Выбрать главу

Joline była ucieleśnieniem tego wszystkiego, czym nie była Teslyn. Smukła i piękna, nosiła białą suknię z głębokim dekoltem. Często się uśmiechała, aczkolwiek ściągnęła usta, kiedy spojrzała na Mata. Miała brązowe oczy. Oczy, które potrafiły pochłonąć mężczyznę i go utopić.

Mimo że taka piękna, Mat nie uważał jej za dobrą partię dla któregoś ze swych przyjaciół. W życiu nie życzyłby związku z Joline komukolwiek, kogo lubił. W rzeczy samej był tak dobrze wychowany, że nie życzyłby związku z nią nawet większości swoich wrogów. Najlepiej by się stało, gdyby na zawsze już została z Fenem i Blaerikiem, swoimi Strażnikami, którzy zdaniem Mata zasługiwali na miano szaleńców.

Obaj byli mieszkańcami Ziem Granicznych. Jeden pochodził z Shienaru, drugi z Saldaei. Skośne oczy Fena miały twardy wyraz. Zawsze zdawał się wypatrywać kogoś, kogo mógłby zamordować. Każda rozmowa z nim była przesłuchaniem mającym na celu sprawdzenie, czy się spełniało właściwe ku temu kryteria. Kita na czubku głowy Blaerika stawała się coraz gęstsza i grubsza, a jednak wciąż była zbyt krótka. Mat napomknąłby, że mocno przypomina ogon borsuka, ale akurat dzisiaj nie miał ochoty dać się zamordować. Ten przeklęty wieczór był już dostatecznie okropny bez tego.

Joline skrzyżowała ręce pod piersiami.

- Wygląda na to, że twoje raporty o tej… istocie, która na ciebie poluje, były zgodne z prawdą.

Jej głos brzmiał sceptycznie. On stracił pięciu ludzi, a ona była sceptyczna! Cholerna Aes Sedai.

- I? - spytał. - Wiesz coś o gholam?

- Nic a nic - odparła. - Ale tak czy owak muszę wrócić do Białej Wieży. Wyjeżdżam jutro. - Wydawała się wahać. - Chciałabym cię spytać, czy mógłbyś użyczyć mi kilka koni na tę podróż. Dowolnych, nie będę wybredna.

- Nikt w mieście nie chciał ci żadnego sprzedać, co? - spytał głucho Mat.

Jej twarz jeszcze bardziej złagodniała.

- No dobrze - powiedział Mat. - Przynajmniej tym razem grzecznie poprosiłaś, choć widzę, jakie to było dla ciebie trudne. Już obiecałem Teslyn kilka koni. Ty też możesz kilka dostać. Warto, bo dzięki temu będę was miał z głowy, wy przeklęte kobiety.

- Dziękuję ci - rzekła, kontrolując głos. - Ale jeszcze drobna rada. Biorąc pod uwagę towarzystwo, w którym się często obracasz, może zechciałbyś panować nad swoim językiem.

- Biorąc pod uwagę towarzystwo, w którym się obracam aż nadto często - odparł Mat - cholernie mnie zdumiewa, że używam tak niewielu przekleństw. Bywaj, Joline. Muszę napisać przeklęty list do jej cholernej wysokości królowej Elżbiety Sztywniaczki.

Joline pociągnęła nosem.

- Czy w liście do niej też będziesz przeklinał?

- Jasne, że tak - odburknął Mat, obracając się, by wrócić do namiotu Thoma. - Jak inaczej uwierzy, że ten list jest naprawdę ode mnie?

10.

Po skazie.

- Potwierdzam, że te obliczenia są właściwe - powiedział Elyas idący u boku Perrina. Pogrążony w myślach Grady szedł z drugiej strony, jak zawsze w czarnym kaftanie. Montem al’San i Azi al’Thone - przydzieleni do ochrony Perrina tego dnia - wlekli się z tyłu.

Był wciąż wczesny ranek. Perrin rzekomo sprawdzał posterunki wartownicze, ale tak naprawdę chciał się po prostu przejść. Przenieśli obóz na łąkę przy Drodze Jehannah. Było tam łatwo zaopatrzyć się w wodę i dostatecznie blisko do drogi, żeby ją kontrolować, ale z kolei dostatecznie daleko, by móc się w razie czego bronić.

Po jednej stronie łąki, przed kępą drzew, leżał jakiś starożytny posąg. Przewrócił się na bok dawno temu i prawie w całości był przysypany ziemią, ale w górę wciąż unosiło się ramię trzymające rękojeść miecza. Ostrze tego miecza było wbite w ziemię.

- Nie należało wysyłać Gilla i innych przed nami - stwierdził Perrin. - Przez co mogło ich przechwycić pierwsze lepsze jadące tędy wojsko.

- Nie mogłeś tego przewidzieć - odparł Elyas. - I nie mogłeś też przewidzieć, że zostaniesz spowolniony na swej drodze. Gdzie byś ich zostawił? Od tyłu nadciągali Shaido i gdyby nasza bitwa pod Malden nie miała pomyślnego przebiegu, Gill i pozostali wpadliby w pułapkę między dwoma ugrupowaniami wrogich Aielów.

Perrin warknął pod nosem. Jego stopa zapadła się odrobinę w nasiąkłą wilgocią glebę. Nie znosił zapachu tego zdeptanego błota zmieszanego z gnijącymi, martwymi roślinami. Nie wyglądało to aż tak źle jak w miejscach, które tknęła choroba Ugoru, ale odnosił wrażenie, że cała ta okolica jest zaledwie o kilka kroków od tego. Podeszli do jednego z posterunków; wartę pełnili tutaj Hu Barran i Darl Coplin. Oczywiście wspomagali ich jeszcze zwiadowcy: ludzie z Dwu Rzek ukryci w koronach drzew i Panny patrolujące okolicę. Perrin przekonał się, że rozsyłając ludzi na posterunki dookoła obozu, wzbudził w mieszkańcach poczucie ładu.

Wartownicy zasalutowali, aczkolwiek Darl uczynił to niedbale. Biła od nich dziwaczna mieszanina zapachów - żalu, frustracji, rozczarowania. I zawstydzenia. Tym ostatnim pachniało słabo, ale jednak. Wciąż nie wyzbyli się myśli o domniemanym flircie Perrina z Berelain, a powrót Faile potęgował ich skrępowanie. W Dwu Rzekach niełatwo się żyło z piętnem małżeńskiej zdrady.

Perrin skinął im głową i szedł dalej. Nie przeprowadzał swej inspekcji w szczególnie formalny sposób. Ludzie wiedzieli, że on do nich zajrzy w ciągu dnia, dlatego zachowywali porządek. Przeważnie. Ubiegłej nocy musiał trącić butem śpiącego Berina Thane, żeby go obudzić, a ponadto zawsze starał się sprawdzać, czy nie czuje od nich woni jakiegoś napitku o dużej mocy. Nie zdziwiłby się, gdyby Jori Congar próbował coś przemycić, gdy przydzielano mu wartę.

- No dobrze - powiedział Perrin. - Białe Płaszcze mają naszych ludzi i nasze zapasy. - Skrzywił się, myśląc o ziarnie kupionym w So Harbor, które miało napełnić brzuchy Białych Płaszczy. - Czy moglibyśmy się podkraść i ich uwolnić?

- Nie widzę potrzeby podkradania się - odezwał się idący z tyłu Grady. - Wybacz, mój lordzie, ale zdajesz się czynić z tego zbyt wielki problem.

Perrin obejrzał się na tego człowieka o skórzastej twarzy.

- To są Białe Płaszcze, Grady. Zawsze stanowią problem. - Nie mają nikogo, kto włada Jedyną Mocą. - Grady wzruszył ramionami. Podczas tej przechadzki trzymał ręce splecione na plecach. W czarnym kaftanie, ze szpilką i coraz bardziej żołnierską postawą coraz mniej przypominał farmera. - Neald czuje się lepiej. On i ja moglibyśmy tłuc tych całych Synów tak długo, aż nie dadzą nam tego, czego chcemy.

Perrin przytaknął. Nie mógł znieść myśli, że mógłby zezwolić Asha’manom na całkowitą bezkarność. Woń spalonego mięsa w powietrzu i rozrytej ziemi. Wonie, które buchały przy Studniach Dumai. Ale już nie mógł sobie pozwolić na takie rozproszenie uwagi jak w Malden. Jeśli nie będzie innego wyboru, wyda rozkaz.

Ale jeszcze nie teraz. „Nie ma zbiegów okoliczności w przypadku ta’veren“. Wilki, Białe Płaszcze. Rzeczy, przed którymi uciekał przez jakiś czas, wracały, żeby na niego polować. Wypchnął Synów Światłości z Dwu Rzek. Wielu ludzi, którzy wtedy byli tam z nim, towarzyszyło mu tutaj.

- Być może dojdzie do tego - powiedział do Grady’ego, nie zatrzymując się. - A może nie. Mamy większą armię niż oni i być może dzięki temu, że ten przeklęty sztandar z wilczym łbem został wreszcie zdjęty, oni mogą się nie połapać, kim jesteśmy. Powiewamy sztandarem królowej Ghealdan, a oni przekraczają terytorium należące do Alliandre. Prawdopodobnie zauważyli żywność na wozach naszych ludzi i postanowili ich „chronić”. Odrobina dyskusji, być może też odrobina zastraszania i może dadzą sobie wytłumaczyć, że powinni uwolnić naszych ludzi.