Egwene podniosła wzrok w momencie, gdy z Komnaty wytoczyła się Nynaeve, za którą już bardziej ostrożnie podążała Elayne.
- Wyczułam przenoszenie - powiedziała Nynaeve. Spojrzała na spalonego trupa. - Światłości!
- Czarne siostry - wyjaśniła Egwene, krzyżując ręce na piersiach. - Wychodzi na to, że potrafią robić niezły użytek z tego ter’angreala snów. Domyślam się, że kazano im buszować po Białej Wieży nocami. Być może szukają nas, a może szukają informacji, które mogłyby wykorzystać przeciwko nam.
Egwene i inne robiły to samo za panowania Elaidy.
- Nie powinnyśmy były się tu spotykać - stwierdziła Nynaeve. - Następnym razem umówimy się w jakimś innym miejscu. - Zawahała się. - Jeśli tak ci odpowiada, matko.
- Być może - odparła Egwene. - A może nie. Nigdy ich nie pokonamy, jeśli ich nie znajdziemy.
- Wchodzenie w pułapki to raczej nie jest najlepszy sposób na ich pokonywanie, matko - stwierdziła zimno Nynaeve.
- Wszystko zależy od tego, jak się przygotujecie - stwierdziła Egwene i zmarszczyła brew. Czy tylko jej się wydawało, czy też naprawdę przed jej oczyma mignęła jakaś czarna tkanina, tuż za rogiem? Egwene znalazła się tam w mgnieniu oka. Za jej plecami, na korytarzu rozbrzmiało zaskoczone przekleństwo Elayne. Ależ ta kobieta miała język.
Nic, pusto. I bardzo cicho, wręcz niesamowicie cicho. Ale to było normalne w Tel’aran’rhiod.
Egwene pozostała wypełniona Jedyną Mocą, ale cofnęła się w stronę przyjaciółek. Oczyściła Białą Wieżę, lecz nie usunęła zarazy, ukrytej w samym sercu Tar Valon.
„Znajdę cię, Mesaano” - pomyślała Egwene, po czym dała tamtym dwóm znak, że mają się do niej przyłączyć. Przeniosły się na zbocze wzgórza, na którym była wcześniej, w miejscu, gdzie mogła bardziej szczegółowo omówić zdarzenia, które je ominęły.
15.
Użyj Kamyka.
Nynaeve szła pośpiesznie przez ulice Łzy, z Asha’manem Naeffem u swego boku. Wciąż czuła tamtą burzę nadciągającą od północy, daleką, ale straszną. Nienaturalną. I ta burza przesuwała się w stronę południa.
Tam był Lan.
„Światłości, ochroń go” - wyszeptała.
- Co powiedziałaś, Nynaeve Sedai? - spytał Naeff.
- Nic. - Nynaeve powoli przyzwyczajała się do tego, że wokół kręcą się mężczyźni w czarnych kaftanach, dlatego nie czuła nieprzyjemnego dreszczu, kiedy patrzyła na Naeffa. Co byłoby głupie, bo przecież saidin został oczyszczony, z jej pomocą. Nie miało sensu czuć się nieprzyjemnie. Nawet jeśli taki Asha’man potrafił gapić się na coś nieistniejącego i mamrotać pod nosem. Tak jak Naeff, który zaglądał do cienia pobliskiego budynku z ręką na rękojeści miecza.
- Ostrożnie, Nynaeve Sedai - powiedział. - Za nami idzie jeszcze jeden Myrddraal.
- Jesteś… pewien, Naeff?
Wysoki mężczyzna o kanciastej twarzy skinął głową. Był utalentowany pod względem tkania splotów - zwłaszcza tych z Powietrza, co było niezwykłe w przypadku mężczyzny - i był bardzo uprzejmy wobec Aes Sedai, w odróżnieniu od innych Asha’manów.
- Tak, jestem pewien - rzekł. - Nie wiem, dlaczego ja ich widzę, a inni nie. Pewnie mam Talent do tego. Myrddraale ukrywają się w cieniach, to chyba zwiadowcy czy coś. Jeszcze nie zaatakowały, pewnie się czają, bo wiedzą, że ja ich widzę.
Nabrał zwyczaju spacerowania po nocach po Kamieniu Łzy i obserwowania Myrddraali, które on tylko jeden widział. Jego szaleństwo nie pogłębiało się, ale stare rany też nie chciały się zagoić. Te blizny miały znaczyć go już zawsze. Biedak. Przynajmniej jego obłęd nie był tak wielki jak u innych.
Nynaeve maszerowała szeroką, brukowaną ulicą ze wzrokiem utkwionym przed siebie, mijając budynki cechujące się przypadkowością stylów charakterystyczną dla architektury Łzy. Tak więc obok oberży dość skromnej wielkości znajdował się wielki dwór z dwiema niewielkimi wieżami i drzwiami odlanymi z brązu przypominającymi bramę. Z kolei naprzeciwko nich stał rząd domów, w których otwory drzwiowe i okienne przesłaniały kraty z kutego żelaza, przy czym w sam środek tego szeregu wbudowano sklep rzepnika.
Nynaeve i Naeff szli w stronę dzielnicy Wszystkie Lata, przylegającej do zachodniego muru. Nie była to najbogatsza część Łzy, ale zdecydowanie prosperująca. Rzecz jasna w Łzie istniał tylko jeden podział: na gmin i arystokrację. Wielu arystokratów nadal uważało ludzi z gminu za istoty zupełnie od siebie inne - i zdecydowanie gorsze.
Nynaeve i Naeff po drodze mijali takich właśnie ludzi z gminu. Mężczyzn w luźnych spodniach z nogawkami wiązanymi wokół kostek i przepasanych kolorowymi szarfami w pasie. Kobiety w sukniach z wysokimi karczkami i białymi fartuszkami. Często widziało się szerokie, słomkowe kapelusze z płaskimi denkami albo sukienne czapki przekrzywione na bok. Wielu ludzi miało przewieszoną przez ramię parę chodaków na sznurku, które wdziewali po powrocie do Maule.
Przechodnie mijający Nynaeve mieli teraz zafrasowane twarze, niektórzy nawet oglądali się ze strachem za siebie. Bańka zła trafiła właśnie tę część miasta. Oby Światłość sprawiła, by obrażenia odnieśli jedynie nieliczni, bo ona nie dysponowała dużymi ilościami czasu. Musiała wrócić do Białej Wieży. Irytowało ją, że musi być posłuszna Egwene. No to będzie posłuszna i wyjedzie, gdy tylko wróci Rand. Który udał się gdzieś tego ranka. Utrapieniec. Dobrze, że chociaż wziął z sobą Panny. Rzekomo twierdził, iż wybiera się po to, by coś ze sobą przywieźć.
Nynaeve przyśpieszyła kroku. Idący u jej boku Naeff też wyciągnął nogi, aż w końcu oboje niemalże biegli. Przez bramę byłoby prędzej, ale mniej bezpiecznie; nie mogła być pewna, czy kogoś przy okazji nie przepołowią. „Stajemy się za bardzo zależni od bram” - pomyślała. „Nasze nogi przestały nam już wystarczać”. Skręcili za róg i wyszli na ulicę, na której zobaczyli grupkę Obrońców odzianych w czarne kaftany i srebrzyste napierśniki, spod których wystawały czarno-złote bufiaste rękawy. Rozstąpili się przed nią i Naeffem i choć wprawdzie wyraźnie im ulżyło na jej widok, to jednak wciąż nerwowo ściskali w dłoniach swoje drągi.
Miasto za ich plecami zdawało się jakby trochę bledsze, niż powinno. Wyprane. Kamienie bruku miały jaśniejszy odcień szarości, barwy budynków też wyraźnie zbladły.
- Czy kazaliście odszukać rannych tam w środku? - spytała Nynaeve.
Jeden z Obrońców potrząsnął głową.
- Nie wpuszczamy tam ludzi, mhm… lady Aes Sedai. To niebezpieczne.
Większość Tairenian wciąż nie przyzwyczaiła się do okazywania szacunku Aes Sedai. Jeszcze do niedawna przenoszenie w tym mieście było wyjęte spod prawa.
- Poślijcie swoich ludzi na poszukiwania - rozkazała stanowczym tonem Nynaeve. - Lord Smok będzie niezadowolony, jeśli ktoś umrze z powodu waszej bojaźliwości. Zacznijcie od obwodu. Przyślijcie po mnie, jeśli znajdziecie kogoś, komu będę mogła pomóc.
Gwardziści oddalili się. Nynaeve obróciła się w stronę Naeffa, który przytaknął. I potem wkroczyła do tej części miasta, która została porażona. Już pierwszy kamień bruku, którego dotknęła jej stopa, zamienił się w pył. Stopa przebiła się przez ten pył i uderzyła w ubitą ziemię.
Spojrzała pod nogi, czując, że przeszywa ją chłód. Szła dalej przed siebie po kamieniach, które po kolei rozpadały się w pył, kiedy na nie następowała. Razem z Naeffem dotarli do najbliższego budynku, pozostawiając za sobą szlak ze sproszkowanego bruku. Budynek, służący za oberżę, miał ładne balkony na piętrze, kraty z delikatnie kutego żelaza na oknach wypełnionych witrażami oraz ganek, zaplamiony czymś ciemnym. Drzwi stały otworem i kiedy uniosła nogę, by wejść na ten ganek, deski również zamieniły się w pył. Zastygła w miejscu, patrząc pod nogi. Naeff podszedł do niej, a potem ukląkł i zbadał proszek w palcach.