Выбрать главу

Mat obdarzył Thoma ponurym grymasem.

- Ażebyś sczezł, Thom. To mój ulubiony kaftan.

- Ciesz się, że nie celowałem w dłoń - wskazał Thom, wycierając flet i kłaniając się w podziękowaniu za wiwaty i oklaski gościom oberży. Wołali, że chcą jeszcze, ale z przykrością potrząsnął głową i schował flet do futerału.

- Niemal żałuję, żeś tego nie zrobił - odparował Mat, podnosząc w górę mankiet i wsuwając palec w dziurę. - Krwi na czarnym nie widać, za to cerowanie będzie się rzucało w oczy. Tylko dlatego, że masz na sobie więcej łat niż płaszcza, jeszcze wcale nie oznacza, że miałbym cię naśladować.

- I ty narzekasz, że nie jesteś lordem - powiedział Thom, pochylając się by pozbierać swój zarobek.

- Nie jestem! - warknął Mat. - I nieważne, co powiedziała Tuon, ażebyś sczezł. Nie jestem żadnym przeklętym arystokratą.

- Słyszałeś kiedykolwiek o farmerze, który narzeka na pocerowany kaftan?

- Nie trzeba być lordem, żeby chcieć się sensownie ubierać, odburknął Mat.

Thom zaśmiał się, klepnął go w plecy i zeskoczył z podium.

- Przepraszam, Mat. Zrobiłem to instynktownie, nie zorientowałem się, że to ty, dopóki nie zobaczyłem twarzy umocowanej do ręki. Ale nóż już wtedy zdążył wyfrunąć mi z dłoni.

Mat westchnął.

- Thom - powiedział ponurym tonem. - W mieście jest nasz stary przyjaciel. Ten, który na pożegnanie rozpruwa ludziom gardła.

Thom przytaknął, wyraźnie zaniepokojony.

- Podczas przerwy słyszałem o tym od jednego z wartowników. A my tu utknęliśmy w mieście, no chyba że postanowisz…

- Nie otworzę listu - zapewnił go Mat. - Verin mogła zostawić instrukcje, że mam pełznąć na czworakach aż do samego Falme, i wtedy musiałbym to zrobić! Wiem, że nie cierpisz zwłoki, ale ten list mógłby spowodować zwłokę o wiele gorszą.

Thom przytaknął z niechęcią.

- Wracamy do obozu - zadecydował Mat.

Obóz Legionu znajdował się w odległości ligi od Caemlyn. Thom i Mat nie pojechali tam konno - jako piechurzy o wiele mniej rzucali się w oczy, a poza tym Mat nie mógł sprowadzać koni do miasta, dopóki nie znajdzie stajni, której będzie ufał. Ceny dobrych koni powoli stawały się niebotyczne. Na seanchańskich ziemiach miał nadzieję, że będzie coś takiego miał za sobą, kiedy już je opuści, a tymczasem wojska Elayne kupowały wszystkie najlepsze konie i również większość tych średnio dobrych. Słyszał ponadto, że ostatnimi czasy konie potrafiły dziwnym trafem znikać. Mięso to mięso, a ludziom niejednokrotnie zaglądała w oczy śmierć głodowa, nawet w Caemlyn. Mat czuł, że cierpnie mu skóra, kiedy o tym wszystkim myślał, ale taka była prawda.

Razem z Thomem rozmawiali o gholam podczas powrotnego marszu, postanawiając, że zrobią najwyżej tyle, iż wszystkich uczulą, że Mat będzie spał codziennie w innym namiocie.

Mat obejrzał się przez ramię, kiedy obaj dotarli na szczyt wzgórza, Caemlyn tonęło w łunie pochodni i lamp. Światła unosiły się nad miastem jak mgła, zalewając sobą wspaniałe iglice i wieże. Mat nosił w sobie dawne wspomnienia o tym mieście - pamiętał, jak je atakował w czasach, kiedy Andor jeszcze nie istniał jako państwo. Z Caemlyn nigdy nie walczyło się łatwo. Nie zazdrościł Domom, które próbowały odebrać go Elayne.

Thom przystanął obok niego.

- Wydaje się, że minęła wieczność, odkąd byliśmy tu poprzednim razem, prawda, Mat?

- Ażebym sczezł, tak to wygląda - zgodził się z nim Mat. - Co też nas napadło, żeby się uganiać za tymi głupimi dziewuchami? Następnym razem niech się same ratują.

Thom zmierzył go wzrokiem.

- A to nie czeka nas mniej więcej to samo? Kiedy udamy się do Wieży Ghenjei?

- Teraz jest inaczej. Nie możemy jej zostawić z nimi. Te węże i lisy…

- Ja nie narzekam, Mat - odparł Thom. - Tylko się głośno zastanawiałem.

Thom zdawał się dużo zastanawiać ostatnimi czasy. Smęcił, stale gładził ten już sfatygowany list od Moiraine. To przecież był tylko list.

- No chodźże - rzucił Mat, obracając się w stronę drogi. - Mówiłeś mi, że załatwisz spotkanie z królową?

Thom podszedł do niego na pociemniałej drodze.

- Nie dziwię się, że ci nie odpowiedziała, Mat. Prawdopodobnie ma ręce pełne roboty. Powiadają, że Trolloki napadły wielkimi rzeszami na Ziemie Graniczne, a poza tym Andor jest wciąż podzielony w wyniku Sukcesji. Elayne…

- Masz może jakieś dobre wieści, Thom? - spytał Mat. - To się z nimi podziel. Chętnie bym wysłuchał.

- Szkoda, że „Błogosławieństwo Królowej” już zamknięte, Gill zawsze miał się czym podzielić.

- Dobre wieści! - natarł na niego Mat.

- Niech ci będzie. No więc Wieża Ghenjei jest dokładnie tam, gdzie mówił Domon. Wiem to od trzech innych kapitanów statków. Jest za otwartą równiną kilkaset mil na północny zachód od Białego Mostu.

Mat przytaknął, pocierając się po brodzie. Miał wrażenie, że coś mu się przypomina w związku z tą wieżą. Nienaturalna, lśniąca srebrzyście konstrukcja, gdzieś w oddali. Jakaś wyprawa łodzią, woda obijająca się o burty. Chropawy illiański akcent Bayle’a Domona…

Mat nie widział niczego wyraźnie w tych wizjach. Jego wspomnienia o tamtych czasach miały jeszcze więcej dziur niż dowolne alibi Joriego Congara. Bayle Domon potrafił im powiedzieć, gdzie znaleźć wieżę, ale on chciał uzyskać potwierdzenie. Aż go swędziało, kiedy widział, jak Domon się kłania i szura nogami przed Leilwin. Żadne nie okazało mu jakichś specjalnych uczuć, mimo że przecież ich uratował. Co wcale nie znaczy, że pragnął jakichkolwiek uczuć ze strony Leilwin. Całowanie jej byłoby pewnie równie zabawne jak całowanie kory kamiennego dębu.

- Myślisz, że opis podany przez Domona wystarczy, aby ktoś zrobił nam bramę wiodącą do tego miejsca? - spytał Mat.

- Nie wiem - odparł Thom. - Ale to drugorzędny problem, powiedziałbym. Gdzie my znajdziemy kogoś, kto nam zrobi bramę? Verin zniknęła.

- Znajdę sposób.

- Ale jak nie znajdziesz, to będziemy podróżowali tam tygodniami - stwierdził Thom. - Nie podoba mi się…

- Znajdę dla nas jakąś bramę - upierał się Mat. - Może Verin wróci i zwolni mnie z tej cholernej przysięgi.

- Lepiej, żeby się trzymała z daleka - odrzekł Thom. - Nie ufam jej. Jest w niej coś odstręczającego.

- Ona jest Aes Sedai - powiedział Mat. - W nich wszystkich jest coś odstręczającego, jak w kościach, w których nie sumują się oczka. Ale z jakiegoś powodu lubię Verin, mimo że to Aes Sedai. I poza tym jestem dobry w ocenianiu ludzkich charakterów, wiesz przecież.

Thom uniósł brew. Mat odpowiedział chmurną miną.

- Tak czy siak - podjął Thom - powinniśmy pewnie przydzielać ci kogoś do ochrony, kiedy wybierasz się do miasta.

- Żadni strażnicy nie pomogą przeciwko gholam.

- Nie, ale co z tymi opryszkami, którzy naskoczyli na ciebie, kiedy wracałeś do obozu trzy noce temu?

Mat zadygotał.

- Tamci przynajmniej byli poczciwymi, uczciwymi złodziejami. Chcieli tylko mojej sakiewki, grzecznie i naturalnie. Żaden nie miał mojego wizerunku w kieszeni. Bynajmniej nie byli osobnikami wykoślawionymi mocą Czarnego, którzy dostają szału o zachodzie słońca czy coś w tym guście.

- A jednak - powiedział Thom.

Mat już nie miał argumentów. Ażeby sczezł, powinien wlec za sobą żołnierzy. Czy chociaż kilku Czerwonorękich.

Obóz był tuż przed nimi. Jeden z urzędników Elayne, mężczyzna o nazwisku Norry, udzielił Legionowi zezwolenia na rozbicie obozu w bliskości Caemlyn. Musieli się zgodzić, że w danym dniu do miasta nie wejdzie więcej niż stu mężczyzn i że swój obóz będą mogli rozbić w odległości co najmniej ligi od murów miejskich, z dala od wszelkich wiosek i na gruntach, które nie należą do czyjejś farmy.