Выбрать главу

Dwie inne Aes Sedai - Rafela Cindal i Bera Harkin - stały z boku. Bera przyznała, że poczuła, iż Alanna przenosi, ale nie było to nic domagającego się uwagi. Z pewnością nie wystarczyłoby do stworzenia bramy.

Ażeby ta kobieta sczezła! Cadsuane uważała dotąd, że Alanna jest posłuszna, mimo jej ostatnich przejawów uporu. Najwyraźniej wymknęła się intencjonalnie. Z kufra zniknęło ubranie, a blat biurka był niemalże goły. Pozostał na nim jedynie pusty kałamarz.

- Nic wam nie powiedziała? - spytała Cadsuane.

- Nie, Cadsuane Sedai - odparła Bera. - Od tygodni zamieniłyśmy zaledwie kilka przelotnych słów. Ja jednak… cóż, słyszałam, że często popłakiwała w swojej izbie.

- A z jakiego powodu to zamieszanie? - odezwał się czyjś głos.

Cadsuane spojrzała w stronę drzwi i napotkała wzrok Nynaeve. - Jest panią samej siebie i jak rozumiem, miała prawo odejść, kiedy sobie tego zażyczy.

- Ba! - odparła Cadsuane. - Ta dziewczyna nie jest żadną panią samej siebie, tylko narzędziem. Ważnym narzędziem. - Podeszła do biurka i wzięła do ręki kartkę, którą znalazły w izdebce. Była złożona na pół i zapieczętowana czerwonym jak krew woskiem. - Czy rozpoznajesz to?

Nynaeve zmarszczyła czoło.

- Nie. A powinnam?

Skłamała czy powiedziała prawdę? Cadsuane nie znosiła takich sytuacji, kiedy nie mogła zawierzyć słowom kogoś, kto mienił się Aes Sedai. Ale fakt był taki, że Nynaeve al’Meara nigdy nie dotykała Różdżki Przysiąg.

Wyraz tych oczu mówił o autentycznym niezrozumieniu. Jak tu nie ufać Nynaeve, która chlubiła się wszak swoją uczciwością. No chyba że to była tylko maska. No chyba że była Czarną.

„Ostrożnie” - pomyślała Cadsuane. „W końcu staniesz się równie nieufna jak ten chłopiec”. To nie Nynaeve dała Alannie ten list, co ją eliminowało jako przedmiot ostatniej, słusznie brzmiącej teorii co do jego pochodzenia.

- No więc cóż to takiego, Cadsuane Sedai? - natarła na nią Nynaeve.

Przynajmniej użyła tytułu. Cadsuane miała ochotę zbesztać tę dziewczynę za jej ton. A jednak prawdę powiedziawszy, czuła się równie sfrustrowana jak Nynaeve. Bywały czasy, kiedy takie emocje dawało się usprawiedliwić. Jednym z takich usprawiedliwień była perspektywa końca świata i wizja Smoka Odrodzonego całkowicie poza kontrolą.

- Nie jestem pewna - odparła Cadsuane. - List został otwarty w pośpiechu, papier jest rozdarty. Upuszczono go na podłogę, a list ze środka został zabrany razem z ubraniem oraz przedmiotami pierwszej potrzeby.

- Ale dlaczego to takie ważne? - dopytywała się Nynaeve.

Do izdebki wślizgnęła się Min, a dwie Panny zajęły stanowiska przy drzwiach. Czy Min już się domyśliła, z jakiego powodu stale włóczyli się za nią Aielowie?

- Bo ona jest ścieżką prowadzącą do niego, Nynaeve - wyjaśniła Min.

Nynaeve pociągnęła nosem.

- Nie okazała się bardziej pomocna niż ty, Min.

- Niby potrafisz być przekonująca, Nynaeve - rzekła sucho Cadsuane - a jednak Cień zna metody, które czynią ludzi bardziej otwartymi.

Nynaeve zaczerwieniła się ze złością, a potem jeszcze zaczęła coś mamrotać pod nosem. Alanna mogła wskazać drogę do Smoka Odrodzonego. Jeśli agenci Czarnego ją uprowadzili, to nie będzie jak ukryć przed nimi Randa. Ich pułapki okazywały się już dostatecznie groźne, kiedy udawało im się go do nich zwabić.

- Wykazałyśmy się głupotą - stwierdziła Nynaeve. - Należało postawić przy niej na straży ze sto Panien.

- Przeklęci wiedzieli już nieraz, gdzie go szukać - wskazała Cadsuane, mimo że wewnętrznie zgadzała się z Nynaeve. Należało dopatrzyć, by Alanna była pilniej strzeżona. - I wyszedł z tego cało. To jest po prostu jeszcze jedna rzecz, z której trzeba zdawać sobie sprawę. - Westchnęła. - Czy ktoś mógłby nam przynieść herbaty?

Poszła po nią Bera, mimo że Cadsuane nie zadbała wcześniej, by mieć jakiś wpływ na tę kobietę. Cóż, wychodziło na to, że reputacja jednak jest coś warta.

Bera wróciła krótko potem. Cadsuane wyszła na korytarz. Przyjęła filiżankę i uzbroiła się wewnętrznie na gorzki smak herbaty - poprosiła o nią po części dlatego, że potrzebowała chwili do namysłu, a kobieta z pustymi rękoma często zdawała się zdenerwowana.

Przyłożyła filiżankę do ust. Co teraz? Wypytywać Obrońców przy bramach Kamienia? Ubiegłego wieczoru Alanna - nagabywana - potwierdziła, że al’Thor jest wciąż w tym samym miejscu. Być może na północy Andoru. Od trzech dni. Co ten głupi chłopak…

Cadsuane zastygła w miejscu. Herbata była smaczna.

W rzeczy samej była cudowna. Doskonale osłodzona miodem. Lekki posmak goryczki i odprężający aromat. Minęły tygodnie, a może nawet miesiące, odkąd Cadsuane po raz ostatni kosztowała herbaty, która nie była zepsuta.

Min z cichym okrzykiem obróciła się nagle w stronę północnej części miasta. Dwie Panny stojące w drzwiach zniknęły w mgnieniu oka, biegnąc w głąb korytarza. Podejrzenia Cadsuane znalazły potwierdzenie; pilnowały Min nie tyle po to, żeby ją chronić, ile raczej wypatrując oznak…

- On tu jest - powiedziała cicho Min.

13.

Za wszystko jest cena.

Min wypadła jak strzała z Bramy Muru Smoka po wschodniej stronie Kamienia i pomknęła przez dziedziniec. Za nią płynął potok Aielów, w liczbie, jak się zdawało, całego klanu. Ten potok dzielił się na dwie odnogi dookoła Min niczym stado jeleni dookoła dębu. Lawirowali wokół zaskoczonych Obrońców i stajennych, prąc z gracją i szybkością w stronę muru.

Jakie to smutne, że z taką łatwością ją przegonili - lata wcześniej chełpiła się, że jest w stanie wygrać wyścig z każdym znajomym chłopcem. A teraz… cóż, zbyt wiele miesięcy spędzonych na grzebaniu w książkach, być może.

Nadal była szybsza od Aes Sedai, które kiełznała ich potrzeba zachowania właściwych manier. Min dawno temu odrzuciła wszelkie maniery na rzecz swojego wielkiego pasterza. Biegła więc wdzięczna swoim butom i spodniom, kierując się do bram.

I on tam był. Zatrzymała się gwałtownie, patrząc między rozdwojoną kolumną Aielów odzianych w cadin’sor, na tego mężczyznę, który stał i rozmawiał z dwoma Obrońcami pełniącymi straż przy murze. Spojrzał na nią, kiedy podeszła bliżej. Czuł, że się zbliża. Również i ona wyczuwała jego.

Rand znalazł gdzieś stary, długi płaszcz z brązowej tkaniny. Ten płaszcz miał wąskie rękawy jak przy kaftanie, ale zwisał luźno z ramion. Ukrywał koszulę i zgrabnie uszyte czarne spodnie.

Teraz, kiedy Rand był tak blisko, ciepło płynące przez więź zdawało się obezwładniające. Czy inni nie zauważyli tego ciepła? Sprawiało, że miała ochotę podnieść rękę i osłonić oczy, choć tak naprawdę nie było czego oglądać. To była tylko ta więź. Tyle że… powietrze, które go otaczało, zdawało się naprawdę wykrzywiać. Jakaś sztuczka z udziałem promieni słonecznych? Dookoła jego głowy wirowały nowe wizje. Normalnie je ignorowała, ale teraz nie mogła. Jakaś otwarta grota, rozdziawiona jak usta. Skały splamione krwią. Dwóch martwych mężczyzn na ziemi, otoczonych tłumem Trolloków, dymiąca fajka.

Rand napotkał jej wzrok i - pomimo więzi - była zdumiona tym, co w nim dostrzegła. Te oczy jak szare klejnoty stały się głębsze. I okalały je drobne zmarszczki. Czy one tam były wcześniej? Z pewnością był na nie za młody.

Te oczy nie wyglądały młodo. Min przeżyła chwilę paniki, kiedy spojrzały w jej oczy. Czy to ten sam mężczyzna? Czy ten Rand, którego kochała, został wykradziony, zastąpiony człowiekiem uosabiającym jakąś starożytną moc, człowiekiem, którego nie miała nigdy poznać ani zrozumieć? Czyżby go jednak straciła?