Выбрать главу

Faile dotarła do stanowiska kwatermistrza, niewielkiego pawilonu otoczonego ogniskami, na których warzyła się strawa. Podmuch wiatru niósł kombinację woni: tłuszczu skwierczącego w płomieniach, gotujących się ziemniaków, sosów przyprawianych pieprzem i czosnkiem, wilgotnego, lepkiego zapachu obierek noszonych do małego stadka świń, które udało im się wyprowadzić z Malden.

Kwatermistrz, Bavin Rockshaw, był bladym Cairhienianinem, którego włosy były po części brązowe i już siwiejące, a po części całkiem jasne, przez co przypominały sierść psa będącego mieszańcem różnych ras. Miał chude ręce, nogi i pierś, a do tego niemal idealnie krągły brzuch. Zajmował się ponoć kwatermistrzostwem od czasu Wojny z Aielami i był w tym ekspertem - mistrzem tak doświadczonym w doglądaniu organizacji dostaw, jak mistrz stolarstwa jest doświadczony w pracy z drewnem. Co naturalnie oznaczało, że był także ekspertem w przyjmowaniu łapówek. Na widok Faile uśmiechnął się i złożył ukłon, dostatecznie sztywny, by mógł uchodzić za formalny, a jednak bez zbytnich ozdobników. „Jestem prostym żołnierzem, wykonuję swe obowiązki” - mówił ten ukłon.

- Lady Faile! - wykrzyknął, zbywając machnięciem ręki swoich przybocznych. - Przyszłaś, jak przypuszczam, sprawdzić księgi?

- Tak, Bavin - odparła, choć wiedziała, że nie znajdzie w nich niczego podejrzanego. Był zbyt ostrożny.

A jednak przepisowo przejrzała rachunki. Jeden z mężczyzn przyniósł jej zydel, drugi stolik, by miała na czym ułożyć księgi, a jeszcze inny filiżankę herbaty. Była pod wrażeniem, że te kolumny cyfr tak zgrabnie się sumowały. Matka tłumaczyła jej, że kwatermistrze często robią mnóstwo niechlujnych notatek z odniesieniami do innych stron albo ksiąg, rozdzielając różne typy dostarczanych dóbr między poszczególne księgi, żeby tym bardziej utrudnić wyśledzenie tego, jak naprawdę sprawy się mają. Przywódca omamiony takimi notatkami zakładał, że kwatermistrz wykonuje swą prace należycie.

Tutaj czegoś takiego nie było. Niezależnie od tego, jakimi sztuczkami rachunkowymi posługiwał się Bavin, żeby ukryć swoje złodziejstwo, były one niemalże magiczne. Bo przecież z pewnością kradł albo przynajmniej był twórczy, jeśli szło o wydzielanie żywności. Tego nie dawało się uniknąć. Większość kwatermistrzów tak naprawdę nie uważała tego za złodziejstwo; taki miał pieczę nad zapasami i tyle.

- Osobliwe - powiedziała Faile, kartkując księgę. - Mówię o tych dziwnych obrotach losu.

- Tak, moja lady? - spytał Bavin.

- Hm? Ach, nic takiego. Tylko to, że obóz Torvena Rikshana otrzymuje posiłki na dobrą godzinę przed innymi obozami. Jestem pewna, że to tylko przypadek.

Bavin zawahał się.

- Niewątpliwie, moja lady.

Nadal wertowała księgi. Torven Rikshan był cairhieniańskim lordem i dano mu w zarządzanie jeden z dwudziestu obozów utworzonych dla ogromnej rzeszy uchodźców. W tymże obozie mieszkała niezwyczajnie duża liczba arystokratów. Aravine zwróciła na to uwagę Faile; nie była pewna, co też dawał Torven, by otrzymywać składniki posiłków prędzej, ale tak nie mogło być. W pozostałych obozach myśleliby, że Perrin faworyzuje jednych na koszt innych.

- Tak - powiedziała Faile, śmiejąc się lekko. - Zwykły zbieg okoliczności. Tego typu rzeczy muszą się zdarzać w tak wielkich obozowiskach. No jakże, nie dalej jak wczoraj Varkel Tius skarżył się przede mną, że złożył zamówienie na płótno, chcąc naprawić podarte namioty, ale jeszcze tego płótna nie otrzymał, a minął już tydzień. Lecz wiem z całą pewnością, że Soffi Moraton rozdarła swój namiot podczas przeprawy przez strumień i jeszcze tego samego wieczoru został naprawiony.

Bavin milczał.

Faile nikogo nie oskarżała. Matka przestrzegła ją, że dobry kwatermistrz jest zbyt cenny, by wtrącać go do więzienia, zwłaszcza wtedy, gdy kandydat na jego miejsce jest tylko w połowie tak obrotny, a za to równie skorumpowany. Dlatego Faile nie mogła ani zdemaskować, ani też zawstydzić Bavina. Należało go tylko na tyle zdenerwować, żeby się pomiarkował.

- Może ty byłbyś w stanie zrobić coś z tymi odstępstwami od normy, Bavin - powiedziała, zamykając księgę. - Nie znoszę cię obarczać tak głupimi sprawami, ale te problemy nie mogą dotrzeć do uszu mojego męża. Wiesz, jaki on jest, kiedy się wścieknie.

W rzeczy samej istniało takie samo prawdopodobieństwo, że Perrin zrobi coś Bavinowi, jak to, że Faile zamacha rękami i odleci. Ale w obozowisku nie spoglądano na to w taki sposób. Słyszeli doniesienia o furii, jaką Perrin wykazał się w bitwach, a także o ich sporadycznych sprzeczkach małżeńskich - sprowokowanych przez Faile, by dzięki temu mogli odbyć stosowną dyskusję - dlatego zakładali, że on ma temperament okrutnika. I tak było dobrze, dopóki myśleli o nim również jako o honorowym i dobrotliwym człowieku. Który chronił swych ludzi, a jednocześnie wściekał się na tych, którzy go rozgniewali.

Wstała, wręczając księgi jednemu z mężczyzn o kędzierzawych włosach i z plamami na palcach i tunice. Uśmiechnęła się do Bavina, po czym oddaliła się od wozów dostawczych. Odnotowała z niezadowoleniem, że dzikie cebulki leżące przy ścieżce zepsuły się przez ten czas, że łodygi zwiędły i stały się maziste, jakby gniły na słońcu całymi tygodniami. W obozie te objawy zgnilizny pojawiły się stosunkowo niedawno, ale donoszono, że na wsi obserwowano je znacznie częściej.

Trudno było określić, która jest godzina przy tak zachmurzonym niebie, ale na podstawie ciemniejącego horyzontu uznała, że nadeszła pora jej spotkania z Perrinem. Uśmiechnęła się. Matka ją ostrzegała, jak to będzie, powiedziała jej, co będzie od niej wymagane, i Faile przestraszyła się wtedy, że poczuje się pochwycona w pułapkę za życia.

A jednak Deira nie wspomniała, jakie to będzie satysfakcjonujące. To dzięki Perrinowi poczuła różnicę. Z nim to wcale nie była pułapka.

Perrin stał, wspierając jedną stopę na pniu ściętego drzewa, i spoglądał w stronę północy. Z tego wzgórza mógł powieść wzrokiem ponad równiną ku wzniesieniom Muru Garena podobnym do kłykci dłoni jakiegoś zwalistego olbrzyma.

Otworzył swój umysł w poszukiwaniu wilków. Były gdzieś w oddali, słabo wyczuwalne. Wilki trzymały się z daleka od dużych skupisk ludzi.

Obozowisko rozpościerało się za plecami Perrina, na jego granicach migotały ogniska. To wzgórze znajdowało się dostatecznie daleko, by było odosobnione, ale nie tak daleko, by człowiek się poczuł samotny. Perrin nie bardzo wiedział, dlaczego Faile poprosiła go o spotkanie w tym miejscu, i to o zmierzchu, ale pachniała podnieceniem, więc nie drążył tematu. Kobiety lubiły swoje sekrety.

Usłyszał, że Faile wspina się do niego po zboczu, stąpając miękko po mokrej trawie. Potrafiła poruszać się cicho - nie była w tym aż tak dobra jak Elyas albo któryś z Aielów, ale lepsza, niż można by pomyśleć. Czuł jednak jej zapach: lawendowe mydło. Używała tego mydła jedynie w dni, które uważała za wyjątkowe.

Weszła na szczyt wzgórza, piękna, imponująca. Miała na sobie fioletową kamizelkę nałożoną na długą, jedwabną bluzkę w jaśniejszym odcieniu. Gdzie ona zdobyła taki przyodziewek? Nigdy wcześniej jej nie widział w tak wspaniałym stroju.

- Mój mężu - powiedziała, podchodząc do niego. Od stóp wzgórza dobiegały go słabo głosy innych ludzi, prawdopodobnie Cha Faile. Zostawiła ich za sobą. - Wyglądasz na zatroskanego.

- To moja wina, że Gill i inni zostali pojmani, Faile - wyznał. - Moje porażki się mnożą. Dziw, że ktoś jeszcze mnie wspiera.

- Perrin - rzekła, kładąc dłoń na jego ramieniu. - Rozmawialiśmy już o tym. Nie wolno ci mówić takich rzeczy.