Zaklął i wypadł chyłkiem na ulicę. A potem wbiegł w pierwszą lepszą boczną uliczkę i poderwał się do biegu.
Polowali na niego Przeklęci, wizerunek jego twarzy znajdował się w kieszeni każdego opryszka w mieście i jeszcze ten trup, z którego wyciekła cała krew. To mogło oznaczać tylko jedno: w Caemlyn był gholam. A zdawało się to niemożliwe, że dotrze tu tak prędko. Mat widział go raz, jak się przeciskał przez szczelinę o szerokości nawet nie dwóch dłoni. To coś po prostu nie miało prawidłowego poczucia, co jest możliwe, a co nie.
Krew i cholerne popioły, pomyślał, wciągając głowę w ramiona. Musiał zabrać Thoma i wracać z nim do obozu Legionu rozbitego za miastem. Spiesznie przemierzał pociemniałą, śliską od deszczu ulicę. Od kamieni brukowych odbijały się światła olejowych lamp. Elayne dobrze oświetlała Pasaż Królowej.
Posłał do niej list, ale nie dostał żadnej odpowiedzi. I to się nazywa wdzięczność? Zgodnie z jego rachubami już dwa razy uratował jej życie. Raz powinien wystarczyć, żeby zredukować ją do łez i pocałunków, a tymczasem nawet nie musnęła go ustami w policzek. Co zresztą wcale nie znaczyło, by tego chciał, przecież nie od królowej. Lepiej takich unikać.
„Jesteś żonaty z przeklętą seanchańską wysoką lady” - pomyślał. „Z córką samej cesarzowej”. Nie było teraz jak uniknąć królewskiego rodu! Już nie on. Tuon przynajmniej była piękna. I dobra w grze w kamienie. I bardzo też ceniła sobie dowcip, dobrze się z nią gadało, nawet jeśli przeważnie zadręczała go tym, że…
Nie. Nie będzie teraz myślał o Tuon.
Tak czy owak nie dostał odpowiedzi od Elayne. Będzie musiał być bardziej stanowczy. Tu teraz nie chodziło tylko o Aludrę i jej smoki. W mieście był cholerny gholam.
Wyszedł na dużą, rojną ulicę, z rękoma wepchniętymi do kieszeni kaftana. W tym pośpiechu zostawił swoją laskę w „Oddechu Truposza”. Burknął pod nosem; miał spędzać dzień na odpoczynku, grywać wieczorami w najlepszych oberżach, a rankami sypiać do późna w oczekiwaniu, aż okres dni, który Verin postawiła mu jako warunek, dobiegnie końca. A tymczasem takie coś…
Miał swoje porachunki z gholam. Nie tylko z powodu tych niewinnych ludzi, których ten stwór zabił, kiedy się pałętał po Ebou Dar, ale Mat nie zapomniał o Naleseanie i pięciu Czerwonorękich, którzy też zostali zamordowani. Cholerne popioły, gholam miał już dość na sumieniu. A potem jeszcze uprowadził Tylin.
Mat wyjął dłoń z kieszeni i pomacał medalion z głową lisa, spoczywający - jak zawsze - na jego piersi. Już był zmęczony ciągłym uciekaniem przed tym potworem. W jego głowie zaczął rodzić się plan, czemu towarzyszyło grzechotanie kości. Próbował przegnać obraz królowej leżącej w więzach, które zadzierzgnął on sam, królowej z oderwaną głową. Byłoby tyle krwi. Gholam żywił się świeżą krwią.
Mat zadygotał, wpychając znów ręce do kieszeni, kiedy zbliżał się do bram miasta. Mimo ciemności widział ślady bitwy, którą tu wcześniej stoczono. Grot strzały wbity w drzwi budynku po jego lewej ręce, ciemna plama na ścianie wartowni, pod samym oknem. Ktoś tutaj zginął, być może podczas oddawania strzału z kuszy i padł na parapet, wykrwawiając się na drewno.
Tamto oblężenie już się skończyło i nowa królowa - prawowita królowa - zasiadała na tronie. Chociaż raz rozegrała się bitwa, która go ominęła. Przypomniał to sobie i nastrój nieco mu się poprawił. Cała wojna została stoczona o Tron Lwa i ani jedna strzała, ostrze czy włócznia, które wzięły udział w konflikcie, nie szukały serca Matrima Cauthona.
Skręcił w prawo, idąc wzdłuż wewnętrznej strony miejskich murów. Było tam mnóstwo lokali. W pobliżu bram miasta zawsze trafiał na jakieś oberże. Nie najwspanialsze, ale niemal zawsze przynoszące zyski.
Światło wylewało się z drzwi i okien, malując drogę złotymi plamami. Ciemne sylwetki tłoczyły się w bocznych uliczkach, wyjąwszy te miejsca, gdzie wynajęto ludzi do odganiania biedaków. Caemlyn zostało wystawione na ciężką próbę. Potok uchodźców, ostatnie walki, inne… inne sprawy. Mnożyły się opowieści o chodzących trupach, o psującym się jedzeniu, o pobielonych murach, które znienacka robiły się brudne.
Oberża, w której Thom postanowił wystąpić, miała stromy dach i ceglany front z szyldem przedstawiającym dwa jabłka, w tym jedno zjedzone do ogryzka, przez co było białe, podczas gdy to drugie czerwone - barwy andorańskiej flagi. „Dwa Jabłka” było jednym z najprzyjemniejszych przybytków w okolicy.
Mat słyszał z dworu muzykę. Wszedł do środku i zobaczył Thoma siedzącego na niewielkim podium po drugiej stronie wspólnej sali. Grał na flecie i był ubrany w płaszcz barda z łatkami. Oczy miał zamknięte podczas gry, jego długie, siwe wąsy opadały po drugiej stronie instrumentu. To była wpadająca w ucho piosenka Małżeństwo Cinny Wade. Mat ją znał pod tytułem Zawsze wybieraj właściwego konia i wciąż jeszcze nie przywykł do tego powolnego tempa, w jakim wykonywał ją Thom.
Na posadzce przed Thomem leżał niewielki stosik monet. W tej oberży muzykom wolno było występować za napiwki. Mat stanął przy drzwiach i nachylił się, by posłuchać. Nikt na sali się nie odzywał, mimo że była zapełniona po brzegi. Mat byłby w stanie utworzyć połowę kompanii z samych mężczyzn, którzy tam się znajdowali. Oczy wszystkich były zwrócone na Thoma.
Mat przemierzył już połowę świata, i to sporo na własnych nogach. Omal nie stracił skóry w kilkunastu różnych miastach. Zatrzymywał się w oberżach, słyszał zwykłych bardów, różnych artystów i dworskich bardów. I oni wszyscy przy Thomie sprawialiby wrażenie dzieci, które walą kijami o garnki.
Flet był prostym instrumentem. Wielu arystokratów wolałoby w zamian usłyszeć harfę. Pewien człowiek w Ebou Dar powiedział raz Matowi, że harfa jest bardziej „wyrafinowana”. Mat domyślał się, że tamtemu szczęka by pewnie opadła, gdyby usłyszał, jak Thom gra. Bard sprawiał, że flet swym brzmieniem wydawał się jak przedłużenie jego duszy. Ciche trele, minorowe skale i wyraziste, przeciągające się motywy. Nad wyraz lamentliwa melodia. Po kim Thom tak się smucił?
Tłum się przyglądał. Caemlyn było jednym z największych miast świata, a i tak jego różnorodność wydawała się niewiarygodna. Wyniośli Illiańczycy siedzieli obok gładkolicych Domani, obrotni Cairhienianie obok krzepkich Tairenian, i do tego tu i ówdzie rzucał się w oczy ktoś z Ziem Granicznych. Caemlyn było postrzegane jako jedno z niewielu miejsc, gdzie człowiek jest bezpieczny zarówno przed Seanchanami, jak i przed Smokiem. A i dawało się czasem coś zjeść.
Thom skończył utwór i przeszedł do następnego, nie otwierając oczu. Mat westchnął, bo nie mógł znieść, że przerwie występ Thoma. Niestety, musieli już wracać do obozu. Należało pogadać o gholam, a Mat koniecznie chciał znaleźć sposób na dotarcie do Elayne. Może Thom mógł iść do niej i rozmówić się z nią w jego zastępstwie.
Mat skinął głową w stronę oberżystki, statecznej, ciemnowłosej kobiety, która nazywała się Bromas. Ta skinęła w odpowiedzi, sprawiając, że koła w jej uszach zaiskrzyły się odbitym światłem. Była nieco za stara jak na jego gust, ale z kolei Tylin była przecież w jej wieku. Postanowił ją sobie zapamiętać. Dla któregoś ze swych ludzi. Może dla Vanina.
Podszedł do sceny i zaczął zgarniać monety. Pozwoli Thomowi skończyć i…
Coś targnęło jego dłonią. Ręka została znienacka przyszpilona do podium nożem, który przebił mankiet. Cienkie ostrze zawibrowało groźnie. Mat podniósł wzrok na Thoma i stwierdził, że ten nie przestał grać, aczkolwiek zerkał teraz na niego przez szczelinę w powiekach.
Thom cofnął rękę, ale wciąż grał, z uśmiechem na wydętych przy ustniku ustach. Mat sarknął pod nosem i wyrwał rękaw, czekając, aż Thom dokończy swoją melodię, która tym razem nie była taka żałobna jak poprzednie. Kiedy chudy bard odjął flet od ust, w całej sali rozległy się gromkie oklaski.