Выбрать главу

- To się zmieniło?

- Mój lordzie, skazy już nie ma. Nie grozi mi obłęd. A to oznacza, że… cóż, zawsze miałem powody, by walczyć. Ale teraz mam jeszcze powody, by żyć.

Perrin spojrzał mu w oczy i zrozumiał. Jak Grady musiał się czuć? Jak to jest, kiedy wiesz, że kiedyś oszalejesz i że trzeba cię będzie skazać na śmierć. I że będą to musieli uczynić twoi przyjaciele, którzy nazwą to miłosierdziem.

Właśnie coś takiego Perrin zawsze wyczuwał w Asha’manach, ten powód, dla którego trzymali się na osobności i często wydawali się tacy posępni. Wszyscy inni walczyli o życie. Asha’mani walczyli, by umrzeć.

„Tak właśnie czuje się Rand” - pomyślał Perrin, przyglądając się kolorom, które znowu zawirowały przed jego oczyma, a wśród których mignął mu jego przyjaciel. Jechał na swoim wielkim, czarnym koniu po błotnistych ulicach jakiegoś miasta, rozmawiając z Nynaeve, która jechała obok niego.

Perrin potrząsnął głową i przegnał wizję.

- Odeślemy cię do domu, Grady - obiecał. - Spędzisz z nią trochę czasu, zanim nadejdzie koniec.

Grady przytaknął, spoglądając na niebo, bo od północy dobiegł ich głuchy łoskot gromu.

- Chcę tylko z nią porozmawiać, rozumiesz? I muszę zobaczyć małego Gadrena. Już nie pamiętam, jak wygląda.

- Jestem pewien, że to urodziwy dzieciak, Grady.

Grady zaśmiał się. Co zabrzmiało dziwacznie, ale także dobrze w przypadku tego człowieka.

- Urodziwy? Gadren? Nie, mój lordzie, może jest duży jak na swój wiek, ale jest równie ładny jak pieniek. A jednak z całej duszy go kocham. - Wciąż rozbawiony potrząsnął głową. - Ale muszę już wracać i uczyć się tej sztuczki z Nealdem. Dziękuję ci, mój lordzie.

Perrin uśmiechnął się, odprowadzając go wzrokiem i zauważając jakąś Pannę, która właśnie przybiegła do obozu. Zameldowała się Mądrym, ale mówiła dostatecznie głośno, by Perrin ją słyszał.

- Obcy jedzie drogą w stronę obozu. Powiewa sztandarem pokoju, ale ma na sobie odzienie Synów Światłości.

Perrin przytaknął i zebrał wartowników. Kiedy spieszył w stronę czoła obozu, doszedł do niego Tam. Dotarli do pierwszych posterunków wartowniczych w chwili, gdy podjechał tam Biały Płaszcz. Dosiadał wspaniałego, białego wierzchowca i trzymał w ręku długą tykę z białym płatem. Jego biały płaszcz, pod którym miał kolczugę i tunikę, był oznakowany na piersi promienistym słońcem.

Perrin poczuł, że przeszywa go lęk. Rozpoznał tego człowieka. To był Dain Bornhald.

- Przybywam, żeby rozmówić się ze zbrodniarzem, który zwie się Perrin Aybara - obwieścił Bornhald donośnym głosem, zatrzymując jednocześnie konia.

- Jestem tu, Bornhald - odkrzyknął Perrin, wychodząc naprzód.

Bornhald spojrzał na niego.

- To ty. Światłość sama nam ciebie zesłała.

- Szczerze wątpię, czy to ma jakiekolwiek znaczenie - odparł Perrin. - No chyba że zesłała wam również armię trzy albo cztery razy większą, niż macie teraz.

- Pojmaliśmy ludzi, którzy przyznają się do lojalności względem ciebie, Aybara.

- Cóż, wypuśćcie ich, aby mogli wrócić do naszego obozu, a wtedy my ruszymy w swoją drogę.

Jego rozmówca skierował swego konia na bok, rzucając przy tym wzgardliwe spojrzenie.

- Są między nami niedokończone sprawy, Sprzymierzeńcze Ciemności.

- Nie ma potrzeby, by te sprawy przybrały zły obrót, Bornhald - odrzekł Perrin. - Tak jak ja to widzę, i wy, i my możemy jeszcze podążyć własnymi drogami.

- Synowie woleliby umrzeć, niż dopuścić, by sprawiedliwości nie stało się zadość - oświadczył Bornhald i splunął. - Ale pozostawię tłumaczenie tego Lordowi Kapitanowi Komandorowi. Który życzy sobie osobiście cię zobaczyć. Otrzymałem rozkaz, że mam przyjechać i przekazać ci, że on czeka przy drodze niedaleko stąd. Chciałby się z tobą spotkać.

- Myślisz, że zamierzam dobrowolnie wpaść w taką pułapkę? - spytał Perrin.

Bornhald wzruszył ramionami.

- Przybędziesz albo nie. Mój Lord Kapitan Komandor to człowiek honoru i przysięga, że wrócisz bezpiecznie, czyli ofiarowuje ci więcej, niż ja bym dał Sprzymierzeńcowi Ciemności. Możesz się zjawić ze swoimi Aes Sedai, jeśli takowe masz, dla ochrony.

Powiedziawszy to, Bornhald zawrócił wierzchowca i odgalopował.

Perrin stał, rozmyślając i odprowadzając tamtego wzrokiem.

- Nie zastanawiasz się chyba, czy tam jechać, synu? - spytał Tam.

- Wolałbym uzyskać pewność co do tego, z czym się mierzę - odparł Perrin. - A poza tym zwracaliśmy się do nich o możliwość pertraktacji. Może wytargowałbym uwolnienie naszych ludzi. Ażebym sczezł, Tam. Muszę najpierw spróbować, zanim ich zaatakujemy.

Tam westchnął, ale skinął głową.

- Wspomniał Aes Sedai - przypomniał Perrin. - Ale nie Asha’manów. Założę się, że nie wie o nich dużo. Idź i powiedz Grady’emu, że ma się ubrać jak człowiek z Dwu Rzek i potem stawić się przede mną, razem z Gaulem i Sulin. Spytaj też Edarrę, czy zechce się przyłączyć. Ale nie mów o tym mojej żonie. Wyjdziemy z obozu w piątkę i sprawdzimy, czy Białe Płaszcze rzeczywiście podejmą nas pokojowo. Jeśli coś pójdzie nie tak, będziemy mieli Grady’ego, który zabierze nas stamtąd przez bramę.

Tam przytaknął i oddalił się pospiesznie. Perrin czekał nerwowo, dopóki stary farmer nie wrócił z Gaulem, Sulin i Edarrą. Grady pojawił się kilka chwil później, ubrany w płaszcz z brązowej wełny, spod którego wyglądało brązowo-zielone odzienie pożyczone od jednego z ludzi z Dwu Rzek. Miał ze sobą długi łuk, ale maszerował jak żołnierz, sztywno wyprostowany, rozglądając się bacznie wokół siebie. Biło od niego wyraźną groźbą, na co nie pozwoliłby sobie żaden zwyczajny wieśniak. Perrin miał nadzieje, że nie zepsuje tym przebrania.

Całą szóstką oddalili się od obozu. Na całe szczęście Faile raczej nie usłyszała, co się dzieje. Perrin zabrałby ją, gdyby doszło do długich pertraktacji albo dyskusji, ale zamierzył sobie, że ta wyprawa potrwa krótko i koniecznie chciał nie być zmuszony martwić się o nią.

Poszli pieszo i znaleźli Białe Płaszcze przy drodze, niedaleko obozu. Na oko było ich tylko parunastu; stali obok niewielkiego namiotu rozstawionego na poboczu. Byli zdenerwowani, dzięki czemu Perrin odprężył się nieznacznie. Poczuł zapachy gniewu i obrzydzenia, ale to nie wyglądało na pułapkę.

W chwili, gdy Perrin i pozostali podeszli bliżej, z małego namiotu wyłonił się mężczyzna cały odziany w biel. Był wysoki, miał delikatne rysy i krótkie, ciemne włosy; większość kobiet nazwałaby go pewnie przystojnym. Pachniał… lepiej niż inne Białe Płaszcze. Od nich biło czymś zdziczałym, jak od zwierzęcia chorego na wściekliznę, tymczasem ich przywódca pachniał spokojem.

Perrin spojrzał na swoich towarzyszy.

- Nie podoba mi się to, Perrinie Aybara - powiedziała Edarra, przenosząc wzrok z prawa na lewo. - Od tych Synów tchnie czymś niedobrym.

- Z tych drzew mogą do nas strzelać łucznicy - zauważył Tam głuchym tonem, wskazując skinieniem głowy zagajnik w oddali.

- Grady, obejmujesz Moc? - spytał Perrin.

- Oczywiście.

- Bądź gotów, w razie potrzeby - rzucił Perrin, po czym wystąpił naprzód, w stronę niewielkiej grupy Białych Płaszczy. Ich przywódca stał z rękoma splecionymi na plecach, przyglądając się bacznie Perrinowi.

- Złote oczy - powiedział. - A więc to prawda.

- To ty jesteś Lordem Kapitanem Komandorem? - spytał Perrin.

- Tak, ja.

- Czego trzeba, abyś uwolnił moich ludzi?

- Moi podkomendni twierdzą, że już raz próbowali prowadzić z tobą tego typu pertraktacje - odparł przywódca Białych Płaszczy. - I że ty ich oszukałeś i zdradziłeś.