Kontynuowała swój spacer po ogrodzie na dachu. W korytkach kwitły różowe i białe poranne gwiazdy. Kwiaty nie były tak duże, jak powinny, poza tym już więdły. Ogrodnicy skarżyli się, że nic nie pomaga. Za miastem trawa i chwasty zamierały całymi łanami i szachownica pól przybrała smętny, bury wygląd.
„Już blisko” - pomyślała Elayne. Szła dalej po ścieżce porośniętej sprężystą trawą, wypielęgnowaną i skoszoną na krótko. Wysiłki ogrodników przynosiły jakieś rezultaty. Trawa była zasadniczo zielona i w powietrzu unosiła się woń róż, które pięły się po murze. Róże były oszpecone brązowymi plamami, a jednak kwitły.
Przez środek ogrodu biegł szemrzący strumień, obrzeżony starannie ułożonymi rzecznymi kamieniami. Strumień płynął tylko wtedy, gdy odwiedzała to miejsce. Wodę trzeba było wnosić do cysterny.
Zatrzymała się przy kolejnym punkcie widokowym. Królowa nie mogła szukać odosobnienia tak jak Córka Dziedziczka. Podeszła do niej Birgitte. Złożyła ręce na piersi, spoglądając z ukosa na Elayne.
- Co? - spytała Elayne.
- Widać cię w całej okazałości - powiedziała Birgitte. - Każdy tam w dole z łukiem i dobrym okiem mógłby z powrotem wtrącić kraj w wojnę o Sukcesję.
Elayne przewróciła oczami.
- Jestem bezpieczna, Birgitte. Nic mi się nie stanie.
- No cóż, przepraszam - odparła zimno Birgitte. - Przeklęci są na wolności i są na ciebie zeźleni, Czarne Ajah bez wątpienia się wkurzyły, że przechwyciłaś ich agentów, no i upokorzyłaś rozlicznych arystokratów, którzy próbowali odebrać ci tron. To oczywiste, że nic ci nie grozi. W takim razie pobiegnę wziąć sobie lunch.
- Ależ biegaj sobie - odwarknęła Elayne. - Bo ja jestem bezpieczna. Min miała widzenie. Moje dzieci urodzą się zdrowe. Min się nigdy nie myli, Birgitte.
- Min powiedziała, że twoje dzieci będą silne i zdrowe - odparła Birgitte. - Ale nie że ty będziesz zdrowa, kiedy przyjdą na świat.
- A w jaki inny sposób miałyby przyjść na świat?
- Widywałam już ludzi, którzy tak oberwali po głowie, że już nigdy nie byli tacy sami, dziewczyno - powiedziała Birgitte. - Niektórzy żyją tak latami, ale już nie wypowiedzą ani słowa, trzeba ich karmić rosołem i podawać nocnik. Mogłabyś też stracić jedną rękę albo i obie, a i tak urodziłabyś zdrowe dzieci. A co z ludźmi z twojego otoczenia? Nie myślałaś o zagrożeniu, jakie mogłabyś ściągnąć na nich?
- Czuję się źle z powodu Vandene i Sareithy - powiedziała Egwene. - I z powodu tych mężczyzn, którzy polegli, ponieważ próbowali mnie ratować. Nie waż się dawać do zrozumienia, że nie czuję się odpowiedzialna! Ale królowa powinna akceptować to brzemię, jakim jest pozwalanie innym umierać w jej imieniu. Dyskutowałyśmy już o tym, Birgitte. Stwierdziłyśmy, że żadną miarą nie mogłam wiedzieć, iż Chesmal i inne przybędą w taki sposób, w jaki przybyły.
- Stwierdziłyśmy - wycedziła Birgitte przez zaciśnięte zęby - że nie ma sensu dłużej się sprzeczać. Ale chcę, żebyś pamiętała o tym, iż dowolna liczba spraw może potoczyć się źle.
- Nic się nie potoczy źle - zaprotestowała Elayne, spoglądając na miasto. - Moje dzieci będą bezpieczne, a to oznacza, że ja też. Będzie dobrze do ich narodzin.
Birgitte westchnęła z rozdrażnieniem.
- Głupia, uparta… - Zawiesiła głos, jako że jedna ze stojących blisko gwardzistek zamachała, by przyciągnąć jej uwagę. Na dachu pojawiły się właśnie dwie kobiety z Rodziny. Elayne poprosiła, by przyszły się z nią tutaj spotkać.
Birgitte zajęła stanowisko obok jednego z niskich drzewek wiśniowych, skrzyżowawszy ręce na piersi. Nowo przybyłe nosiły niczym nieozdobione suknie, Sumeko żółtą, Alise niebieską. Alise była słabsza w korzystaniu z Mocy, dlatego u niej proces starzenia się nie spowolnił tak jak w przypadku Sumeko. Miała brązowe włosy już przyprószone siwizną.
Obie kobiety stały się o wiele bardziej stanowcze ostatnimi czasy. Kobiety z Rodziny przestały znikać albo być mordowane; za zabójstwami cały czas stała Careane. Członkini Czarnych, która się wśród nich ukrywała. Światłości, na samą myśl Elayne cierpła skóra!
- Wasza wysokość - powitała ją Alise, dygając. Mówiła spokojnym, gładkim głosem ze śladami taraboniańskiego akcentu.
- Wasza wysokość - powiedziała Sumeko, naśladując dygnięcie swej towarzyszki.
Obie były pełne szacunku, bardziej wobec Elayne niż wobec innych Aes Sedai w obecnym czasie. Nynaeve dodała Rodzinie kręgosłupa w relacjach z Aes Sedai i Białą Wieżą, aczkolwiek Elayne nie czuła, by Alise tego potrzebowała. Podczas oblężenia Elayne zaczęła się irytować postawą kobiet z Rodziny. Ostatnimi czasy jednakże zaczęła się zastanawiać. One były dla niej nadzwyczaj przydatne. Jak daleko mogła je zaprowadzić ta nowo odkryta śmiałość?
Elayne przywitała je obie skinieniem głowy, po czym wskazała gestem trzy krzesła ustawione w cieniu więdnących drzewek wiśniowych. Wszystkie trzy usiadły, nad samym brzegiem płynącego meandrami strumienia. Do picia była miętowa herbata. Tamte dwie wzięły sobie po filiżance, pamiętając o tym, by dodać sporą ilość miodu. W tych czasach herbata bez niego smakowała straszliwie.
- Jak sobie radzi Rodzina? - spytała Elayne.
Obie kobiety spojrzały na siebie. Ażeby to! Elayne była wobec nich zbyt formalna. Już się zorientowały, że na coś się zanosi.
- Radzimy sobie dobrze, wasza wysokość - oświadczyła Alise. - Większość kobiet chyba wyzbyła się już strachu. Przynajmniej te, które miały dość rozsądku, aby go odczuwać. Przypuszczam, że te, które go nie odczuwały, to te, które poszły na swoje i poumierały.
- Dobrze jest nie musieć spędzać tyle czasu na Uzdrawianiu - zauważyła Sumeko. - To się stawało bardzo męczące. Tylu rannych, dzień po dniu. - Skrzywiła się.
Alise była zbudowana z mocniejszego materiału. Upiła łyk herbaty, z łagodnym wyrazem twarzy. Nie z tą zesztywniałą maską spokoju jak u Aes Sedai. Była zamyślona i ciepła, a przy tym pełna rezerwy. Właśnie takie były te kobiety w odróżnieniu od Aes Sedai, gdyż nie były związane bezpośrednio z Białą Wieżą. Ale z kolei nie miały jej autorytetu.
- Wyczułyście już, że chcę was o coś poprosić - powiedziała Egwene, patrząc Alise prosto w oczy.
- Doprawdy? - spytała Sumeko, wyraźnie zdziwiona.
Może Elayne za wysoko ją oceniła.
Alise przytaknęła nieco pretensjonalnie.
- Odkąd się tu znalazłyśmy, wiele od nas chciałaś, wasza wysokość. Ale nie czuję, byś przekroczyła swoje prawo. Jak dotąd.
- Starałam się przyjąć was godnie w Caemlyn - odparła Elayne. - Jako że zdaję sobie sprawę, że możecie nigdy nie wrócić do domu, skoro w Ebou Dar panują Seanchanie.
- To prawda - zgodziła się z nią Alise. - Ale trudno nazwać Ebou Dar naszym domem. To było tylko takie miejsce, gdzie się znalazłyśmy. Mniej dom, a bardziej konieczność. Wiele z nas to przybywało do miasta, to zeń wybywało, żeby nie ściągać na nas uwagi.
- Czy zastanawiałyście się już, gdzie teraz osiądziecie?
- Wybieramy się do Tar Valon - odrzekła prędko Sumeko. - Nynaeve Sedai powiedziała…
- Jestem pewna, że znajdzie się tam miejsce dla niektórych z was - wtrąciła Elayne. - Dla tych, które zechcą zostać Aes Sedai. Egwene chętnie da szansę każdej z Rodziny, która spróbuje znowu zdobyć szal. Ale co z pozostałymi?
- Rozmawiałyśmy już o tym - powiedziała ostrożnie Alise, mrużąc oczy. - Będziemy stowarzyszone z Wieżą, stając się azylem dla Aes Sedai.