- Tak się nie godzi - odparła Elayne. - Nie powinno się ich zabijać za to, że wsparli inną kandydatkę do tronu. Nie ma zdrady tam, gdzie na tronie nikt nie zasiada.
- Czyli arystokraci mogą unikać kary za to, że z ich winy giną żołnierze? - spytała Birgitte, po czym uniosła rękę, zanim Elayne zdążyła zaprotestować. - Oszczędź mi wykładu, Elayne. Rozumiem. Nie zgadzam się, ale rozumiem. Zawsze tak jest.
Elayne wznowiła swój spacer po bawialni, ale po chwili przystanęła, żeby podeptać kartki z propozycją Ellorien. Birgitte wprawdzie przewróciła oczami, a jednak miło się jej deptało. Owa „propozycja” była listą pustych obietnic zakończonych żądaniem, by Elayne uwolniła pojmanych „dla dobra Andoru”. Ellorien twierdziła, że pojmani nie dysponują żadnymi funduszami, dlatego więc korona powinna ich ułaskawić i zwolnić, by pomogli w jej odbudowie.
Prawdę rzekłszy, Elayne już wcześniej zastanawiała się nad tym. Ale gdyby uwolniła ich teraz, to cała trójka uznałaby Ellorien za swoją zbawczynię! Wszelka wdzięczność, jaką Elayne mogłaby sobie zaskarbić, przeszłaby na jej rywalkę. Krew i cholerne popioły!
- Poszukiwaczki Wiatru dopytują się o ziemię, którą im obiecałaś - zauważyła Dyelin.
- Już?
Starsza kobieta przytaknęła.
- To żądanie nadal mnie niepokoi. Po co im taki skrawek ziemi?
- Zarobili sobie na niego - odparła Elayne.
- Być może. Aczkolwiek to zaiste oznacza, że jesteś pierwszą królową od pięciu pokoleń, która sceduje część Andoru, nieważne jak małą, na obcy podmiot.
Elayne zrobiła głęboki wdech i ku swemu zdziwieniu poczuła, że jest spokojniejsza. Te cholerne wahania nastroju! Czy Melfane nie obiecała, że staną się mniej dokuczliwe w miarę, jak jej ciąża będzie postępowała? A jednak czasami odnosiła wrażenie, że jej emocje podskakują dookoła niczym piłka w dziecięcej grze.
Opanowała się i usiadła.
- Nie mogę na to pozwolić. Wszystkie Domy szukają okazji do utorowania sobie drogi do władzy.
- Ty na ich miejscu zrobiłabyś to samo, gwarantuję - zauważyła Dyelin.
- Nie robiłabym tego, gdybym wiedziała, że nadchodzi Ostatnia Bitwa - odwarknęła Elayne. - Musimy zrobić coś, co by nakierowało arystokrację na poważniejsze sprawy. Coś, co by kazało im zjednoczyć się pod moim przywództwem albo przynajmniej ich przekonało, że nie jestem jakąś zabawką.
- A masz środki, dzięki którym mogłabyś to osiągnąć? - spytała Dyelin.
- Owszem - odparła Elayne, patrząc w stronę wschodu. - Najwyższy czas przejąć Cairhien.
Birgitte udławiła się cicho swoją herbatą. Dyelin zaledwie uniosła brew.
- Śmiałe posunięcie.
- Śmiałe? - spytała Birgitte, ocierając sobie podbródek. - To obłąkańczy pomysł. Elayne, ty ledwie panujesz nad Andorem.
- Co sprawia, że czas jest na to tym lepszy - stwierdziła Elayne. - Nabraliśmy rozmachu. Poza tym jeśli teraz pójdziemy na Cairhien, to wtedy dowiodę, że zamierzam być kimś więcej, niż tylko uśmiechającą się głupawo królową.
- Wątpię, by ktokolwiek tak cię widział - odrzekła Birgitte, - Ale jeśli jest ktoś taki, to pewnie oberwał za dużo razy w głowę podczas bójek.
- Ona ma rację, nawet jeśli zobrazowała to dość grubiańsko - zgodziła się Dyelin. Zerknęła na Birgitte i Elayne poczuła ukłucie niechęci poprzez więź. Światłości! Co tu zrobić, żeby te dwie zaczęły wreszcie żyć w zgodzie? - Nikt nie powątpiewa w twoją siłę jako królowej, Elayne. To jednak nie powstrzyma innych przed przejęciem władzy, jeśli nadarzy się sposobność. Będą wiedzieli, że raczej nie uda im się zdobyć jej później.
- Ja nie mam piętnastu lat, które moja matka miała, na ustabilizowanie mojej władzy - odrzekła Elayne. - Posłuchajcie, Rand stale powtarzał, że to ja mam przejąć Tron Słońca. Wszystkie trzy o tym wiemy. Teraz władzę sprawuje tam jakiś lokaj, w oczekiwaniu na mnie, i po tym, co się stało z Colavaere, nikt się nie odważy sprzeciwić edyktom Randa.
- Przejęcie tamtego tronu będzie się wiązało z pewnym ryzykiem - zauważyła Dyelin. - Tak to będzie wyglądało, jakbyś pozwoliła, aby al’Thor ci go wręczył.
- I co z tego? - spytała Elayne. - Andor musiałam przejąć samodzielnie, ale nie ma w tym nic złego, jeśli przyjmę od niego dar, jakim jest Cairhien. To jego Aielowie je wyswobodzili. Uczynimy Cairhienianom przysługę, bo zapobiegniemy jakiejś bałaganiarskiej sukcesji. Moje roszczenia do tego tronu są silne, co najmniej tak silne jak czyjekolwiek inne, i ci, którzy są lojalni względem Randa, poprą mnie.
- A czy nie ryzykujesz, że się nadwyrężysz?
- Być może - odparła Elayne - ale uważam, że to warte takiego ryzyka. Wykonując ten jeden krok, zasilę poczet najpotężniejszych monarchów od czasów Artura Jastrzębie Skrzydło.
Dysputę przerwało dyskretne pukanie w drzwi. Elayne spojrzała na Dyelin, której zamyślenie znamionowało, że rozważa to, co usłyszała. Cóż, Elayne zamierzała przejąć Tron Słońca, niezależnie od tego, czy uzyska aprobatę Dyelin, czy nie. Ta kobieta stawała się coraz bardziej przydatna jako doradczyni - chwała Światłości, że Dyelin sama nie zapragnęła tronu! - ale królowa nie mogła wpadać w pułapkę, jaką jest zbytnie poleganie na jednej osobie.
Birgitte otworzyła drzwi i wpuściła pana Norry’ego. Jak zawsze przypominał bociana przez ten swój czerwono-biały strój, a jego podługowata twarz miała swój nieodmienny posępny wyraz. Elayne stłumiła jęk na widok skórzanej teczki, którą tamten trzymał pod pachą.
- Myślałam, że na dzisiaj skończyliśmy.
- Też tak myślałem, wasza wysokość - odparł - ale wypłynęło kilka nowych spraw. Uznałem, że mogą… mhm… że mogą cię zainteresować, moja pani.
- Co chcesz przez to powiedzieć, Norry?
- Cóż, wasza wysokość - odparł. - Wiesz, że ja… że nieszczególnie lubię niektóre prace. Jednakowoż w związku z ostatnimi nabytkami mojego personelu mam powody, by dodatkowo wytężyć uwagę.
- Mówisz o Harku, nieprawdaż? - spytała Birgitte. - Jak się sprawdza ten nic niewarty brudas?
Norry zerknął na nią z ukosa.
- Jest… mhm… brudny, powiedziałbym. - Przeniósł spojrzenie z powrotem na Elayne. - Ale też całkiem umiejętny, jak mu dostarczyć właściwych motywacji. Wybacz mi, proszę, że się rozzuchwaliłem, ale po ostatnich potyczkach, które zasiliły twe lochy gośćmi, uznałem, że tak dyktuje roztropność.
- O czym ty gadasz, panie Norry? - spytała Elayne.
- O, pani Basaheen, wasza wysokość - odparł Norry. - Zgodnie z pierwszą instrukcją, jakiej udzieliłem naszemu poczciwemu panu Harkowi, miał on obserwować siedzibę Aes Sedai, czyli oberżę o nazwie „Sala Powitalna”.
Elayne usiadła prosto, czując przypływ podniecenia. Duhara Basaheen wielokrotnie próbowała uzyskać audiencję u niej w ten sposób, że napadała na rozmaitych członków pałacowej służby. Wszyscy jednak wiedzieli już, że ta kobieta nie zostanie przyjęta. Aes Sedai czy nie, była przedstawicielką Elaidy i Elayne postanowiła, że nie będzie z nią miała nic wspólnego.
- Kazałeś ją obserwować - stwierdziła Elayne z żarem w głosie. - Proszę, powiedz mi, że odkryłeś coś, co będę mogła wykorzystać do skazania tej koszmarnej kobiety na banicję.
- A zatem nie zasłużyłem sobie na naganę? - spytał ostrożnie pan Norry, nadal równie kostyczny i niewzruszony jak zawsze. Wciąż brakowało mu doświadczenia w kwestii szpiegowania.
- Ależ skąd, na Światłość - odparła Elayne. - Sama powinnam była wydać taki rozkaz. Uratowałeś mnie tą swoją nadgorliwością, panie Norry. Jeśli to, co odkryłeś, to dostatecznie dobre wieści, to być może zechcę cię ucałować.
Tym wymusiła reakcję. Pan Norry wytrzeszczył oczy z przerażeniem. Co z kolei sprawiło, że Elayne i Birgitte parsknęły śmiechem. Dyelin nie sprawiała wrażenia zadowolonej. Cóż, mogła sobie iść i possać kozie kopyto, gdyby ktoś spytał Elayne o zdanie.