Upił łyk swojego piwa, jedną dłonią macając list ukryty w kieszeni. Nie spekulował, co w nim jest. Gdyby to zrobił, to znalazłby się zaledwie o krok od jego otworzenia. Stał się podobny do myszy wpatrzonej w pułapkę z zapleśniałym serem. I nie chciał tego sera. Mógł sobie gnić, jeśli o niego chodziło.
Ten list prawdopodobnie nakazywał mu zrobienie czegoś niebezpiecznego. I wstydliwego. Aes Sedai lubiły sprawiać, że mężczyzna wychodził na durnia. Światłości, miał nadzieję, że nie pozostawiła mu instrukcji, że ma pomóc komuś, kto ma kłopoty. Gdyby tak było, to wtedy z pewnością sama by tego dopilnowała.
Westchnął i upił jeszcze jeden łyk. Pijak w kącie wreszcie uwalił się na posadzkę. Szesnaście kufli. Nieźle. Mat odstawił swoje naczynie, pozostawił kilka monet, a potem skinął głową w stronę Melli na pożegnanie. Zgarnął wygraną z zakładu od jegomościa o długich palcach. Mat założył się, że pijak wypije siedemnaście kufli, czyli dostatecznie blisko, żeby coś wygrać. I potem ruszył w drogę, biorąc swoją laskę ze stojaka przy drzwiach.
Berg, wykidajło, zmierzył go spojrzeniem. Miał twarz tak paskudną, że pewnie własna matka krzywiła się na jego widok. Nie lubił Mata, a ze sposobu, w jaki patrzył na Melli, wynikało, że Mat jego zdaniem próbował robić maślane oczy do tej kobiety. I nieważne, że Mat mu wytłumaczył, iż jest żonaty i już takich rzeczy nie robi. Niektórzy potrafili być zazdrośni niezależnie od tego, co się im mówiło.
Na ulicach Caemlyn panował ścisk, nawet o tak późnej godzinie. Kamienie, którymi wyłożono chodniki, były jeszcze mokre po niedawnej ulewie, ale chmury już odpłynęły i - o dziwo - pozostawiły niebo czyste. Szedł ulicą w stronę północy, do jeszcze jednej znajomej mu tawerny, tej, w której grało się w kości na srebro i złoto. Mat nie miał jakiegoś specjalnego celu tego wieczoru, chciał tylko posłuchać plotek i nasiąknąć atmosferą Caemlyn. Dużo się zmieniło od czasu, kiedy był tu po raz ostatni.
Kiedy tak szedł, nie mógł się powstrzymać i stale oglądał się przez ramię. Te cholerne podobizny wkurzyły go. Wielu z tych ludzi na ulicach wyglądało podejrzanie. Minęło go kilku pijanych Murandian. Zachowywał dystans. Po tym, co mu się przydarzyło w Hinderstap, stwierdził, że nigdy dość ostrożności. Światłości, słyszał przecież opowieści o kamieniach brukowych atakujących ludzi. Skoro człowiek nie mógł ufać kamieniom pod nogami, to komu mógł ufać?
W końcu dotarł do tawerny, wesołego przybytku o nazwie „Oddech Truposza”. Od frontu stało dwóch osiłków z pałkami, którymi uderzali o swoje ogromne dłonie. Wielu takich tawernianych zabijaków wynajmowano w tych czasach. Mat wiedział, że będzie musiał się pilnować, nie wygrać za wiele. Właściciele tawern nie byli zadowoleni, gdy człowiek wygrywał za wiele, bo to mogło doprowadzić do bójki. No chyba że człowiek wydawał swoje wygrane na jadło i napoje. A potem to już nawet mógł sobie wygrywać, ile chciał, bardzo dziękujemy.
Wnętrze tego lokalu było mroczniejsze niż w „Dzieweczce z Siedmioma Paskami”. Goście garbili się nad kuflami albo grami, jedzenia podawano tu raczej niewiele. Tylko silne napitki. Z drewnianego baru sterczały główki gwoździ, aż na długość paznokcia, i dźgały człowieka w ręce. Mat uznał, że te gwoździe pewnie starały się uwolnić i czmychnąć za drzwi.
Właściciel tawerny, Bernherd, był Tairenianinem o tłustych włosach i ustach tak małych, że wyglądał, jakby je niechcący połknął. Pachniał rzodkiewkami i Mat ani razu nie widział, żeby on się uśmiechał, nawet wtedy, gdy dostał napiwek. A wszak większość takich jak on uśmiechałaby się do Czarnego za napiwek.
Mat nie cierpiał uprawiać hazardu i pić w miejscu, gdzie trzeba było trzymać się za sakiewkę, ale tego wieczoru umyślił sobie, że wygra jakieś prawdziwe pieniądze, a ponieważ tu grano w kości i słychać był brzęk monet, więc poczuł się jak w domu. Koronka przy jego kaftanie zaiste przyciągnęła spojrzenia. A tak w ogóle to dlaczego nauczył się je nosić? Najlepiej zrobi, jak po powrocie do obozu każe Lopinowi je poobcinać. No może nie wszystkie. Może tylko część.
Mat znalazł na tyłach izby trzech mężczyzn i kobietę w spodniach do jazdy konnej, którzy grali w kości. Kobieta miała włosy złocistej barwy i ładne oczy. Mat odnotował to wyłącznie przez wzgląd na Thoma. Poza tym miała też ponętne łono, a ostatnimi czasy Mat wolał kobiety, które były bardziej wiotkie w tym miejscu.
Po kilku minutach grał już z nimi i to znacznie uspokoiło mu nerwy. Trzymał swoją sakiewkę w zasięgu wzroku, ułożywszy ją na posadzce. Nie minęło dużo czasu i stosik monet obok niej urósł, głównie srebrnych.
- Słyszeliście, co zaszło w „Kowalskiej Łące”? - spytał jeden z mężczyzn w czasie, gdy Mat akurat rzucał. - To było coś strasznego. - Mówiący to był wysoki i miał tak skurczoną twarz, jakby ją kilkakrotnie przycinano w drzwiach. Przedstawiał się jako Goniec, Mat domyślał się, że przydomek wziął się stąd, że kobiety uciekały od niego, kiedy już się przyjrzały jego twarzy, a potem on musiał je gonić.
- Co? - spytała Clare, złotowłosa kobieta.
Mat obdarzył ją uśmiechem. Nieczęsto grywał z kobietami w kości, jako że większość uważała to za coś nieprzyzwoitego. I nieważne, że nigdy się nie skarżyły, gdy mężczyzna kupił im coś ładnego za to, co wygrał. Tak czy owak granie w kości z kobietami nie było sprawiedliwe, bo jeden z jego uśmiechów potrafił sprawić, że serce im trzepotało i miękły im kolana. Ale Mat już się tak nie uśmiechał do kobiet. A zresztą ta nie zareagowała dotąd na żaden z jego uśmiechów.
- Jowdry - powiedział Goniec, kiedy Mat potrząsnął kubkiem z kośćmi. - Znaleźli go martwego dziś rano. Miał poderżnięte gardło. Cała krew mu wyciekła z ciała, jak z bukłaka na wino pełnego dziur.
Mat był tak zaskoczony, że rzucił kośćmi, ale nawet nie patrzył, kiedy się potoczyły.
- Co? - naskoczył na tamtego. - Coś ty powiedział?
- No co się denerwujesz? - odparł Goniec, patrząc na Mata. - To tylko nasz znajomy. Był mi winien dwie korony.
- Cała krew mu wyciekła - powtórzył Mat. - Jesteś pewien? Widziałeś ciało?
- Co jest? - odparł Goniec, krzywiąc się. - Przeklęte popioły, człowieku! Co z tobą?
- Ja…
- Goniec - wtrąciła się Clare. - Przyjrzysz się temu?
Chudy mężczyzna zerknął na stół, podobnie Mat. Kości, które rzucił - wszystkie trzy - znieruchomiały, balansując na rogach. Na Światłość! Już mu się zdarzało, że kości rzucone przez niego lądowały na kantach, ale czegoś takiego jeszcze nie zrobił.
Całkiem znienacka, właśnie teraz, kości zaczęły grzechotać w jego głowie. Omal nie podskoczył do sufitu. Krew i cholerne popioły! Te kości w jego głowie nigdy nie oznaczały niczego dobrego. Zatrzymywały się dopiero wtedy, gdy coś się zmieniło, coś, co zazwyczaj oznaczało złe wieści dla biednego Matrima Cauthona.
- Nigdy… - wyjąkał Goniec.
- Nazywamy to stratą - powiedział Mat, rzucając na podłogę kilka monet i zbierając resztę swoich wygranych.
- Co ty wiesz o Jowdrym? - natarła na Mata Clare. Sięgała już do swego pasa. Sądząc na podstawie tego groźnego spojrzenia, Mat postawiłby złoto przeciwko miedziakom, że miała tam nóż.
- Nic - odrzekł Mat. „Nic i zarazem aż za dużo”. - Wybaczcie mi.
Pospiesznie przemierzył przestrzeń tawerny. Kiedy to robił, zauważył, że jeden z barczystych osiłków pilnujących drzwi rozmawia teraz z właścicielem lokalu, Bernherdem, pokazując jakiś arkusz papieru. Mat nie widział, co na nim jest, ale potrafił się domyślić: jego twarz.