Выбрать главу

- Sulin i jej grupa zwiadowcza donoszą podobne rzeczy - dodał Gaul, przyjmując puchar, do którego Perrin nalał mu, ale z dzbana. - Armia Białych Płaszczy posiada sporą liczbę wozów podobnych do tych, które my wysłaliśmy przed nami. Sulin odkryła to wczesnym rankiem, ale prosiła, abym ci przekazał te słowa dopiero, jak się obudzisz, bo wie, że mieszkańcy mokradeł są wybuchowi, kiedy rankiem zakłóca się im spokój.

Gaul najwyraźniej nie miał pojęcia, że mógłby obrażać. Perrin był mieszkańcem mokradeł. Mieszkańcy mokradeł byli wybuchowi, przynajmniej w opinii Aiela. Tak więc Gaul stwierdzał powszechnie uznany fakt.

Perrin potrząsnął głową, nadgryzając jajko. Za długo gotowane ale jadalne.

- Czy Sulin kogoś rozpoznała?

- Nie, ale widziała kilku gai’shain - odparł Gaul. - A jednak Sulin jest Panną, więc może powinniśmy posłać tam kogoś, żeby potwierdził to, co powiedziała, kogoś, kto nie będzie korzystał z okazji i upierał się, że nam wypierze bieliznę.

- Kłopoty z Bain i Chiad? - spytał Perrin.

Gaul skrzywił się.

- Przysięgam, te kobiety pozbawią mnie jeszcze rozumu. Jaki mężczyzna byłby gotów cierpieć takie rzeczy? Chyba byłoby lepiej mieć Tego Który Odbiera Wzrok za gai’shain niż te dwie.

Perrin zarechotał.

- Pomijając wszystko, jeńcy wyglądają na całych i zdrowych. W raporcie jest coś jeszcze. Jedna z Panien zobaczyła sztandar powiewający nad obozem, wyraźnie, dlatego skopiowała go dla twojego sekretarza, Sebbana Balwera. Wedle niego on oznacza, że to sam Lord Kapitan Komandor wiedzie tę armię.

Perrin spojrzał na ostatni kęs szynki. To nie była dobra wieść. Nigdy wcześniej nie zetknął się z Lordem Kapitanem Komandorem, ale miał już raz do czynienia z jednym z pomniejszych dowódców Białych Płaszczy. To było tamtej nocy, kiedy padł Skoczek. I to była ta noc, która nawiedzała Perrina już dwa lata.

To była ta noc, kiedy po raz pierwszy zabił.

- Czego jeszcze potrzebujesz? - Byar stanął bliżej, jego zapadnięte oczy jarzyły się żarem. - Mamy świadków, którzy twierdzą, że ten człowiek zabił dwóch naszych. Pozwolimy mu tak przemaszerować, jak komuś niewinnemu?

- Nie - odparł Galad. - Nie, na Światłość, jeśli to, co mówisz, jest prawdą, to w takim razie nie możemy obracać się plecami do tego człowieka. Naszym obowiązkiem jest oddać sprawiedliwość pokrzywdzonym.

Byar uśmiechnął się, najwyraźniej cały paląc się do działania.

- Jeńcy ujawnili, że królowa Ghealdan przysięgła mu lojalność.

- To mogłoby stanowić problem.

- Albo okazję. Być może Ghealdan jest dokładnie tym, czego potrzebują Synowie. Nowy dom, miejsce, które da się odbudować. Mówisz o Andorze, Lordzie Kapitanie Komandorze, ale jak długo oni będą wytrzymywali naszą obecność? Mówisz o Ostatniej Bitwie, ale ona może być oddalona o wiele miesięcy. A gdybyśmy tak uwolnili cały naród z uścisku straszliwego Sprzymierzeńca Ciemności? Z pewnością Królowa, względnie jej następca, czułaby wobec nas wdzięczność.

- Zakładając, że uda się nam pokonać tego Aybarę.

- Uda się. Nasze siły są skromniejsze liczebnie, ale wielu jego żołnierzy wywodzi się z farmerów.

- Farmerzy, jak właśnie wskazałeś, potrafią być niebezpieczni - zauważył Galad. - Nie wolno ich nie doceniać.

- Tak, ale my wiemy, że jesteśmy w stanie ich pokonać. Mogą być niebezpieczni, owszem, ale załamią się pod naporem Synów. Tym razem nareszcie Złotooki nie będzie w stanie ukryć się za fortyfikacjami swojej małej wioski ani też nie pomoże mu ta horda jego oberwanych sojuszników. Już żadnych wymówek.

Czy to dlatego, bo był ta’veren? Czy rzeczywiście nie mógł uciec tamtej nocy? Perrin odstawił talerz na bok, czując, że go mdli.

- Dobrze się czujesz, Perrinie Aybara? - spytał Gaul.

- Tylko się zamyśliłem. - Białe Płaszcze nie zostawią go w spokoju, a Wzór - ażeby sczezł! - będzie stale ich wplatał w jego drogę, dopóki się z nimi nie rozprawi.

- Jak duża jest ich armia? - spytał Perrin.

- Jest ich dwadzieścia tysięcy żołnierzy - odrzekł Gaul. - I do tego kilka tysięcy takich, którzy, zdaje się, jeszcze nigdy nie dzierżyli włóczni.

Słudzy i ludzie od zaopatrzenia. Gaul starał się nie mówić rozbawionym tonem, ale Perrin czuł nosem to rozbawienie. Wśród Aielów niemalże każdy mężczyzna - wszyscy oprócz kowali - brali do ręki włócznię, kiedy ich atakowano. Fakt, że wielu mieszkańców mokradeł było niezdolnych do obrony, albo frapował, albo rozwścieczał Aielów.

- Ich siły są duże - ciągnął Gaul - ale nasze są większe. I nie mają algai’d’siswai, Asha’manów ani też nikogo zdolnego do przenoszenia, o ile Sebban Balwer się nie myli. Zdaje się dużo wiedzieć o tych Białych Płaszczach.

- On ma rację. Białe Płaszcze nienawidzą Aes Sedai i uważają każdego, kto potrafi się posługiwać Jedyną Mocą, za Sprzymierzeńca Ciemności.

- Czy w takim razie atakujemy ich? - spytał Byar.

Galad wstał.

- Nie mamy wyboru. Sama Światłość włożyła ich w nasze ręce. Ale potrzebujemy więcej informacji. Być może powinienem udać się do tego Aybary i powiadomić go, że mamy w rękach jego sojuszników, a potem zażądać, żeby ich armia starła się z nami na bitewnym polu. Wolałbym wywołać go z ich obozu, by móc wykorzystać naszą kawalerię.

- Czego ty chcesz, Perrinie Aybara? - spytał Gaul.

Czego on chciał? Żałował, że nie potrafi odpowiedzieć.

- Wyślij kolejnych zwiadowców - odpowiedział. - Znajdź nam lepsze miejsce na obóz. Chcielibyśmy zaoferować rozejm, ale nie ma mowy pod Światłością, że pozostawiłbym Gilla i innych w rękach Białych Płaszczy. Damy Synom szansę na uwolnienie naszych ludzi. Jeśli oni nie… cóż, wtedy zobaczymy.

8.

„Dzieweczka z siedmioma paskami”.

Mat siedział na starym stołku, z rękoma ułożonymi na blacie baru z ciemnego drewna. W powietrzu unosił się miły zapach - piwo, dym i ścierka, którą niedawno wytarto blat. To mu się podobało. Było coś uspokajającego w porządnej, hałaśliwej tawernie, w której panowała czystość. W każdym razie czystość w granicach rozsądku. Nikt nie lubił tawern, które są przesadnie czyste, bo to sprawiało, że przybytek wydawał się nowy. Jak płaszcz, który nie był nigdy noszony, albo fajka, której nikt nigdy nie palił.

Trzepotał złożonym na pół listem między dwoma palcami prawej dłoni. Ten list, napisany na grubym papierze, został zapieczętowany czerwonym jak krew woskiem. Nosił go przy sobie od niedawna, ale już stanowił źródło takich samych nerwów jak dowolna kobieta. Cóż, może nie Aes Sedai, ale większość innych kobiet. A to już wiele mówiło.

Przestał miętosić list i stuknął nim o kontuar. Ażeby ta Verin sczezła za to, co mu zrobiła! Złapała go tą przysięgą jak rybę na haczyk.

- No i jak, panie Crimson?- spytała właścicielka tawerny.

Takiego nazwiska używał ostatnimi czasy. Lepiej zachować ostrożność.

- Chcesz pan dolewki czy nie?

Nachyliła się w jego stronę, zaplatając ręce na piersi. Była piękna, miała krągłą twarz i kasztanowe włosy, które wiły się całkiem apetycznie. Mat obdarzyłby ją swym najlepszym z uśmiechów - jeszcze nie spotkał kobiety, która by nie stopniała pod wpływem tego najlepszego z jego uśmiechów - ale był teraz żonaty. Nie mógł już łamać serc, więc nie uchodziło.

A jednak ona nachylała się w taki sposób, że demonstrowała mu sporą część swego hojnego łona. Była niską kobietą, ale kazała sobie podwyższyć fragment podłogi za barem. Tak, zaiste miłe łono. Wyobrażał sobie, że dobrze by się z nią całowało, zwłaszcza gdyby ją wbić do jednej z tych przegród na tyłach tawerny. Rzecz jasna Mat już nie patrzył na kobiety, nie w taki sposób. Nie myślał o niej w ten sposób, że to jego miałaby całować. Może o Talmanesie. Był taki sztywny, że porządny całus i pieszczoty dobrze by mu zrobiły.