Egwene poczuła przypływ ulgi. Nareszcie! Minęło wiele miesięcy, odkąd po raz ostatni widziała Nynaeve. Przeklinając się w duchu za to, że dała się zaskoczyć, wygładziła rysy i objęła Źródło, tkając splot z Ducha. Kilka odwróconych zabezpieczeń mogło jej pomóc w taki sposób, że już więcej nie da się zaskoczyć. Elayne miała przybyć nieco później.
- Ja tego wzoru nie wybierałam - odparła Egwene, patrząc jeszcze raz na rozetę. - To wersja z Tel’aran’rhiod.
- Ale samo okno jest prawdziwe? - spytała Nynaeve.
- Niestety - odparła Egwene. - To jedna z dziur, które pozostawili Seanchanie w wyniku swojego ataku.
- To oni was zaatakowali? - dopytywała się Nynaeve.
- Owszem - odrzekła Egwene. „Wiedziałabyś o tym, gdybyś reagowała na moje wezwania!”.
Nynaeve splotła ręce na piersi. Obie przyglądały się sobie z dwóch przeciwnych stron komnaty, przedzielone Płomieniem Tar Valon, namalowanym na samym środku posadzki. Należało podejść do tego bardzo ostrożnie. Nynaeve potrafiła tak się zjeżyć jak najgorsze krzewy tarniny.
- Cóż - podjęła Nynaeve, wyraźnie nieswoim głosem. - Zdaję sobie sprawę, że masz mnóstwo zajęć, i Światłość wie, że sama mam mnóstwo do zrobienia. Przekaż mi więc wszystko, co twoim zdaniem powinnam wiedzieć i pójdę sobie.
- Nynaeve - powiedziała Egwene. - Ja cię tu nie ściągałam tylko po to, żeby przekazać ci wieści.
Nynaeve schwyciła swój warkocz. Wiedziała, że należy się jej bura za to, że tak unikała Egwene.
- W rzeczy samej - ciągnęła Egwene - chciałam cię poprosić o radę.
Nynaeve zamrugała.
- Radę odnośnie do czego?
- Cóż - odrzekła Egwene, idąc spacerowym krokiem po Płomieniu, - Jesteś jedną z nielicznych znanych mi osób, które znalazły się w sytuacji podobnej do mojej.
- Mówisz o sobie jako o Amyrlin? - spytała chłodno Nynaeve.
- Jako o przywódczyni - odparła Egwene, mijając Nynaeve i wskazując skinieniem głowy, że ma iść obok niej. - Przywódczyni, o której wszyscy myślą, że jest za młoda. Która objęła swoje stanowisko zupełnie znienacka. Która wie, że jest właściwą kobietą do tego zadania, a jednak większość z jej otoczenia nie bardzo chce ją zaakceptować.
- Tak- powiedziała Nynaeve, idąc obok Egwene, ze spojrzeniem wbitym w jakiś oddalony punkt. - Mogłabyś rzec, że wiem coś o tym, jak się człowiek znajdzie w takiej sytuacji.
- Jak sobie z nią poradziłaś? - spytała Egwene. - Wychodzi na to, że ja, do czegokolwiek bym się zabrała, muszę wszystko robić samodzielnie, bo one mnie lekceważą, kiedy nie patrzę. Wiele z nich zakłada, że wydaję polecenia tylko po to, by mnie widziano, jak robię hałas. Albo zwyczajnie żywią odrazę do mojej nadrzędnej pozycji.
- Jak sobie z tym poradziłam, kiedy byłam Wiedzącą? - odparła Nynaeve. - Egwene, nie wiem, czy sobie poradziłam. Co drugi dzień ledwie byłam w stanie się powstrzymać, by nie wytargać Jona Thane za uszy, a o Cennie Buie to już mi nawet nie wspominaj!
- Ale ostatecznie cię szanowano.
- Najważniejsze było nie dopuścić, żeby zapominali o mojej pozycji. I nie należało pozwalać, by wciąż o mnie myśleli jak o małej dziewczynce. Czym prędzej utrwal swój autorytet. Bądź stanowcza wobec kobiet w Wieży, Egwene, bo inaczej będą tobą pomiatać. Bo kiedy dopuścisz, że cię popchną na odległość dłoni, to będzie ci trudniej odzyskać to, co straciłaś, niż rozpuścić zimową melasę.
- Rozumiem - odparła Egwene.
- I nie wyznaczaj im żadnych jałowych zadań - dodała Nynaeve. Obie wyszły już z Komnaty Wieży i przechadzały się teraz po korytarzach. - Przyzwyczaj je do tego, że wydajesz rozkazy, ale postaraj się, by to były właściwe rozkazy. Dopilnuj, by cię nie pomijały. Poszłabym o zakład, że byłoby im łatwo uderzać najpierw do Zasiadających zamiast do ciebie. Kobiety w Polu Emonda zaczęły najpierw chodzić do Koła Kobiet zamiast do mnie. Jeśli odkryjesz, że Zasiadające podejmują decyzje, które powinny być przedstawione całej Komnacie, to musisz narobić w związku z tym wielkiego rabanu. Zaufaj mi. Będą zrzędziły, że robisz za dużo hałasu o drobiazgi, ale zastanowią się dwa razy, zanim zrobią coś istotnego poza twoją wiedzą,
Egwene przytaknęła. To była dobra rada, aczkolwiek - oczywiście - Nynaeve podkoloryzowała ją swoimi poglądami na świat.
- Myślę, że największym problemem jest to - stwierdziła - że mam tak niewiele prawdziwych popleczniczek.
- Masz mnie. I Elayne.
- Czyżby? - sarknęła Egwene, zatrzymując się na środku korytarza i spoglądając na Nynaeve. - Naprawdę cię mam, Nynaeve?
Była Wiedząca przystanęła obok niej.
- Oczywiście. Nie bądź głupia.
- I jak to będzie wyglądało - podjęła Egwene - jeśli te, które znają mnie najlepiej, będą podważały mój autorytet? Czy innym nie będzie się wydawało, że jest coś, o czym nie wiedzą? Jakaś słabość, którą dostrzegają jedynie moje przyjaciółki?
Nynaeve zastygła w pół kroku. Jej szczerość znienacka przeobraziła się w podejrzliwość. Zmrużyła oczy.
- Ty mnie wcale nie chciałaś prosić o radę, prawda?
- Ależ chciałam - odparła Egwene. - Tylko idiotka lekceważyłaby radę kogoś, kto ją popiera. Ale jak ty się czułaś podczas pierwszych tygodni od zostania Wiedzącą? Kiedy te wszystkie kobiety, którymi niby miałaś przewodzić, patrzyły na ciebie tylko jak na tę młodą dziewczynę, którą wcześniej znały?
- Strasznie - odrzekła cicho Nynaeve.
- I czy one nie miały racji?
- Nie miały. Bo ja się stałam kimś więcej. To już nie byłam ja, to było moje stanowisko.
Egwene spojrzała w oczy przyjaciółce, przytrzymała jej wzrok i w tym momencie się porozumiały.
- Na Światłość - powiedziała Nynaeve. - Przygwoździłaś mnie, nieprawdaż?
- Potrzebuję cię, Nynaeve - odparła Egwene. - Nie tylko dlatego, że jesteś taka silna we władaniu Mocą, nie tylko dlatego, że jesteś mądrą kobietą, która wie, czego chce. Nie tylko dlatego, że jesteś nieskażona polityką Wieży, i nie tylko dlatego, że jesteś jedną z tych kilku osób, które znały Randa w czasach, zanim to wszystko się zaczęło. Potrzebuję cię, ponieważ potrzebuję ludzi, którym mogę ufać bezgranicznie. O ile ty możesz być kimś takim.
- Będziesz kazała mi klękać przed sobą - domyśliła się Nynaeve. - I całować swój pierścień.
- I co z tego? A zrobiłabyś to dla innej Amyrlin?
- Bez zachwytu.
- Ale zrobiłabyś to.
- Tak.
- A czy powiedziałabyś szczerze, że jest ktoś inny, kto spisywałby się lepiej niż ja?
Nynaeve zawahała się, po czym potrząsnęła głową.
- Zatem dlaczego to dla ciebie takie niemiłe: służyć Amyrlin? Nie mnie, Nynaeve, tylko stanowisku.
Nynaeve miała taką minę, jakby napiła się czegoś gorzkiego.
- To… to nie będzie dla mnie łatwe.
- Nigdy dotąd nie widziałam, żebyś unikała jakiegoś zadania dlatego, że było trudne, Nynaeve.
- Stanowisko. W porządku. Spróbuję.
- W takim razie mogłabyś zacząć od tytułowania mnie matką. - Egwene uniosła w górę palec, by ubiec obiekcje Nynaeve. - Dla przypomnienia, Nynaeve. Nie musisz tego robić zawsze, na pewno nie w prywatności. Ale musisz zacząć o mnie myśleć jako o Amyrlin.
- No dobrze, dobrze. Już mnie porządnie pokłułaś tymi cierniami. Czuję tak, jakbym przez cały dzień piła wywar z wietrznikowca. - Zawahała się, a potem dodała: - Matko. - Niemalże udławiła się przy tym słowie.
Egwene uśmiechnęła się zachęcająco.
- Nie będę cię traktowała tak, jak mnie traktowały inne kobiety po tym, gdy po raz pierwszy zostałam nazwana Wiedzącą - obiecała Nynaeve. - Światłości! Jakie to dziwne czuć się tak jak one wtedy. Cóż, to były idiotki. Ja będę mądrzejsza, sama się przekonasz. Matko.