Выбрать главу

- Jest miękki - zauważył. - To najdrobniejszy pył, jakiego w życiu dotykałem.

Powietrze pachniało nienaturalną świeżością, tworząc dziwny kontrast z milczącą ulicą. Nynaeve zrobiła głęboki wdech, po czym weszła do oberży. Musiała brnąć, bo deski podłogi piętrzyły się przy jej kolanach, rozpadając od razu, gdy ich tylko dotknęła.

Wnętrze było mroczne. Stojące lampy już się nie świeciły. W izbie siedzieli ludzie, zastygli w pół ruchu. Większość to byli arystokraci w znakomitych odzieniach. Mężczyźni mieli wypomadowane spiczaste bródki. Jeden, który siedział przy pobliskim stole, miał kufel porannego piwa uniesiony do ust. Siedział nieporuszony, z ustami otwartymi na przyjęcie napoju.

Twarz Naeffa była ponura, mimo że mało co zdawało się zaskakiwać czy też niepokoić Asha’mana. Kiedy zrobił jeszcze jeden krok przed siebie, Nynaeve doskoczyła do niego i chwyciła go za ramię. Zmarszczył brew, a wtedy pokazała palcem w dół. Tuż przed nim - co ledwie było widoczne pod wciąż całymi deskami podłogi - zapadał się grunt. O mały włos wpadłby do piwnicy oberży.

- Na Światłość - powiedział Naeff, robiąc krok w tył. Ukląkł, a potem postukał w najbliższą deskę. Deska rozpadła się na proch, spadając jak deszcz do znajdującej się pod spodem ciemnej piwnicy.

Nynaeve utkała strumień z Ducha, Powietrza i Wody, by Zbadać mężczyznę siedzącego nieopodal na krześle. Normalnie dotykała osoby, którą zamierzała Zbadać, ale tym razem się zawahała. Nie musiała dotykać, żeby to podziałało, ale z kolei było to mniej skuteczne od Uzdrawiania.

Niczego nie wykryła. Żadnego życia, żadnego poczucia, że ten człowiek kiedykolwiek w ogóle żył. Jego ciało nawet nie było ciałem. Z uczuciem mdłości Zbadała innych ludzi w pociemniałej izbie. Posługaczkę niosącą śniadanie w stronę trzech andorańskich kupców. Korpulentnego oberżystę, który bez wątpienia miał problem z przeciskaniem się między ustawionymi ciasno stołami. Kobietę w kosztownej sukni na samych tyłach izby, która z wyniosłą miną czytała jakąś niewielką książkę.

W żadnym z tych ludzi nie zostało ani krztyny życia. Nie byli trupami, tylko pustymi skorupami. Nynaeve wyciągnęła rękę i drżącymi palcami potarła ramię mężczyzny siedzącego przy stole. Natychmiast zamienił się w kłąb pyłu, który zaraz posypał się na podłogę. Krzesło i deski pod nim nie rozpadły się.

- Nie ma tu kogo ratować - stwierdziła Nynaeve.

- Biedni ludzie - rzekł Naeff. - Oby Światłość udzieliła schronienia ich duszom.

Nynaeve często miała problem ze współczuciem dla taireniańskich arystokratów - z wszystkich ludzi, jakich poznała w życiu, ci zdawali się najbardziej aroganccy. Nikt jednak nie zasługiwał na coś takiego. Poza tym w bańce uwięzło też sporo prostych ludzi.

Razem z Naeffem z trudem opuścili budynek. Nynaeve szarpała za swój warkocz, czując, jak jej frustracja się potęguje. Nienawidziła uczucia bezradności. Jak z tym nieszczęsnym wartownikiem, który podpalił dwór w Arad Doman, albo z tymi ludźmi powalonymi przez jakieś dziwne choroby. A tego dnia skorupy zamieniające się w pył. Po co uczyć się Uzdrawiania, skoro nie można pomagać ludziom?

I jeszcze musiała stąd wyjechać. Musiała wrócić do Białej Wieży. Miała wrażenie, że to będzie ucieczka. Obróciła się w stronę Naeffa.

- Wiatr - powiedziała.

- Nynaeve Sedai?

- Omieć ten budynek podmuchem wiatru, Naeff - rozkazała. - Chcę zobaczyć, co się stanie.

Asha’man zrobił, co mu kazała, niewidzialnymi splotami powodując podmuch powietrza. Cały budynek wybuchł, rozpadając się na proch, który rozleciał się we wszystkie strony niczym nasiona dmuchawca. Naeff stanął twarzą ku Nynaeve.

- Mówili, że jak szeroka była ta bańka? - spytała.

- Miała średnicę dwóch ulic.

.- Potrzebujemy więcej wiatru - orzekła i zaczęła tworzyć splot, - Wywołaj największy podmuch, na jaki cię stać. Jeśli tu jest ktoś ranny, to w ten sposób go odnajdziemy.

Naeff przytaknął. Oboje szli przed siebie, tworząc wiatr. Zmiatali budynki, powodując, że wybuchały i zapadały się. Naeff był znacznie bardziej w tym wprawny niż ona, ale z kolei Nynaeve była silniejsza we władaniu Jedyną Mocą. Razem wymiatali kruszące się budowle, kamienie i skorupy za pomocą burzy pyłowej.

Była to wyczerpująca praca, ale nie przerywali jej nawet na chwilę. Nynaeve liczyła - wbrew rozumowi - że może znajdzie kogoś, komu da się pomóc. Budynki rozpadały się przed nią i Naeffem, pył ulatywał w wirach powietrza. Zmiatali ten pył okrężnymi ruchami w jedno miejsce. Jak kobieta zamiatająca podłogę.

Mijali ludzi, którzy zastygli na ulicy w pół kroku. Woły ciągnące wózek. Jakieś dzieci bawiące się w bocznej uliczce, od którego to widoku krajało się serce. Wszystko rozpadało się na proch.

Nie znaleźli nikogo żywego. W końcu razem z Naeffem usunęli całą zepsutą część miasta i zdmuchnęli pył do samego środka. Nynaeve przyjrzała mu się, wciąż wirującemu w niewielkim cyklonie utkanym przez Naeffa. Zaciekawiona przeniosła jęzor z Ognia do tego cyklonu i pył zajął się.

Na ten widok z jej ust wyrwał się okrzyk. Pył uniósł się w powietrze niczym suchy papier wrzucony do paleniska, tworząc ryczącą burzę płomieni. Oboje z Naeffem cofnęli się, ale wszystko się skończyło w mgnieniu oka. Nie zostało nawet odrobiny popiołu.

„Gdybyśmy tego nie zebrali - pomyślała, przyglądając się zamierającym płomieniom - to ktoś mógłby tu niechcący upuścić świeczkę. Taki pożar…”.

Naeff uspokoił swój wiatr. Oboje stali na samym środku otwartego kręgu gołej ziemi, tu i ówdzie podziurawionym otworami po piwnicach. Na skraju stały płaty przeciętych budynków, widać było otwarte izby, niektóre konstrukcje już się zapadały. Człowieka przeszywał dreszcz od samego patrzenia na ten spustoszony obszar podobny do wydrążonego oczodołu w skądinąd zdrowej twarzy.

Przy obwodzie stało kilka grupek Obrońców. Skinęła głową na Naeffa i razem podeszli do największej grupy.

- Nie znaleźliście nikogo? - spytała podniesionym tonem.

- Nie, lady Aes Sedai - odparł jeden z nich. - Mhm… Cóż, znaleźliśmy kilku, ale już nie żyli.

Inny mężczyzna, jegomość opasły jak beczka w bardzo obcisłym uniformie, skinął głową.

- Zdaje się, że każdy, kto choćby tylko wstawił nogę do tego kręgu, padł trupem. Znaleźliśmy paru takich, którym brakowało tylko stopy albo kawałka ręki. Ale i tak nie żyli. - Mężczyzna zatrząsł się wyraźnie.

Nynaeve zamknęła oczy. Cały świat się rozpadał, a ona nie była w stanie go Uzdrowić. Czuła się chora i zła.

- Może to oni to spowodowali - powiedział cicho Naeff. Otwarła oczy i zobaczyła, że wskazuje głową cienie padające od pobliskiego budynku.

- Pomory. Jest ich tam trzech, Nynaeve Sedai, obserwują nas.

- Naeff… - zaczęła, mocno przygnębiona. Przekonywanie go, że tych Pomorów wcale tu nie ma, mijało się z celem. „Muszę coś zrobić” - pomyślała. „Pomóc komukolwiek”.

- Naeff, nie ruszaj się. - Ujęła go za rękę i Zbadała go.

Spojrzał na nią ze zdumieniem, ale się nie sprzeciwiał.

Widziała szaleństwo, które niczym ciemna siatka żył wbijało się w jego umysł. Wydawało się pulsować jak małe, bijące serce. Trochę wcześniej znalazła coś podobnego u innego Asha’mana. Jej wprawa w Badaniu rosła, sploty stawały się bardziej subtelne i potrafiła znaleźć coś, co wcześniej było przed nią ukryte. Ale nie miała pojęcia, jak naprawić to, co było zepsute.

„Wszystko powinno się dać Uzdrowić” - powiedziała sobie. „Wszystko prócz samej śmierci”. Skupiła się, tkając wszystkie Pięć Mocy, i ostrożnie dźgała nimi szaleństwo, przypomniawszy sobie, co się stało, kiedy zdjęła Przymus z nieszczęsnego sługi Graendal. Naeff owładnięty swoim szaleństwem miałby się lepiej niż wtedy, gdyby jeszcze mocniej uszkodziła mu umysł.