Выбрать главу

- Oni wtedy uprowadzili niewinnych ludzi - odrzekł Perrin. - I zażądali w zamian mojego życia. No i cóż, odbiłem moich ziomków. Nie zmuszaj mnie, abym tutaj zrobił to samo.

Przywódca Białych Płaszczy zmrużył oczy. Namyślał się, sądząc po zapachu.

- Zrobię, co należy, Złotooki. Nieważne, jakim kosztem. Moi ludzie twierdzą, żeś zamordował kilku Synów parę lat temu i że nigdy nie dosięgła cię za to sprawiedliwość. Że stajesz na czele Trolloków i każesz im atakować wioski.

- Twoi ludzie nie są zbyt wiarygodni - odparował Perrin chrapliwym głosem. - Domagam się bardziej formalnych rozmów, usiądźmy razem i podyskutujmy. Nie życzę sobie takiej improwizacji jak teraz.

- Wątpię, czy to będzie potrzebne - oświadczył przywódca Białych Płaszczy. - Nie jestem tu po to, żeby się targować. Chciałem tylko ci się przyjrzeć. Domagasz się uwolnienia swoich ludzi? No to spotkaj się z moją armią na polu bitewnym. Zrób to, a uwolnię jeńców niezależnie od wyniku starcia. To najwyraźniej nie są żołnierze. Puszczę ich wolno.

- A jeśli odmówię? - spytał Perrin.

- Wówczas nie będzie to dobrze wróżyć… cóż, dla ich zdrowia.

Perrin zazgrzytał zębami.

- Twoje wojska stawią czoło naszym pod Światłością - powiedział mężczyzna. - Takie są nasze warunki.

Perrin spojrzał w bok. Pochwycił wzrok Grady’ego i spostrzegł w nim pytanie. Mógł wziąć tego Lorda Kapitana Komandora do niewoli, tu i teraz, nawet się nad tym nie zastanawiając.

Perrin poczuł w sobie pokusę. Ale przybyli w to miejsce, mając na względzie przyrzeczenie Białego Płaszcza, że nic im nie grozi. Nie mógł naruszyć pokoju. Odwrócił się więc i poprowadził swoich ludzi z powrotem do obozu.

Galad obserwował oddalającego się Aybarę. Te jego złote oczy budziły niepokój. Bagatelizował dotychczas zapewnienia Byara, że ten człowiek jest nie tylko Sprzymierzeńcem Ciemności, ale także Pomiotem Cienia. A jednak teraz, jak tak spojrzał w te złote oczy, już nie był pewien, czy rzeczywiście należy podważać takie twierdzenia.

Stojący obok Bornhald zrobił głęboki wydech.

- Nie daję wiary, żeś postanowił to zrobić. A gdyby tak sprowadził tu Aes Sedai? Nie powstrzymalibyśmy Jedynej Mocy.

- Nic by mi nie zrobiły - odrzekł Galad. - A zresztą gdyby Aybara miał możliwość zabicia mnie tutaj za pomocą Jedynej Mocy, to zabiłby mnie również w moim obozie. Jeśli jednak jest taki, jak ty i Byar mówicie, to w takim razie bardzo się przejmuje swoim wizerunkiem. Nie poprowadził Trolloków bezpośrednio na Dwie Rzeki. Udawał, że broni tej wioski.

Człowiek takiego pokroju zwykł postępować subtelnie, dlatego Galadowi nic na razie nie groziło.

Chciał zobaczyć się z Aybarą osobiście i był teraz zadowolony, że to uczynił. Te oczy… już one same były niemalże czymś obciążającym. Aybara zesztywniał pod wpływem wzmianki o zamordowanych Białych Płaszczach. A poza tym ludzie mówili o nim, że zawarł sojusz z Seanchanami i że trzyma przy sobie mężczyzn, którzy potrafią przenosić.

Tak, ten Aybara był niebezpieczny. Galad wcześniej bał się angażować swoje wojska w walkę w tym miejscu, ale teraz już wiedział, że Światłość będzie ich miała w swej opiece. Lepiej pokonać Aybarę teraz, niż zwlekać i mierzyć się z nim dopiero w Ostatniej Bitwie. Podjął więc decyzję, i to w krótkim czasie. Właściwą decyzję. Stoczą bitwę.

- Chodźcie - powiedział Galad, machając na swoich ludzi. - Wracamy do obozu.

11.

Nieoczekiwany list.

- Chyba nie myślą, że ja to podpiszę - warknęła Elayne, ciskając plik papierów na posadzkę obok swojego krzesła.

- Mało prawdopodobne, żeby tak myśleli - powiedziała Dyelin.

Złote włosy nienagannie ułożone, opanowana, stanowcza twarz, wyprostowane, smukłe ciało - ta kobieta była wprost ideałem! Jakie to niesprawiedliwe, że Dyelin prezentowała się tak nieskazitelnie, podczas gdy Elayne czuła się jak maciora, utuczona i gotowa iść pod rzeźnicki nóż.

Od strony kominka w bawialni dolatywało miłe trzaskanie ognia. W dzbanie na jednym z kredensów stojących pod ścianą było wino, ale oczywiście nie dla niej. Jeśli jeszcze jedna osoba spróbuje jej zaoferować przeklęte kozie mleko…

Birgitte siedziała w niedbałej pozycji pod przeciwległą ścianą; złoty warkocz przerzucony przez prawe ramię kontrastował z czerwonym kaftanem z białym kołnierzykiem i spodniami niebieskimi jak niebo. Nalała sobie herbaty do filiżanki i uśmiechała się teraz ponad jej brzeżkiem, rozbawiona irytacją Elayne. Elayne czuła to rozbawienie dzięki więzi!

Tylko one trzy były w bawialni. Elayne wycofała się tutaj po przyjęciu propozycji przekazanej przez posłańca Ellorien, tłumacząc, że chciałaby „rozważyć” ofertę w prywatności. No to ją rozważy! Rozważy jak kwestię jakichś śmieci, bo tym owa oferta w rzeczy samej była!

- To obraza - powiedziała, zamaszystym ruchem sięgając po kartki.

- Zamierzasz trzymać ich w niewoli przez całą wieczność, Elayne? - spytała Dyelin, unosząc brew. -Nie stać ich na zapłacenie okupu, nie po tym, jak się wykosztowali na swój udział w sporze o Sukcesję. Tak więc będziesz zmuszona podjąć decyzję.

- Niech zgniją! - odparła Elayne, krzyżując ręce na piersi. - Skrzyknęli wojska przeciwko mnie i oblegali Caemlyn!

- Owszem - odparła beznamiętnie Dyelin. - Jak się zdaje, i ja w tym brałam udział.

Elayne zaklęła pod nosem, po czym wstała i zaczęła krążyć po pokoju. Birgitte śledziła ją wzrokiem. Też znała wskazanie Melfane, że Elayne nie wolno się przemęczać. Ta nie przerywała przechadzki dookoła izby. Ażeby ta Birgitte sczezła i ta akuszerka razem z nią! W chodzeniu w kółko nie było niczego męczącego.

Ellorien była jedną z ostatnich, którzy jeszcze gardłowali przeciwko panowaniu Elayne, a przy tym nastręczała najwięcej problemów. Z wyjątkiem, być może, Jarida Saranda. Te ostatnie miesiące wyznaczały początek długiego okresu prób dla Elayne. Jak ona się odniesie do niektórych kwestii? Czy będzie ją łatwo poddawać presji? Ile odziedziczyła po matce?

Powinni wiedzieć, że nie da się łatwo zastraszyć. A jednak niemiła prawda była taka, że Elayne siedziała na niezbyt stabilnej żerdzi utworzonej z filiżanek ustawionych jedna na drugiej. Każda z tych filiżanek symbolizowała jakiś andorański Dom. Jedne wspierały ją dobrowolnie, inne z niechęcią. Mało który był tak lojalny, jakby sobie tego życzyła.

- Pojmani arystokraci to bogactwo naturalne - stwierdziła Elayne. - Tak ich właśnie należy postrzegać.

Dyelin przytaknęła. Ta kobieta umiała pogonić Elayne, zmusić ją do znalezienia odpowiedzi, które musiała znaleźć.

- Bogactwa naturalne nie mają znaczenia, jeśli ostatecznie nie zostaną pomnożone - zauważyła. Trzymała w dłoni kielich z winem.

Przeklęta kobieta.

- Tak - odparła Elayne. - Ale kto sprzedaje bogactwa tanio, ten zyskuje reputację osoby beztroskiej.

- Chyba że je sprzedajesz, zanim ich wartość gwałtownie spadnie - wtrąciła Dyelin. - Niejednego kupca nazwano durniem dlatego, że wyprzedawał za bezcen lodowe papryczki, ale gdy później ceny spadały jeszcze niżej, to taki zyskiwał miano mędrca.

- A ci więźniowie? Uważasz, że ich wartość zmniejszy się w najbliższym czasie?

- Ich Domy się skompromitowały - zauważyła Dyelin. - Im silniejsza staje się twoja pozycja, Elayne, tym mniej cenni stają się więźniowie polityczni. Nie powinnaś marnować tej przewagi, ale też nie powinnaś trzymać jej pod kluczem, aż do czasu, gdy nikogo już nie będzie obchodziła.

- Mogłabyś skazać ich na egzekucję - odezwała się Birgitte.

Obie wytrzeszczyły na nią oczy.

- No co? - spytała Birgitte. - Oni na to zasłużyli i zarobiłabyś tym sobie na reputację kobiety, która rządzi silną ręką.