Выбрать главу

Niebawem cała grupa wzbijała już kurz na drodze. Thom podszedł do Mata, odprowadzając wzrokiem jeźdźców.

- Słodkie bułeczki?

- Tradycja z Dwu Rzek.

- W życiu nie słyszałem o takiej tradycji.

- Jest bardzo mało znana.

- Ach, już rozumiem. A coś ty dodał do tych bułeczek?

- Nakrapiany korzeń - odparł Mat. - Sprawi, że jej usta zrobią się niebieskie, na tydzień albo dwa. I nie podzieli się tymi bułeczkami z nikim, no chyba że ze swoimi Strażnikami. Joline jest od nich uzależniona. Do naszego przyjazdu do Caemlyn zjadła pewnie siedem albo osiem toreb tych pyszności.

- Miłe - stwierdził Thom, gładząc wąsy. - Ale też dziecinne.

- Staram się wrócić do swoich korzeni - wyjaśnił Mat. - No wiesz, odzyskuję nieco ze swojej utraconej młodości.

- Przecież masz ledwie dwadzieścia zim!

- Jasne, ale żyłem na pełnych obrotach, kiedy byłem młodszy. No chodź. Pani Anan została i to mi podsunęło pewien pomysł.

- Musisz się ogolić, Matrimie Cauthon. - Pani Anan przypatrywała mu się z rękoma splecionymi na piersiach.

Wyciągnął rękę i dotknął swojej twarzy. Lopin zawsze to robił, każdego ranka. Ten człowiek robił się tak ponury jak pies na deszczu, kiedy Mat nie pozwalał mu robić takich rzeczy, aczkolwiek ostatnimi czasy Mat zapuścił brodę, żeby nie przyciągać uwagi. Nadal go swędziała jak tygodniowy strup.

Znalazł Setalle przy wozach z zapasami. Doglądała posiłku środka dnia. Żołnierze z Legionu siedzieli w kucki, siekając warzywa i mieszając duszoną fasolę, z ukradkowymi spojrzeniami takich, którym wydano stanowcze instrukcje. Setalle nie była tu potrzebna; kucharze Legionu zawsze potrafili przygotowywać posiłki bez niej. A jednak ta kobieta niczego bardziej nie lubiła od znajdowania mężczyzn, którzy odpoczywali, a potem wydawania im poleceń. Poza tym Setalle była dawniej oberżystką, a jeszcze wcześniej - o dziwo - Aes Sedai. Mat często widział, jak doglądała spraw, które tego nie wymagały.

Nie po raz pierwszy pożałował, że Tuon już mu nie towarzyszy w podróży. Setalle zazwyczaj brała stronę Tuon, ale przebywanie z Córką Dziewięciu Księżyców zawsze dawało jej moc zajęć. Nic nie jest bardziej niebezpieczne dla zdrowia psychicznego mężczyzny niż kobieta, która ma za dużo czasu do zagospodarowania. Setalle wciąż ubierała się na modłę obowiązującą w Ebou Dar, którą Mat uważał za przyjemną dla oka, biorąc pod uwagę te śmiałe dekolty. Ten rodzaj stroju pasował nad wyraz dobrze do kobiety tak ponętnej jak Setalle. Nie żeby zwracał na to uwagę. Nosiła też złote koła w uszach, zachowywała się statecznie i miała siwiznę we włosach. Nabijany klejnotami małżeński nóż wyglądał jak jakieś ostrzeżenie, bo w taki dziwny sposób gnieździł się w zagłębieniu między jej piersiami. Co nie znaczy, by Mat to zauważał.

- Ja tę brodę zapuściłem specjalnie - odparował Mat na jej stwierdzenie. - Chcę…

- Masz brudny kaftan - stwierdziła, wskazując głową żołnierza, który przyniósł jej obrane cebule. Lękliwie wrzucił je do garnka, nie patrząc na Mata. - I jesteś potargany. Wyglądasz, jakbyś wdał się w bójkę, a przecież jeszcze nie minęło południe.

- Ja tam czuję się dobrze - odburknął Mat. - Później zrobię z sobą porządek. Nie pojechałaś z Aes Sedai.

- Każdy krok w stronę Tar Valon oddala mnie od miejsca, w którym muszę być. Muszę posłać wiadomość swojemu mężowi. Kiedy się rozstawaliśmy, nie podejrzewałam, że trafię do Andoru.

- Wydaje mi się, że być może zdobędę dostęp do kogoś, kto będzie potrafił tu niebawem robić bramy - powiedział Mat. - I ja… - Skrzywił się na widok zbliżającej się drugiej grupy żołnierzy, z niewyrośniętymi przepiórkami, które właśnie upolowali. Wyglądali na zawstydzonych, że poszło im tak marnie.

Setalle kazała im oskubać ptaki, nawet nie spojrzawszy na Mata. Światłości, musiał się jej pozbyć z obozu. Nic tu nie mogło wyglądać normalnie, dopóki one wszystkie stąd nie znikną.

- Nie patrz tak na mnie, lordzie Mat - powiedziała Setalle. - Noram pojechał do miasta, żeby sprawdzić, co da się tam kupić. Zauważyłam, że bez kucharza, który ponaglałby ludzi, posiłki nie są przygotowywane z należytą prędkością. Nie wszyscy lubimy jeść lunch, kiedy zachodzi już słońce.

- Ja nic nie powiedziałem - oświadczył Mat, starając się, by jego głos brzmiał obojętnie. Dał znak, że chciałby odejść z nią na bok. - Czy możemy chwilę pogadać?

Setalle zawahała się, po czym przytaknęła i oddaliła się razem z nim od pozostałych.

- A co tak naprawdę się dzieje? - spytała cicho. - Wyglądasz, jakbyś spał pod stogiem siana.

- W rzeczy samej spałem pod jednym z wozów. A mój namiot jest poplamiony krwią. Nie bardzo mam ochotę iść tam teraz, żeby się przebrać.

Jej spojrzenie złagodniało.

- Rozumiem twoją stratę. Ale nie powinieneś tak wyglądać, jakbyś żył pod jakimś płotem. Nie ma tu żadnego usprawiedliwienia. Będziesz musiał nająć nowego sługę.

Mat spojrzał na nią chmurnie.

- Przede wszystkim nigdy żadnego nie potrzebowałem. Sam potrafię o siebie zadbać. Posłuchaj, muszę cię poprosić o przysługę. Chcę, żebyś przez jakiś czas pilnowała Olvera.

- A w jakim celu?

- Ten stwór może tu wrócić - odparł Mat. - I mógłby próbować coś zrobić Olverowi. Poza tym zamierzam niebawem odjechać razem z Thomem. Może potem wrócę. Powinienem wrócić. Ale jeśli nie, to… Cóż, wolałbym nie zostawiać go samego.

Przyjrzała mu się uważnie.

- Nie byłby sam. Ludzie w obozie wydają się bardzo lubić to dziecko.

- Jasne, ale nie podoba mi się to, czego go uczą. Chłopiec potrzebuje lepszego przykładu.

Z jakiegoś powodu wydawała się teraz rozbawiona.

- Już zaczęłam go uczyć alfabetu. Chyba będę go mogła pilnować przez jakiś czas, w razie potrzeby.

- Wspaniale. Cudownie. - Mat wydał z siebie westchnienie ulgi. Kobiety zawsze chętnie korzystały z szansy edukowania chłopaka, kiedy był mały; zdaniem Mata zakładały, że wychowają go na mężczyznę, jeśli będą się dostatecznie starały. - Dam ci trochę pieniędzy. Będziesz mogła iść do miasta i poszukać jakiejś oberży.

- Byłam już w mieście - powiedziała Setalle. - Wszystkie oberże wydają się wypakowane po granice możliwości.

- Załatwię coś dla was - obiecał Mat. - Po prostu zadbaj o bezpieczeństwo Olvera. Kiedy nadejdzie pora i znajdę kogoś do robienia bram, to każę was wysłać do Illian, żebyś mogła odszukać swojego męża.

- Umowa stoi - odparła Setalle. Zawahała się, spoglądając w stronę północy. - To… inni pojechali, tak?

- Owszem. - Baba z wozu, koniom lżej.

Przytaknęła, z wyraźnym żalem. Może wcale nie dlatego kazał swoim ludziom szykować lunch, że się obrażała, widząc ich odpoczywających. Może po prostu szukała sobie jakiegoś zajęcia.

- Przykro mi - powiedział Mat. - Z powodu tego, co ci się przydarzyło.

- Co było, to było - odparła. - I ja muszę się z tym uporać. Nie powinnam była oceniać twojego stroju. Te ostatnie tygodnie sprawiły, że się zapominam.

Mat przytaknął, po czym się rozstali. Poszedł poszukać Olvera. I potem naprawdę już musiał zmienić kaftan. I żeby sczezł, musiał się też ogolić. Ludzie, którzy go szukali, mogli go naprawdę zabić, jeśli chcieli. Poderżnięte gardło byłoby już lepsze niż to swędzenie.

Elayne przechadzała się po Ogrodzie Brzasku. Ten mniejszy ogród, urządzony na dachu wschodniego skrzydła pałacu, zaliczał się do ulubionych miejsc jej matki. Jego granice wytyczał owal z białych kamieni oraz wyższy mur na tyłach zbudowany na planie łuku.

Elayne widziała stąd pełną panoramę miasta. We wcześniejszych latach wolała ogrody położone niżej, bo można w nich było poszukać samotności. To właśnie w jednym z nich poznała Randa. Przyłożyła dłoń do brzucha. Czuła się już ogromna, mimo że jej ciążę ledwie co było widać. Niestety, musiała zamówić zupełnie nowy komplet sukien. I prawdopodobnie czekało ją powtórzenie tego za kilka miesięcy. Udręka.