Выбрать главу

Rozmowa z urzędnikiem oznaczała, że Elayne wie o obecności Mata tutaj. Musiała wiedzieć. Ale nie przysłała żadnych pozdrowień, żadnego potwierdzenia, że wie, iż jest mu dłużna za uratowanie skóry.

Przy zakręcie drogi latarnia Thoma ukazała im grupę Czerwonorękich wylegujących się na poboczu. Gufrin, sierżant szwadronu, wstał i zasalutował. Był krzepkim i barczystym mężczyzną, niezbyt bystrym, ale obdarzonym sprawnym okiem.

- Lordzie Mat! - powiedział.

- Jakieś wieści, Gufrin?

Sierżant skrzywił się do własnych myśli.

- Cóż - odparł. - Chyba jest coś, co może chciałbyś wiedzieć.

- Na Światłość! Ten człowiek mówił wolniej niż pijany Seanchanin.

- Aes Sedai wróciły dziś do obozu. Kiedy cię nie było, mój panie.

- Wszystkie trzy? - spytał Mat.

- Tak, mój lordzie.

Mat westchnął. Właśnie wyzbył się resztek nadziei, że ten dzień nie okaże się aż tak okropny. Naprawdę liczył, że te trzy zostaną w mieście przez jeszcze kilka dni.

Razem z Thomem zboczyli z drogi i szli dalej ścieżką wiodącą przez pole porośnięte pokrzywami i turzycą. Rośliny chrzęściły pod butami, latarnia Thoma oświetlała zbrązowiałe badyle. Z jednej strony dobrze było wrócić do Andoru. Tu, wśród tych zagajników drzewa skórzanego i sorgumu, człowiek czuł się niemalże jak w domu. A jednocześnie odechciewało się żyć, kiedy widział, jakie martwe stały się te ziemie.

Co zrobić z Elayne? Kobiety były męczące. Aes Sedai jeszcze gorsze. A królowe były najgorsze z całego tego towarzystwa. Ona zaś była wszystkimi trzema naraz. Jak on miał się do niej dostać, żeby mu oddała swoje odlewnie? Przyjął ofertę Verin po części dlatego, bo myślał, że dzięki temu dostanie się prędzej do Andoru i że zacznie nareszcie pracować nad smokami Aludry!

Obóz Czerwonorękich został rozbity na niewielkim skupisku wzgórz, wśród których największe stanowiło centrum. Zbrojni Mata spotkali się z oddziałami Esteana i tych, którzy udali się wcześniej do Andoru i Legion znowu stanowił całość. Płonęły ogniska; nie było teraz problemu ze znalezieniem uschłego drewna. W powietrzu unosił się dym i Mat słyszał ludzi gadających ze sobą i nawołujących się wzajem. Pora jeszcze nie była bardzo późna, a zresztą Mat nie wyznaczył godziny capstrzyku. Nawet jeśli sam nie potrafił się odprężyć, to przynajmniej jego ludzie mogli. Mogła to być ich ostatnia taka szansa przed Ostatnią Bitwą.

„Trolloki na Ziemiach Granicznych” - pomyślał. „Potrzebujemy tych smoków. I to prędko”.

Odpowiedział na saluty z kilku posterunków wartowniczych i rozstał się z Thomem, zamierzając pójść poszukać jakiegoś łóżka i przespać się ze swoimi problemami. I kiedy tak szukał, zauważył przy okazji kilka rzeczy, które mógłby zmienić w obozie. Układ zboczy był taki, że lekka kawaleria mogłaby dokonać szarży przez dzielące je przestrzenie. Tylko ktoś bardzo śmiały spróbowałby takiej taktyki, ale sam zrobił to właśnie podczas Bitwy w Wąwozie Marisin, jeszcze w dawnej Coremandzie. Cóż, nie on sam, tylko ktoś w jego dawnych wspomnieniach.

Coraz częściej akceptował te wspomnienia jako swoje własne. Nie prosił o nie - nieważne, co tamte cholerne lisy twierdziły - ale zapłacił za nie blizną na szyi. Przydały się, i to nie raz.

Dotarł w końcu do swojego namiotu, z zamiarem znalezienia świeżej bielizny, kiedy usłyszał kobiecy głos.

- Matrimie Cauthon!

„Cholerne popioły”. A prawie mu się udało. Odwrócił się z niechęcią.

Teslyn Baradon nie była piękną kobietą, za to mogłaby udawać, że jest drzewem papierowca, z tymi kościstymi palcami, wąskimi ramionami i wynędzniałą twarzą. Miała na sobie czerwoną suknię i podczas tych ostatnich tygodni jej oczy utraciły prawie do końca tę nerwową płochliwość, którą demonstrowała, odkąd stała się damane. Potrafiła tak spiorunować spojrzeniem, że pewnie mogłaby powalić nim nawet jakiś słup.

- Matrimie Cauthon - powiedziała, podchodząc do niego. - Doprawdy muszę się z tobą rozmówić.

- No cóż, jak się zdaje, właśnie ze mną rozmawiasz - odparował Mat, odejmując dłoń od klapy namiotu. Trochę lubił Teslyn, wbrew sobie, ale nie zamierzał jej zapraszać do środka. Prędzej zaprosiłby lisa do kurnika, niezależnie od tego, co by myślał o rzeczonym lisie.

- To i rozmawiam - odparła. - Słyszałeś wieści o Białej Wieży?

- Wieści? - zdziwił się Mat. - Nie. Nie słyszałem żadnych wieści. Plotki, owszem… Mam ich pełen mózg. Niektórzy twierdzą, że Wieża na powrót się zjednoczyła, czyli o tym pewnie chcesz mi powiedzieć. Ale słyszałem też wielu, którzy twierdzili, że Wieża nadal znajduje się w stanie wojny. I że Amyrlin walczyła w Ostatniej Bitwie na miejscu Randa, i że Aes Sedai postanowiły stworzyć armię żołnierzy poprzez ich rodzenie, i że jakieś latające monstra zaatakowały Wieżę. To ostatnie to zapewne opowieści o rakenach nadlatujących od wschodu. Myślę jednak, że w tej o Aes Sedai wychowujących armię dzieci jest odrobina wody.

Teslyn przyglądała mu się chwilę nieprzeniknionym spojrzeniem. Nie odwrócił wzroku. Ojciec Mata zawsze powtarzał, że on jest bardziej uparty niż pień.

O dziwo, Teslyn westchnęła, po czym złagodniała na twarzy.

- Jesteś sceptyczny i zaiste słusznie. A jednak nie możemy zlekceważyć tych wieści. Nawet Edesina, która w swej głupocie wsparła rebeliantki, chciałaby powrócić. Planujemy tam jechać rankiem. Jako że masz w zwyczaju wysypiać się do późna, zapragnęłam przyjść tu wieczorem, by ci przekazać moje podziękowania.

- Twoje co?

- Moje podziękowania, panie Cauthon - odparła sucho Teslyn. - Ta wyprawa nie była łatwa dla nikogo z nas. Bywały chwile pełne… napięcia. Nie twierdzę, że zgadzam się z każdą decyzją, jaką podjąłeś. To jednak nie podważa faktu, że gdyby nie ty, do dzisiaj znajdowałabym się w seanchańskich rękach. - Zadygotała. - W chwilach, kiedy czuję się bardziej pewna siebie, udaję, że stawiłabym im opór i w końcu uciekłabym samodzielnie. To ważne zachowywać dla siebie jakieś złudzenia, nie sądzisz?

Mat potarł się po podbródku.

- Być może, Teslyn. Zaiste, może tak być.

O dziwo, wyciągnęła rękę.

- Pamiętaj, gdybyś kiedyś przybył do Białej Wieży, będą tam kobiety, które mają wobec ciebie dług, Matrimie Cauthon. Ja nie zapomnę.

Ujął jej dłoń. W dotyku okazała się równie koścista, jak wyglądała, ale była cieplejsza, niż się spodziewał. Niektórym Aes Sedai lód płynął w żyłach, nie miał co do tego wątpliwości. Ale inne nie były takie złe.

Skinęła głową. Z szacunkiem. To był niemalże ukłon. Mat puścił jej dłoń, czując się tak wytrącony z równowagi, jakby ktoś podłożył mu nogę. Odwróciła się i zaczęła się oddalać w stronę własnego namiotu.

- Będziecie potrzebowały koni - powiedział do jej pleców. - Jeśli zaczekacie z wyjazdem, dopóki nie wstanę rankiem, to wyposażę was w jakieś wierzchowce. I dam trochę żywności. Nic wam z tego nie przyjdzie, jeśli umrzecie z głodu przed dotarciem do Tar Valon, a z tego, co widziałem ostatnio, wioski, które będziecie przejeżdżać, nie mają się czym podzielić.

- Powiedziałeś Joline…

- Jeszcze raz policzyłem swoje konie - wszedł jej w słowo. Przeklęte kości nadal grzechotały w jego głowie, ażeby sczezły. - Jeszcze raz policzyłem konie Legionu. Jak się okazuje, mamy kilka na zbyciu. Możecie je sobie wziąć.

- Nie przyszłam tu dzisiaj, by tobą manipulować, bo potrzebuję koni - oświadczyła Teslyn. - Jestem naprawdę szczera.