nikt nie będzie wiedział, kim on jest, to nikt nie będzie mógł prosić, żeby pozwolił się przyłączyć. Bulenowi musiał podziękować - chcąc nie chcąc - za to, że go przestrzegł przed tym, co zrobiła Nynaeve. Miał dług wobec tego człowieka.

Ale Bulen zaiste lubił gadać.

- Panie Andra - ciągnął Bulen. - Jeśli mi wolno zasugerować, moglibyśmy skręcić na południe, przy Skrzyżowaniu Berndta, zgoda? Znam tam pewną przydrożną oberżę, w której podają najlepsze przepiórki. Moglibyśmy znowu skręcić na wschód przy drodze do Południowego Mettler. Znacznie łatwiej się jedzie. Mój kuzyn ma farmę przy tej drodze - kuzyn od strony matki, panie Andra, więc moglibyśmy…

- Będziemy jechali tą drogą - uciął mu Lan.

- Kiedy do Południowego Mettler jedzie się znacznie lepszym traktem!

- I dlatego bardziej uczęszczanym, Bulen.

Bulen westchnął, ale już się nie odezwał. Hadori wyglądało nieźle na jego głowie i okazał się też zaskakująco dobry we władaniu mieczem. Lan od dawna nie widział równie utalentowanego ucznia.

Było ciemno - noc zapadała tu wcześnie, jak to w górach. W porównaniu z terenami blisko Ugoru powietrze także ziębiło do kości. Niestety, tutejsze ziemie były dość ludne. W rzeczy samej po godzinie jazdy od skrzyżowania natrafili na karczmę ze światłem wciąż jarzącym się w oknach.

Bulen spojrzał na budynek z tęsknotą, ale Lan jechał dalej. Zmuszał ich obu do jechania po nocy, niemal dzień w dzień. Dzięki temu ich nie widziano.

Przed karczmą siedziało trzech mężczyzn. Palili w ciemnościach fajki. Gryzący dym wił się w powietrzu obok okien karczmy. Lan specjalnie im się nie przyglądał, dopóki - wszyscy jednocześnie - nie zaprzestali swego palenia. Odwiązali konie od płotu obok karczmy.

„Cudownie” - pomyślał Lan. Rozbójnicy przydrożni, obserwujący nocny trakt w poszukiwaniu zmęczonych podróżnych. Cóż, trzech ludzi nie mogło się okazać zbyt niebezpiecznymi. Puścili się kłusem śladem Lana. Nie zamierzali atakować, dopóki nie oddalą się od karczmy. Lan sięgnął ręką do miecza.

- Mój panie - powiedział nerwowym tonem Bulen, oglądając się przez ramię. - Dwóch z nich nosi hadori.

Lan obrócił się prędko, przez co poły jego płaszcza gwałtownie się za nim uniosły. Tamci trzej podjechali już do nich, ale nie zatrzymali się, tylko rozdzielili się, a potem ich wyprzedzili.

Lan przyjrzał się im podczas tego manewru.

- Andere? - zawołał. - A co ty tutaj robisz?

Jeden z trzech - szczupły mężczyzna o groźnym wyglądzie - obejrzał się. Jego długie włosy opasywała hadori. Minęło wiele lat, odkąd Lan po raz ostatni widział Andere, który najwyraźniej wyrzekł się swego kandoryjskiego uniformu. Był ubrany w czarny płaszcz i skórzane odzienie myśliwego pod spodem.

- Lan! - powiedział Andere. Wszyscy trzej jeźdźcy przystanęli - Nie zauważyłem cię.

- Zaiste, nie zauważyłeś - odparł beznamiętnie Lan. - I ty, Nazar. Zdjąłeś swoje hadori, kiedy byłeś młodym chłopakiem. A teraz znowu je nosisz?

- Mogę robić, co chcę - rzucił Nazar. Postarzał się - skończył już siedemdziesiąt lat - ale wciąż trzymał miecz na siodle. Włosy miał całkiem siwe.

Trzeci mężczyzna, Rakim, nie był Malkierczykiem. Miał skośne oczy, jak przystało na mieszkańca Saldaei, i z wyraźnym zażenowaniem wzruszył ramionami na użytek Lana.

Lan przyłożył palce do czoła, przymykając oczy, podczas gdy tamci trzej pojechali przed siebie. W jaką to głupią zabawę oni tu się wplątali? „Nieważne” - pomyślał Lan, otwierając oczy.

Bulen zaczął coś mówić, ale Lan uciszył go groźnym spojrzeniem. Zjechał z drogi w stronę południa, przecinając wąski, rozdeptany szlak.

Niebawem usłyszał za sobą stłumiony tętent kopyt. Obrócił się i zobaczył za sobą tamtych trzech. Ściągnął wodze Mandarba i zazgrzytał zębami.

- Nie powiewam Złotym Żurawiem!

- Nie powiedzieliśmy tego - odparł Nazar. Wszyscy trzej znowu się rozdzielili i wyprzedzili Lana. Ten pogonił Mandarba uderzeniami pięt i podjechał do nich.

- No to przestańcie za mną jechać.

- Ostatnim razem, kiedy sprawdzałem, jechaliśmy przed tobą - odpowiedział mu Andere.

- Skręciliście w tę drogę za mną - oskarżył go Lan.

- Nie jesteś posiadaczem tych dróg, Lanie Mandragoran - odparował Andere. Zerknął na Lana, twarz miał skrytą w cieniu nocy. - Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, nie jestem już tym chłopcem którego Bohater Salmarny beształ tak dawno temu. Zostałem żołnierzem, a żołnierze są potrzebni. Więc będę jechał tędy, jeśli tak mi się spodoba.

- Rozkazuję ci zawrócić! - warknął Lan. - Znajdź inną drogę na wschód.

Rakim zaśmiał się, takim samym ochrypłym głosem co zawsze.

- Nie jesteś już moim dowódcą, Lan. Czemu miałbym słuchać twoich rozkazów?

Pozostali zarechotali.

- Oczywiście słuchamy się króla - dodał Nazar.

- Tak - potwierdził Andere. - Gdyby to on wydawał nam rozkazy, to może byśmy usłuchali. Ale ja tu nie widzę żadnego króla. No chyba że się mylę.

- Upadły naród nie może mieć króla - powiedział Lan. - Nie ma króla bez królestwa.

- A jednak ty jedziesz - stwierdził Nazar, potrząsając wodzami. - Jedziesz za śmiercią po ziemi, która, jak twierdzisz, nie jest żadnym królestwem.

- To moje przeznaczenie.

Wszyscy trzej wzruszyli ramionami, a potem zatrzymali się przed nim,

- Nie bądźcie durniami - powiedział Lan cichym głosem, zatrzymując Mandarba. - Ta droga prowadzi do śmierci.

- Śmierć jest lżejsza od piórka, Lanie Mandragoran - zawołał Rakim przez ramię. - Jeśli mamy jechać tylko po śmierć, to w takim razie ten szlak będzie łatwiejszy, niż myślałem!

Lan zazgrzytał zębami, ale co miał robić? Pobić ich wszystkich do nieprzytomności i porzucić na poboczu? Trącił stopami boki Mandarba.

Dwóch przeobraziło się w pięciu.

Galad odnotował, że przyszedł z nim porozmawiać Byar, ale nie przestał jeść śniadania, na które składała się owsianka z garścią rodzynków. Prosty posiłek, jak dla każdego żołnierza, by chronić ich wszystkich przed zawiścią. Niektórzy Lordowie Kapitanowie Komandorzy jadali znacznie lepiej niż ich ludzie. Galad nie mógł tego tolerować. Nie wtedy, gdy tylu na świecie głodowało.

Byar stał w wejściu do namiotu Galada, oczekując, aż ten go przyjmie. Wynędzniały mężczyzna o zapadniętych policzkach był odziany w biały płaszcz nałożony na zbroję.

Galad w końcu odłożył swoją łyżkę i skinął na Byara, który podszedł do stołu i czekał, wyprężony na baczność. W namiocie Galada nie było żadnych zdobnych mebli. Jego miecz - miecz Valdy - leżał na prostym stole za jego drewnianą miską, lekko wysunięty z pochwy. Widać było czaple na ostrzu, a wypolerowana stal odbijała sylwetkę Byara.

- Mów - rozkazał Galad.

- Mam nowe wieści o armii, Lordzie Kapitanie Komandorze - powiedział Byar. - Są blisko tego miejsca, które zdradzili nam nasi pojmani, kilka dni drogi od nas.

Galad przytaknął.

- Powiewa nad nimi sztandar Ghealdan?

- Razem ze sztandarem Mayene. - W oczach Byara jarzył się płomień zapału. - I jest jeszcze sztandar z wilczym łbem, aczkolwiek zgodnie z raportami schowali go wczoraj. Tam jest Złotooki. Nasi zwiadowcy są tego pewni.

- Czy on naprawdę zabił ojca Bornhalda?

- Tak, Lordzie Kapitanie Komandorze. Już ja znam tę kreaturę. On i jego oddziały wywodzą się z miejsca, które się zwie Dwie Rzeki.